Błogosławieństwo i przekleństwo

Ewangelia

IX niedziela zwykła

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie każdy, który mi mówi: ‚Panie, Panie’, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie mi w owym dniu: ‚Panie, Panie, czy nie prorokowaliłmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?’. Wtedy oświadczę im: ‚Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy czynicie nieprawość’. Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runłł, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a wielki był jego upadek”.


Mt 7, 21-27


Błogosławieństwo i przekleństwo

Są czasem w życiu takie chwile, że tylko wiara pozostaje. Wszystko inne zawodzi, wyznawane dotąd wartości z okrutną dosłownością ukazując swoją świecidełkową naturę. Obnażony zostaje blichtr życia. Na jaw wychodzi, na jakich fundamentach zostało oparte budowanie, jak mocno – i na czym – została osadzona budowla, misterna, jedyna i niepowtarzalna, zwana życiem.

Nigdy nie wiemy do końca, co jest naszym błogosławieństwem, a co przekleństwem. Zwycięstwo okazuje się pozorne, a to, co pierwotnie wydawało się porażką, owocuje wielkim dobrem. Jak rozpoznać zatem istotę rzeczy? Jak odróżnić prawdę życia od fałszu? Odpowiedź jest prosta: patrzeć w głąb, nie zatrzymując się na powierzchni problemów i zjawisk.

Jedną z cech definiujących nas, ludzi XXI wieku, jest niecierpliwość. Obce nam jest czekanie, liczy się to, co jest tu i teraz, każda inwestycja – obojętnie jakiej natury – ma się zwrócić jak najszybciej. Zasadniczy wpływ na decyzje ma „mentalność supermarketu”: przychodzę, wybieram towar z półki, płacę i wychodzę. Szybko, łatwo i bez czekania. Najgorsze jest to, że z wielką łatwością przenosimy owo podejście do życia także na sferę ducha. Wielu patrzy tak na Ewangelię, Kościół, sakramenty święte. Zapełniają się świątynie przed maturami, bo przecież prawda znana nie od dziś głosi, że „jak trwoga, to do Boga”. Potem już nie ma czasu na zwykłe „dziękuję”. Niektórzy wybierają inne rozwiązania: „na wszelki wypadek” chrzczą dzieci, „na wszelki wypadek” meldują się od czasu do czasu w kościele, biorą ślub kościelny, pobiegają z kamerą wokół swego dziecka przyjmującego I Komunię Świętą, zachwycając się anielskim wyglądem swojej pociechy. I to wszystko… A życie płynie dalej tak, jakby Bóg nie istniał, ani Jego wola, ani przykazania. Do nich mówi dziś Chrystus: „Nie każdy, który mi mówi ‚Panie, Panie’, wejdzie do Królestwa Niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie”. To bardzo jasne kryterium. I surowe.

Zapełniamy naszą księgę życia tysiącami niepotrzebnych spraw, jałowego biegu, pustką, zapominamy o tym, po co się żyje, dla kogo, jaki to wszystko ma sens? Niepostrzeżenie coraz częściej kryterium oceny staje się pozór, coraz więcej też spraw zaczyna się jawić „na niby”, coraz więcej wokół małżeństw i rodzin „na niby”, wiary „na niby”… A potem dziwimy się, że gliniano-tekturowy fundament wali się przy pierwszym lepszym podmuchu. „Błogosławieństwo i przekleństwo”, o którym dziś mówi Bóg w cytowanym w liturgii fragmencie Księgi Powtórzonego Prawa to nie Jego ingerencja w ludzkie życie. To konsekwencja wyboru człowieka. Bóg jest niezmienny, niezmienne jest też Jego pragnienie ludzkiego szczęścia. Problem leży w nas, w stopniu zaufania Stwórcy, umiejętności przyjęcia Jago autorytetu i wskazówek. Z tym jest najtrudniej, ponieważ wielość dróg, jakie można wybrać, łatwość, jaką w sobie niosą, jest tak kusząca, a Ewangelia tak trudna…

I jeszcze to odwieczne złudzenie, że wolność nie ma granic. Czasem przypominany młode ptaki, które wyfruwają z gniazd. Niebaczne na niebezpieczeństwa, rozbijają się o drzewa, wpadają na przewody wysokiego napięcia. A potem ciągną po betonie połamane skrzydła, patrząc z tęsknotą w niebo, w które już nigdy się nie wzniosą…

„Niech każdy baczy, jak buduje” , jakie fundamenty stawia, jakie granice swoje wolności zakłada. Czasem warto poczekać. Spojrzeć głębiej, dalej, przebić się przez blichtr świata, zejść z płycizny, poszukać prawdziwych wartości i na nich zacząć budowanie, nie na piasku zmienności i mody. Zawsze warto. Błogosławieństwo i przekleństwo są na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko właściwie wybrać.


Marcin Jasiński
drukuj