Bomba z opóźnionym zapłonem
Wywiad opublikowany w „Naszym Dzienniku”, wydanie Sobota-Niedziela, 22-23 kwietnia 2006 r.
Rozmowa z prof. dr. hab. Mirosławem Piotrowskim, europosłem, historykiem z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II
Prokuratura IPN postawiła najwyższym dygnitarzom PRL zarzuty związane z bezprawnym wprowadzeniem stanu wojennego. Wiele wskazuje na to, że w Polsce nastał czas rozliczeń. Jak przyjął Pan postawienie zarzutów Jaruzelskiemu i jego ekipie?
– Uważam, że lepiej późno niż wcale. W końcu można mieć nadzieję, że osoby lekceważące Naród i konstytucyjny porządek prawny w Polsce odpowiedzą za to przed sądem. Nareszcie prawo zaczyna obowiązywać wszystkich, a ekipa Jaruzelskiego w sposób oczywisty złamała je, wprowadzając stan wojenny i narażając na niebezpieczeństwo obywateli własnego kraju. Wielu z nich straciło w konsekwencji zdrowie i życie. O ile zarzuty wobec Jaruzelskiego i Kiszczaka nie budzą najmniejszych wątpliwości, o tyle bardziej interesująca dla mnie jako historyka jest sprawa Stanisława Kani. Nie znam dokumentów, jakimi dysponuje prokurator IPN, ale z materiałów archiwalnych KGB wynika, że Kanię pozbawiono stanowiska I sekretarza KC PZPR właśnie dlatego, że sprzeciwiał się wyprowadzeniu żołnierzy polskich przeciwko Narodowi. Jestem daleki od chęci wybielania tak wysokiego funkcjonariusza PZPR, niemniej jednak jego sytuacja procesowa powinna być inna niż Wojciecha Jaruzelskiego.
Do dziś wielu Polaków dało sobie wmówić, że Jaruzelski uratował Polskę przed wkroczeniem Armii Czerwonej.
– O złamaniu prawa, m.in. o pogwałceniu Konstytucji, przez ekipę Jaruzelskiego pisałem ponad dwa lata temu i mam satysfakcję, że niczego w swoich ustaleniach nie muszę zmieniać. Na podstawie opublikowanych akt KGB, wspomnień Czesława Kiszczaka, Marcusa Wolfa i innych dowiodłem, że nieprawdziwa, wręcz absurdalna, jest argumentacja Jaruzelskiego, podzielana zresztą przez dużą część opinii publicznej, że gdyby nie stan wojenny, to Sowieci wkroczyliby do Polski. Nie mieli takiego zamiaru, choć Jaruzelski domagał się tego na wypadek, gdyby wprowadzenie stanu wojennego się nie powiodło. Moje stanowisko wywołało wtedy duże oburzenie historyków, nawet tych o prawicowych zapatrywaniach. Dzisiaj, po odtajnieniu akt Układu Warszawskiego, wiadomo, że miałem rację, że taka była prawda.
Jaruzelski znajduje obrońców także wśród niektórych byłych opozycjonistów. Jan Lityński określił zarzuty prokuratury IPN mianem działań na zamówienie polityczne, a Ryszard Bugaj stwierdził, że „nawet bardzo surowa ocena czynów Jaruzelskiego nie uzasadnia akceptacji działań prokuratorów IPN, by ścigać generała z tych samych paragrafów co mafię pruszkowską lub z powodu naruszenia peerelowskiej konstytucji”. Komu i dlaczego może dziś zależeć na bezkarności gen. Jaruzelskiego?
– Problem ten dotyka narodzin tzw. III Rzeczypospolitej, kiedy to wyselekcjonowana przez generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego część opozycji zawarła kontrakt w imieniu całego Narodu w Magdalence i przy Okrągłym Stole. Jak zgrabnie ujął to Krzysztof Dubiński, jeden z doradców Kiszczaka, „doszło wówczas do arcyciekawego procesu zauroczenia obu stron”. W tym kontekście postrzegać należy przytoczone wyżej wypowiedzi.
Bardzo ważnym zobowiązaniem strony opozycyjnej było zapewnienie bezpieczeństwa politycznego i osobistego reżimowym konstruktorom tego porozumienia. W konsekwencji twórcy stanu wojennego skutecznie unikali odpowiedzialności karnej za swoje czyny. Syndrom Magdalenki i rozmów Okrągłego Stołu okazuje się niezwykle trwały.
Dlaczego na proces ujawniania tajnych współpracowników SB i odkrywania prawdy o mrocznych aspektach PRL trzeba było tak długo czekać?
– Uprawianie strusiej polityki przez politycznych decydentów, z czym mieliśmy do czynienia przez ostatnie kilkanaście lat, odwlekało ten moment. Tak zwana kwestia teczek jest uważana za bombę z opóźnionym zapłonem. Poprzednie władze IPN uniemożliwiały historykom niezależnym czy pracującym na uniwersytetach dostęp do stosownych dokumentów, jak również z dużą dozą opieszałości podchodziły do udostępniania akt osobom pokrzywdzonym. Motywowano to złym stanem archiwaliów. Ówczesny prezes IPN prof. Leon Kieres w sposób ewidentny bardziej troszczył się o funkcjonariuszy SB, ich rodziny i ich dobre samopoczucie niż o ofiary represji i zbrodni komunistycznego reżimu. Teraz sytuacja się zmieniła. Z jednej strony faktycznie uporządkowano wiele zbiorów dokumentów archiwalnych, chociaż – jak zasygnalizował obecny prezes IPN prof. Janusz Kurtyka – nie we wszystkich jeszcze oddziałach wygląda to dobrze. Jednak nowa koncepcja prowadzenia IPN i podejście do problemu otwarcia archiwów są mi zdecydowanie bliższe niż poprzednie. Myślę, że prof. Kurtyka ten kurs utrzyma i będzie wypełniał po prostu ustawę o IPN, która mówi m.in. o przekazaniu akt byłych służb osobom pokrzywdzonym i naukowcom.
W Lublinie ukonstytuowała się grupa „Ujawnić prawdę”, która stawia sobie za cel publiczne ujawnienie nazwisk lokalnej agentury. W kraju działają też inne tego rodzaju grupy, co u przeciwników lustracji wywołuje irytację i komentarze, że trwa „dzika lustracja”.
– Oczywiście nie jest to żadna dzika lustracja. Do tej pory pokrzywdzeni zapoznający się z aktami sporządzonymi przez służby specjalne PRL mogli uzyskać tylko pseudonimy TW działających na ich szkodę. Teraz oficjalnie poznają ich nazwiska i mogą nimi dowolnie rozporządzać. To jest zwykłe prawo obywatelskie, zagwarantowane przez ustawę o IPN. Pokrzywdzeni otrzymują akta ich dotyczące, a także noty pozwalające zidentyfikować agentów i donosicieli.
Z inicjatywy byłych opozycjonistów powstają również komisje historyczne. Przewodniczenie jednej z nich Zarząd Regionu Środkowowschodniego NSZZ „Solidarność” powierzył Panu Profesorowi. Jakie zadania stawia sobie to gremium?
– W miarę udostępniania akt i odtajniania pseudonimów zyskujemy coraz pełniejszy obraz rzeczywistości społeczno-politycznej, zwłaszcza lat 80., ubiegłego stulecia. Równocześnie mamy jednak do czynienia z dużą dezinformacją opinii publicznej co do rzeczywistego zasięgu działalności agentury w okresie PRL. Naszej komisji chodzi o spojrzenie na tę kwestię w sposób obiektywny i pozbawiony emocji. Historyka nie tyle interesuje bowiem, kto personalnie donosił, czy było to zwykłe świństwo, czy przypadek bardziej skomplikowany psychologicznie, ile – taki wstępny cel postawiliśmy sobie w naszej lubelskiej komisji – interesować nas będzie stopień infiltracji środowisk opozycyjnych przez agentów SB. Spróbujemy ustalić, czy działalność agentury ograniczała się wyłącznie do pozyskiwania informacji, czy też SB zdołała przejąć kontrolę i sterować ośrodkami opozycyjnymi.
Stało się już niemal regułą, że każda próba głębszego sięgnięcia do esbeckich akt wywołuje gwałtowną reakcję przeróżnych autorytetów medialnych starających się podważyć ich wiarygodność. Ukuto nawet efektownie brzmiący zarzut, że to oficerowie SB wystawiają teraz ludziom solidarnościowej opozycji świadectwa moralności. Czy można wierzyć esbeckim archiwom?
– Akta, o których mówimy, były dokumentami operacyjnymi organów bezpieczeństwa i nigdy nie przewidywano, że wydostaną się one na zewnątrz i będą służyły do wystawiania komukolwiek jakiegokolwiek świadectwa. Opatrywano je klauzulami tajności.
Resort bezpieczeństwa był instytucją niezwykle sformalizowaną i podlegającą systematycznej i drobiazgowej kontroli. Każdy tajny współpracownik wpisywany był do Dziennika Rejestracyjnego Agentury, a od 1962 r. Dziennika Rejestracyjnego Sieci Agenturalnej. TW posiadał również swoją kartę w kartotece. Zakładano mu dwie teczki – osobową i pracy, w których znajdowało się całe dossier kandydata, czyli przeprowadzona rozmowa werbunkowa, przyjęcie pseudonimu, badanie rodziny, znajomych oraz opinie oficerów prowadzących. W teczce pracy gromadzono donosy TW i pokwitowania gratyfikacji pieniężnych czy też w formie wyjazdów zagranicznych bądź awansu w pracy. Oficer prowadzący był zobowiązany do sporządzania okresowych sprawozdań dotyczących osobowych źródeł informacji dla bezpośrednich przełożonych. Inną, bardzo rygorystyczną, instancją kontrolującą był Główny Inspektorat Ministra (GIM).
Czy jest prawdopodobne, że esbecy mogli złośliwie dopisać kogoś, kto nie donosił, do listy tajnych współpracowników?
– Naturalnie do każdego materiału archiwalnego trzeba podchodzić krytycznie. Niemniej jednak dotychczas historycy w Polsce nie odnotowali ani jednego ewidentnego podrobienia akt tajnego współpracownika. Byłoby to niezmiernie trudne, by nie powiedzieć – niemożliwe. Adnotacje w Dzienniku Rejestracyjnym Agentury, później Sieci Agenturalnej, były prowadzone na zasadzie chronologicznej i jeśli w 1964 r. wpisywano Jana Kowalskiego, a po nim Marię Nowak i kolejno stu innych agentów, to trudno sobie wyobrazić, że zostawiano wolne miejsca, aby po latach umieścić tam jakąś osobę w celu jej skompromitowania. Zresztą, jeśli agent działał przez wiele lat, to materiały o nim znajdują się w różnych miejscach archiwum, są przyporządkowane różnym sprawom operacyjnym. System jest spójny i nie pozostawia luk. Wprowadzenie do obiegu danych osoby niebędącej w rzeczywistości agentem łączyłoby się z koniecznością „dorobienia” ogromnej liczby fałszywek, w tym wyników kontroli resortowych oraz zniszczenia oryginałów.
Wielu ludzi się obawia, że ponieważ kiedyś, przed ćwierćwieczem, podszedł do nich jakiś smutny pan, o coś się zapytał i coś zapisał, to zostali zarejestrowani jako tajni współpracownicy. Czy rzeczywiście SB zakładała teczki przypadkowym osobom?
– Trzeba zdecydowanie rozwiać takie obawy. Podsycają je przeciwnicy lustracji dążący do zdeprecjonowania akt SB i samego procesu lustracyjnego. Procedura pozyskiwania TW była bardzo skomplikowana i sformalizowana. Nie działo się tak, że ktoś spodobał się bądź „podpadł” oficerowi SB i ten mógł go natychmiast werbować. Funkcjonariusz tajnych służb musiał zwrócić się na piśmie do przełożonego z pytaniem, czy może podjąć działania w tym kierunku, podając uzasadnienie. Po uzyskaniu pozwolenia pismem zwrotnym kierował kolejne tajne wyjaśnienie pisemne wskazujące, „na jakich przesłankach” chce danego kandydata na tajnego współpracownika pozyskać, i przedstawiające cały plan werbunku. Dopiero po kolejnej akceptacji przełożonego następowała próba werbunku. Sporządzano osobne dokumenty na okoliczność rozmowy opisujące, czy osoba zgodziła się, czy nie i jakie metody werbunku zastosowano. To również przedstawiano przełożonemu. Jeśli kandydat na tajnego współpracownika się godził, zgłaszał w resorcie wszystkich swoich znajomych, rodzinę, która była sprawdzana, przyjmował pseudonim, podpisywał zobowiązanie do współpracy i zachowania tajemnicy. Od tego czasu podpisywał się tylko pseudonimem. Jeszcze raz powtórzmy – istniały bardzo ścisłe instrukcje dotyczące pozyskiwania tajnych współpracowników, wśród nich m.in. słynna instrukcja 006/70 zwana „biblią SB”. Nic nie działo się przypadkowo.
Oponenci lustracji wskazują, że dla zakwalifikowania kogoś jako tajnego współpracownika SB nie jest ważna adnotacja w esbeckich aktach, a nawet nota wydana przez IPN pokrzywdzonemu, lecz to, co dana osoba konkretnie zrobiła złego, jaką krzywdę wyrządziła. O agenturalności powinno – według nich – świadczyć nie to, czy dana osoba donosiła SB, lecz jakie informacje przekazywała. Tylko osoba ewidentnie szkodząca komuś mogłaby zostać – w myśl tego poglądu – uznana i napiętnowana jako agent. Czy zgadza się Pan Profesor z tego typu rozumowaniem?
– Jest ono z gruntu fałszywe i wynika albo z ignorancji, albo z nieczystych intencji. Nie można bowiem nigdy przewidzieć skutków denuncjacji w chwili jej dokonywania. Rzeczywiście, istnieje taka linia obrony przyjęta m.in. przez byłych tajnych współpracowników – właściwie „ja nikomu nie zaszkodziłem”. Otóż nie! Nikt, kto donosił do SB, nie był w stanie ocenić, czy i jak wielką szkodę mogły wyrządzić dostarczone informacje. Świadczy o tym choćby wydana niedawno książka Marka Lasoty „Donos na Wojtyłę”. Organy bezpieczeństwa PRL interesowało dosłownie wszystko. Nie było neutralnych wiadomości. Gromadzono je skrzętnie, i to nie z pasji kolekcjonerskiej, ale żeby tę wiedzę wykorzystać w pracy operacyjnej. Pozyskiwano wiadomości zarówno o poglądach danej osoby czy jej środowiska, jak i o nawykach życia codziennego. SB interesowała się na przykład, czym goli się ks. bp Wojtyła, kto mu pierze bieliznę, o której godzinie jada obiad itd. Każda informacja była ważna. Nieistotny z punktu widzenia agenta szczegół mógł okazać się niezmiernie ważnym, brakującym elementem układanki w grze operacyjnej służb specjalnych PRL.
Tych, którzy stają w obronie agentów służb specjalnych, warto spytać, jak ocenić donos tajnego współpracownika o tym, że ks. Jerzy Popiełuszko akurat opuszcza jedną z bydgoskich parafii. Wydawałoby się, że TW przekazał SB tylko to, o czym i tak wszyscy wiedzieli. Nie był świadomy, do czego ta informacja posłuży – czy do przeprowadzenia rewizji w domu pod nieobecność jego lokatora, czy w celu porwania go i zamordowania. TW był zawsze tylko przedmiotem, nigdy podmiotem działań SB. Godził się na to z momentem podjęcia współpracy. Warto tu przypomnieć historię Kima Philby, pracownika tajnych służb brytyjskich, który jeszcze przed wojną zaczął współpracować z wywiadem sowieckim. Zagorzały komunista, od 1963 r. mieszkający na stałe w ZSRS i pracujący dla KGB, mimo wielkich zasług, jakie oddał reżimowi sowieckiemu, był formalnie traktowany, zresztą ku swemu ogromnemu zdziwieniu, jako zwykły agent, bez żadnego prawa do współdecydowania o kierunkach działania służb specjalnych. Nie miał nawet wstępu do siedziby KGB na Łubiance, chociaż dla celów propagandowych obdarzano go nadzwyczajnymi honorami i zapewniono luksusowe życie.
W Polsce szereg osób i środowisk od lat relatywizuje negatywną rolę tajnych współpracowników i permanentnie podważa wartość esbeckich archiwów.
– Niestety, funkcjonuje u nas jeszcze syndrom PRL. W Niemczech akta podobnie działającej służby bezpieczeństwa, Stasi, przejęło państwo niemieckie i utworzyło tzw. Urząd Gaucka. Nikt tam nie podważa wiarygodności tych dokumentów. Podobnie w Polsce nie ma podstaw, aby to robić.
Dlaczego w Polsce tak mozolnie i z takimi oporami przychodzi nam rozliczać się z komunistyczną przeszłością?
– Sądzę, że tak jak w czasach komunistycznych mieliśmy do czynienia z zakłamywaniem historii, przemilczaniem pamięci narodowej, tak teraz weszliśmy w nową fazę próby preparowania historii. Wiele osób obawia się stanąć wobec prawdy i wyznać, co się w owych czasach rzeczywiście działo. Trzeba byłoby wtedy opowiedzieć o bohaterach tamtych dni, a także o postaciach negatywnych. Można odnieść wrażenie, że wiele osób w jakiś sposób uwikłanych w gry operacyjne służb specjalnych chce, przed ustaleniem stanu faktycznego, opatrzyć go wygodnym komentarzem.
Czego się obawiają?
– Po prostu musieliby przyznać, że zdecydowana większość tajnych współpracowników była traktowana przez resort w sposób instrumentalny, a nie podmiotowy. Już od 1945 r. istniały tajne instrukcje określające, jak pozyskiwać agenturę. Wzorem był naturalnie kazus sowiecki. Wymieniano następujące sposoby: na przesłanki patriotyczne; na tzw. kompmateriały, a więc materiały kompromitujące; metodą szantażu; później częściej uciekano się do metody gratyfikacji finansowej bądź pomocy w zrobieniu kariery zawodowej. Te ostatnie stały się z czasem głównymi sposobami pozyskiwania agentury, zwłaszcza na terenie ośrodków akademickich w latach 70. i 80., a także w środowiskach dziennikarskich.
Jak słusznie zauważył znany krakowski historyk, prof. Ryszard Terlecki, dwa, trzy donosy w miesiącu, wartościowe z punktu widzenia resortu, zapewniały pensję na poziomie adiunkta na uniwersytecie. Toteż, słusznie konkluduje, że jeżeli donosicielem zostawało się ze strachu, to można złośliwie powiedzieć, że w PRL opłacało się być tchórzem.
Tymczasem w medialnym przekazie dominuje wizja tajnego współpracownika jako biednego, złamanego człowieka, któremu należy się anonimowość i współczucie.
– Sądzę, że nie możemy patrzeć na kwestię lustracji pod kątem ewentualnej krzywdy tajnego współpracownika. Istotna jest perspektywa krzywdy, jaką on wyrządzał innym. A był narzędziem w ręku zbrodniczego resortu. Jeśli nawet w jego subiektywnej ocenie wartość przekazywanych informacji była niewielka, to i tak służyły one zbrodni.
Resort oczywiście weryfikował źródła i jakość informacji. Wartość współpracownika zależała od jego predyspozycji psychofizycznych, a także od usytuowania w wybranym środowisku. Jak już powiedziałem, SB interesowała każda informacja, choć naturalnie czego innego się spodziewano, gdy donosił magazynier, a czego innego, gdy był to członek senatu uniwersyteckiego. W każdym razie machina służąca zniewoleniu Polaków działała w sposób totalny.
Niedawno „Gazeta Wyborcza”, specjalizująca się w podważaniu wiarygodności akt SB, doniosła, że na mocy jednej z instrukcji Kiszczaka materiały uzyskiwane z podsłuchów kamuflowano poprzez nadawanie im kryptonimów osobowych.
– W tej sprawie odsyłam do komunikatu rzecznika prasowego IPN z 5 kwietnia br., w którym stwierdza się m.in., że opinia „GW” jest „pozbawiona podstaw merytorycznych”. Mogę jedynie dodać, że w pracy operacyjnej tajne służby nie mieszały źródeł informacji, zachowywały ich jednorodność.
Dlaczego bezpieka tak pieczołowicie kryła donosicieli?
– Kamuflowanie źródeł informacji stosowały i stosują nadal wszystkie służby specjalne. Tajność jest podstawą ich działania. Marcus Wolf, jako szef wydziału zagranicznego Stasi, zabraniał tworzenia centralnych kartotek. Obawiał się, że gdyby do resortu dostał się tzw. kret, czyli nieprzyjacielski agent, miałby podaną na tacy całą agenturę.
W Polsce stosowano praktykę, zgodnie z którą nawet zaprzysiężona maszynistka SB, w miejsce nazwiska osoby współpracującej, czy choćby znajdującej się w obszarze zainteresowań służb specjalnych PRL, wstawiała kropki, ewentualnie pierwszą literę nazwiska. Dopiero później oficer operacyjny wpisywał ręcznie jego pełne brzmienie. Personalia tajnego współpracownika znali zatem tylko oficer prowadzący i jego przełożony – naczelnik wydziału. Po wyłączeniu z Sieci akta TW archiwizowano w Biurze „C” MSW.
Głośna w Lublinie sprawa TW „Spokojnego” działającego w środowisku lubelskiego KIK i PZKS wskazuje na niespójność zastosowanego w Polsce systemu lustracyjnego. Jedna instytucja do tego uprawniona – IPN – uznała wysokiego rangą urzędnika lubelskiego magistratu za tajnego współpracownika SB, a druga – sąd lustracyjny – orzekła, że nie był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnych PRL. Jak to możliwe?
– TW „Spokojny” był aktywny w środowisku katolików świeckich Lublina w latach 70. i 80. Trzeba jasno powiedzieć, że w świetle zachowanych materiałów archiwalnych niewątpliwie działał on na terenie Klubu Inteligencji Katolickiej w Lublinie oraz Polskiego Związku Katolicko-Społecznego. Kwestią sporną może być jedynie przypisanie przez IPN do niego konkretnych danych osobowych oraz stopień jego aktywności.
Mam zasadę nie komentować wyroków sądowych i w tym wypadku również nie będę tego czynić. Wypada jednak zwrócić uwagę na fakt, że przy obecnie obowiązującym prawie możliwa stała się schizofreniczna sytuacja, polegająca na tym, że IPN stwierdza współpracę danej osoby i jest to w sensie historycznym prawda, natomiast sąd lustracyjny kierujący się innymi kryteriami orzeka coś diametralnie odmiennego. A zatem zgodnie z orzecznictwem sądu lustracyjnego dana osoba nie była tajnym współpracownikiem, choć w rzeczywistości nim była.
Jeśli ujawniony z imienia i nazwiska TW „Spokojny” uważa, że nie był agentem i czuje się pokrzywdzony, powinien pozwać do sądu oficera prowadzącego, który go umieścił w tajnych aktach operacyjnych i kartotece. W świetle zachowanych dokumentów był nim kpt. Antoni Sieradzki, który notabene w 1988 r. został upomniany przez centralę, że zbyt słabo wykorzystuje możliwości tego TW.
W Sejmie RP trwają prace nad nowelizacją ustawy o IPN. Jedną z propozycji jest likwidacja instytucji Rzecznika Interesu Publicznego i sądu lustracyjnego oraz przekazanie IPN kompetencji lustracyjnych. Jaki model lustracji uważa Pan za właściwy do zastosowania w Polsce?
– Moim zdaniem, propozycja ta jest zasadna. Instytut Pamięci Narodowej został do tego przygotowany zarówno merytorycznie, jak i organizacyjnie. Rozsądna wydaje się też koncepcja opublikowania przez IPN informacji o wszystkich tajnych współpracownikach PRL znajdujących się w zasobach Instytutu. Ostatecznie skończy się wtedy instrumentalne traktowanie lustracji.
Czemu ma dziś służyć ujawnianie esbeckiej agentury?
– Bardzo silną przesłanką decyzji o ujawnieniu archiwów IPN jest bezpieczeństwo państwa. Chodzi o to, żeby przede wszystkim osoby, które zajmują wysokie stanowiska w Polsce, nie były szantażowane.
Jeśli ktoś donosił, powinien się do tego przyznać i wyjaśnić motywy, jakie nim kierowały. Sądzę, że takie osoby powinny wykazać trochę więcej pokory, nie kreować się na uciśnionych bądź autorytety moralne. Tego mają prawo oczekiwać od nich pokrzywdzeni.
Dziękuję za rozmowę.
