Bo pisma lubią krążyć

Żandarmeria Wojskowa, której prokuratura wojskowa zleciła transport próbek
pozyskanych od ofiar katastrofy samolotu Tu-154M niezbędnych do przeprowadzenia
badań genetycznych, tłumaczy, że wiedziała, jak go zorganizować i skąd pozyskać
niezbędny sprzęt – zapewniają przedstawiciele tej formacji. Jednak w udzielonej
prokuraturze odpowiedzi taka informacja się nie znalazła. Wojskowa Prokuratura
Okręgowa w Warszawie i Wydział Dochodzeniowo-Śledczy Żandarmerii Wojskowej
wymieniły między sobą cały szereg dokumentów, w których ta ostatnia instytucja
podkreśla, że nie dysponuje odpowiednim sprzętem do przetransportowania
materiału biologicznego w temperaturze -20 st. C. By sprawa została doprowadzona
do końca, potrzebne było kolejne pismo z prośbą o podjęcie stosownych działań.

Po katastrofie samolotu Tu-154M w Smoleńsku lekarze rosyjscy w Moskwie pobrali
od ofiar katastrofy materiał genetyczny niezbędny do dalszych badań. Pobierano
wówczas dwie próbki – na potrzeby własnych i polskich badań. Dysponentem
materiału w Polsce stała się Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która
zleciła Instytutowi Ekspertyz Sądowych w Krakowie wykonanie badań. Materiał
genetyczny musiał zostać przewieziony z Wydziału Biologii Centralnego
Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji w Warszawie do
krakowskiego Instytutu. Jak zaznaczyła WPO w swoim piśmie z 11 czerwca br. do
szefa Zarządu Dochodzeniowo-Śledczego KG Żandarmerii Wojskowej, której zlecono
przygotowanie transportu, materiał genetyczny w czasie podróży musiał być
przechowywany w temperaturze -20 st. C. Termin transportu określono wstępnie na
16-17 czerwca br. 14 czerwca ŻW poinformowała prokuraturę, że może zabezpieczyć
jedynie pojazd, ale nie jest w stanie zapewnić utrzymania próbek w żądanej
temperaturze.
Jak zapewnił nas rzecznik prasowy ŻW ppłk Marcin Wiącek, żandarmeria wiedziała,
w jaki sposób próbki można przetransportować, ale nie miała w wyposażeniu
odpowiedniego sprzętu. Stąd wynikła też treść przekazanej informacji. – Do tego
transportu potrzebny był sprzęt specjalistyczny, który nie jest wykorzystywany
na co dzień w działalności służbowej ŻW i z tego powodu nie znajduje się on na
naszym wyposażeniu. Taki sprzęt w wojsku jest, on został zamówiony, przygotowany
i czynność została zrealizowana w terminie określonym przez prokuratora –
podkreślił. Rzecznik nie zgodził się też z oceną, że ŻW nie miała pojęcia, jak
zrealizować taki transport.
Jednak w odpowiedzi do prokuratury nie znalazły się informacje będące
odzwierciedlaniem stanu wiedzy ŻW, co poskutkowało kolejnym pismem WPO.
Prokuratura zleciła ŻW, by ta podjęła działania w celu ustalenia "instytucji na
terenie RP dysponującej odpowiednimi środkami zdolnymi utrzymać próbki w czasie
transportu w temp -20 st. C" oraz ustalenia możliwości udostępnienia tychże
środków na czas transportu do Krakowa. W efekcie próbki trafiły w sugerowanym
terminie do Instytutu, a do transportu rzeczywiście wykorzystano sprzęt
wojskowy.
Pytany o losy próbek i przebieg badań genetycznych płk Zbigniew Rzepa, rzecznik
prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej, podkreślił, iż prokuratura "nie
otrzymała jeszcze ekspertyzy w tej materii z Instytutu im. Jana Sehna w
Krakowie". Pułkownik Rzepa potwierdził też, że "materiał do badań DNA (podwójny)
był pobierany przez rosyjskich specjalistów w trakcie przeprowadzanych sekcji
zwłok ofiar katastrofy". Takie stanowisko umacnia pogląd, że występująca 29
kwietnia br. w Sejmie RP minister Ewa Kopacz wprowadziła w błąd opinię
publiczną, sugerując, że polscy patomorfolodzy uczestniczyli w badaniach
sekcyjnych zwłok ofiar katastrofy samolotu Tu-154M. Minister zdrowia dopiero
niedawno wyznała publicznie, że kiedy 11 polskich patomorfologów dotarło na
miejsce, to stanęli oni "z rosyjskimi lekarzami do stołu" po to, by "przygotować
ciała do pokazania" rodzinom. Chodziło o to, by widok ciał nie powodował
dodatkowych negatywnych wrażeń u osób je identyfikujących.
 

Marcin Austyn

drukuj