BOR do raportu
Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego w
śledztwie smoleńskim, rozmawia Zenon Baranowski
Jak Pan ocenia wartość ustaleń raportu Millera?
– W mojej ocenie, jest to strata czasu i pieniędzy. Już wcześniej twierdziłem,
że ten raport nie będzie spełniał niczyich oczekiwań. Jestem pod wrażeniem
sprawności administracji premiera Władimira Putina, która potrzebowała krótkiego
czasu, żeby postawić te same tezy, które minister Miller formułował przez
półtora roku. I w dodatku w jego raporcie jest masa błędów, włącznie z
wysokością tej feralnej brzozy. Raport zawiera nie tylko błędy merytoryczne, ale
i ortograficzne. Ile jest on wart bez oględzin miejsca zdarzenia. Pytałem prof.
Marka Żylicza, członka komisji Millera, podczas spotkania na posiedzeniu zespołu
smoleńskiego – czy mieli dostęp do miejsca zdarzenia – nie mieli, czy mieli
dostęp do wraku – nie mieli.
Czyli błędy w metodologii?
– Trudno było oczekiwać, żeby przy takiej metodologii dojść do jakichś
nadzwyczajnych wniosków. Zresztą te wnioski są bardzo krzywdzące. Miller
stwierdza, że samolot był sprawny do wysokości 17 metrów, poseł Antoni
Macierewicz mówi o 15 metrach jako o pułapie, gdzie nastąpił zanik napięcia. Ale
brak jest w tym raporcie analizy, dlaczego tak się stało. Samo stwierdzenie, że
to na skutek zderzenia z brzozą, jest niewystarczające. Brzoza przy tupolewie
wygląda jak – nie przymierzając – źdźbło trawy.
Zabrakło w raporcie informacji o odpowiedzialności BOR.
– Trudno być sędzią we własnej sprawie, ale jeszcze trudniej być prokuratorem.
BOR podlega wszak ministrowi Millerowi. W związku z powyższym trudno, żeby jego
nieprawidłowości były wskazywane na kartach tego raportu.
Raport stwierdza, że jednak był to lot wojskowy, chociaż sam minister
wcześniej mówił inaczej.
– Cieszę się, że takie stwierdzenie padło. Ale ja to wiem od samego początku.
Jedno z mediów pokazało plan lotu i tam była literka M, czyli military
(wojskowy). I nam się wszystko potwierdza po półtora roku. W związku z tym
powstaje istotne pytanie, dlaczego wobec powyższego badano tę katastrofę według
załącznika do konwencji chicagowskiej dotyczącej lotnictwa cywilnego.
Tłumaczenie prof. Żylicza, że załącznik 13 jest bardziej precyzyjny, jest
nieprawdziwe, ponieważ porozumienie z 1993 r. jest równie szczegółowe. Ale ta
umowa dawała możliwość działania wspólnie w ramach jednej komisji oraz działania
na tamtym terenie przez organy polskie. Myśmy się tego wyzbyli, przyjmując
załącznik 13. W przypadku lotu wojskowego mamy w swoim prawodawstwie taki
dokument, który reguluje badanie takich wypadków. To jest umowa z 1993 roku. Nie
można powiedzieć, że Tusk razem z Putinem postąpili dobrze, ponieważ wybrali
lepszy załącznik. Po prostu premier nie miał prawa tego załącznika wybierać. Tu
nie było żadnego wyboru po stronie polskiej. Wypadek powinien być badany według
umowy z 1993 roku. Ma rację Antoni Macierewicz, że przez pierwsze trzy dni
stosowano tę umowę, dlatego prokuratura wojskowa zyskała pewne ustalenia.
Strona polska była w tym względzie kompletnie nieprzygotowana, nie wiedziała,
który akt będzie lepszy, ale tu nie było wyboru. Polskie prawo przewidywało na
tę okoliczność tę konkretną umowę. Prawo zostało w tym zakresie złamane.
Raport mówi o błędach po stronie rosyjskich kontrolerów.
– To potwierdzenie, że był to lot wojskowy, determinuje taką sytuację, że
powstaje duża odpowiedzialność po stronie rosyjskiej. Kontrolerzy powinni
zakazać lądowania tupolewowi, tak samo jak zakazali swojemu iłowi. Obowiązki
kontrolerów lotu zostały tu na pewno naruszone. Jest to jakaś melodia
przyszłości, ale będziemy oczekiwali ewentualnego powielenia tych samych ustaleń
przez stronę rosyjską. Może jakieś zarzuty ktoś im kiedyś postawi. Obawiam się,
że nasze ręce są, jak na tę granicę, za krótkie.
Wina kontrolerów jest ewidentna. Raport obarcza winą pilotów, ale jeżeli nie
padł żaden komunikat z wieży: "nie wolno lądować, jesteście za nisko", to nie
można tego stwierdzać. Nie widzę żadnej alternatywy dla odczytanego zapisu z
czarnych skrzynek, wyraźnego stwierdzenia: "odchodzimy". Była próba, która się
nie powiodła. Oni chcieli odlecieć. Jeżeli ta decyzja o odejściu na drugi krąg
była spóźniona, to jest to ewidentna wina kontrolerów lotu. Inaczej możemy
przyjąć, że w ogóle w lotnictwie kontroler lotów jest niepotrzebny.
Miller powiedział, że korzystali ze złego wysokościomierza. Nawet jakby tak
było, to podstawowy, w moim przekonaniu, obowiązek po stronie wieży jest taki,
żeby zwrócić na to uwagę. Tego zabrakło. Wręcz przeciwnie – padały zapewnienia:
"jesteś na kursie i na ścieżce".
Miller powiedział, że skoro raport trafi do prokuratury, to oni już nie będą
kierować do prokuratury żadnych zawiadomień.
– Sprawnie funkcjonujący aparat państwowy na poziomie ministerialnym wymaga
tego, żeby przeciwdziałać złu. A przejawia się to m.in. kierowaniem zawiadomień
o popełnieniu przestępstwa. W ustach urzędników tego szczebla takiego rodzaju
stwierdzenie, że prokuratura sama zażądała raportu, zresztą m.in. na mój
wniosek, i to ona się tym zajmie, brzmi źle. To nie jest zachowanie godne
urzędnika państwowego tak wysokiego szczebla.
Dziękuję za rozmowę.
