Biskup na celowniku

Kilka dni temu „Głos Wielkopolski” oskarżył ks. bp. Stanisława Stefanka o współpracę z SB. Cała sprawa zaczęła się jednak nieco wcześniej. W opublikowanym przeszło dwa tygodnie temu artykule Krzysztof Kaźmierczak napisał: „Władze Towarzystwa Chrystusowego, największego wywodzącego się z Polski męskiego zgromadzenia, współdziałały ze Służbą Bezpieczeństwa”. W wydanym 16 listopada br. „Słowie biskupa łomżyńskiego do wiernych w sprawie doniesień prasowych o rzekomej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa” ks. bp zaznaczył: „Nigdy, w żadnej formie, nie współpracowałem ze Służbą Bezpieczeństwa”.

„Dotarliśmy do wstrząsających dowodów zniszczenia powołania zakonnego na życzenie SB oraz ujawnienia tajemnic kościelnych. Przygnębiające fakty potwierdza ofiara prześladowań. Jan J. dopiero od nas, po 27 latach dowiedział się, że był celem misternej gry bezpieki prowadzonej rękami duchownych” – ogłosił autor publikacji. Owe „wstrząsające dowody” – z pewnością dla uwiarygodnienia swoich tez – Krzysztof Kaźmierczak zamieścił na stronach internetowych. Tyle tylko, że tezy te są sprzeczne z zamieszczoną dokumentacją.

Sprawa tajemniczego nowicjusza

Wspomniane dokumenty dotyczą jednej sprawy. Pan Kaźmierczak napisał o niej tak: „Pół roku przed 'rewolucją’ Solidarności, 8 i 20 stycznia 1980 roku w Kiekrzu pod Poznaniem znaleziono ulotki Konfederacji Polski Niepodległej. SB ustaliła, że kolportował je 27-letni Jan J. Zamieszkiwał on w mieszczącym się w Kiekrzu nowicjacie Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej. Bezpieka założyła przeciwko niemu dwie sprawy (’Wczasowicz’ i 'Kolporter’). Zamiast aresztować nowicjusza, zdecydowano w SB wykorzystać uległość chrystusowców. 'Działalność J. jest sprzeczna z celem i założeniami TChr i lojalną dotychczas postawą zakonu wobec władz państwowych’ – napisano w planach działań, do których zaangażowano władze zgromadzenia”.

Ostatnie twierdzenie o „zaangażowaniu władz zgromadzenia” jest wielkim nadużyciem. Z dokumentów wynika jasno, że ks. Czesław Kamiński, przełożony generalny Towarzystwa Chrystusowego, został wezwany do dyrektora Wydziału ds. Wyznań w Poznaniu na rozmowę w sprawie wspomnianego kolportażu ulotek. W notatce z tej rozmowy st. insp. Jolanta Konat-Marczyńska zapisała, że obie strony ustaliły, iż „prowodyr” kolportażu zostanie wyrzucony ze zgromadzenia, a ulotki zniszczone. Z notatki tej wynika, że ks. Kamiński miał obiecać podjęcie wspomnianych decyzji. W tym miejscu, po pierwsze, pojawia się pytanie, czy zamieszczona w notatce informacja jest do końca prawdziwa. Po drugie, każdy, kto zna realia rozmów duchownych z SB, wie, że to, co ks. Kamiński mógł obiecywać, to jedna sprawa, zaś to, co robił w rzeczywistości, to sprawa zupełnie inna. Potwierdzają to zresztą inne dokumenty opublikowane przez pana Kaźmierczaka w internecie, jak „Wyciąg” z informacji TW „Staszek” z 18.02.1980 r. czy „Wniosek o założenie kwestionariusza ewidencyjnego”, podpisany przez niejakiego kpt. Sawczuka. Tymczasem pan Kaźmierczak pisze o tej sprawie w sposób następujący: „5 lutego 1980 roku z dyrektorem WdW spotkali się ks. Kamiński, przełożony nowicjatu ks. Stanisław Brzostek i dyrektor ks. Tadeusz Perlik. Zachowanie władz Towarzystwa przerosło oczekiwania SB – generał TChr zadeklarował… wyrzucenie kolportującym ulotki ze zgromadzenia. Plan został zrealizowany”. W innym fragmencie artykułu pana Kaźmierczaka czytamy: „Plan zrealizowano z diabelską dokładnością. Najpierw przeniesiono nowicjusza do Ziębic pod Wałbrzychem. A kiedy wrócił do głównego ośrodka zgromadzenia – wyrzucono go w trybie natychmiastowym. Powodem było znalezienie w jego pokoju ulotek antypaństwowych”.

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, trudno przypuszczać, że autor artykułu wie, w jakim celu „przeniesiono nowicjusza do Ziębic pod Wałbrzychem”. Mimo to przenosiny te wpisuje w „plan” rzekomo przygotowany przez porozumienie SB i władz Towarzystwa Chrystusowego. Po drugie, twierdzenie, że powodem usunięcia Jana J. ze zgromadzenia było znalezienie w jego pokoju ulotek, jest domysłem autora. Jeżeli nawet byłoby ono prawdziwe, to w świetle pozostałych faktów, przedstawionych przez autora, byłoby całkowicie usprawiedliwione. Wszak pan Kaźmierczak jasno stwierdza, że Jan J. przyrzekł przełożonemu, iż ulotkami nie będzie się więcej zajmował. Z kolei argument o podrzuceniu ulotek Janowi J. przez któregoś z przełożonych jest chyba trochę naiwny.

Na podstawie tego jednego przypadku używanie przez pana Kaźmierczaka określeń mówiących o „zakonie na usługach SB”, „współdziałaniu” Towarzystwa Chrystusowego z SB czy „prześladowaniu nowicjuszy” jest wielkim nadużyciem. Jeżeli pan Kaźmierczak jest tak pewny swych twierdzeń, to czy może wskazać jakichś innych nowicjuszy rzekomo prześladowanych przez władze tego zgromadzenia?

Tajny współpracownik „Staszek”

Zatrzymajmy się na chwilę przy wspomnianym wyżej „Wyciągu” z informacji TW „Staszka”. To w tym dokumencie jeden raz pojawia się nazwisko ks. Stanisława Stefanka. Obecny biskup łomżyński wymieniony został tam jako członek władz Towarzystwa Chrystusowego, czyli jedna z osób, które – jak zapisano w tym dokumencie – podjęły decyzję, by „wstrzymać się z wykonaniem decyzji o wydaleniu z nowicjatu aspiranta na br. zak. Jana J.”. To jest wszystko, co znajdujemy w przedstawionych przez pana Kaźmierczaka dokumentach na temat rzekomej „współpracy” ks. Stefanka z SB. Jeśli chodzi o dokumenty, autorowi wystarczyło to do stwierdzenia: „Służba Bezpieczeństwa miała agenta we władzach największego polskiego zgromadzenia zakonnego. Wiele wskazuje na to, że mógł być nim późniejszy biskup, ks. Stanisław Stefanek”.

Wypada w tym miejscu wspomnieć o pozostałych „dowodach”, na których oparł się autor oskarżenia. Otóż punktem wyjścia był podsłuchany przez jednego z poznańskich dziennikarzy fragment rozmowy dwóch byłych funkcjonariuszy SB. Skoro tak, to dlaczego pan Kaźmierczak nie ujawnia ani nazwiska owego dziennikarza, ani nazwisk wspomnianych esbeków? Swoje „śledztwo” opisuje w sposób następujący: „Treść podsłuchanego dialogu była enigmatyczna. Sprawdzenie strzępków informacji nic nie dało. W kościelnych wykazach biskupów z Poznania jest tylko jeden konsekrowany przed podpisaniem Porozumień Sierpniowych 1980 roku – bp Stanisław Napierała. Nie mogło chodzić o niego, gdyż został on w Poznaniu aż do 1992 roku, poza tym nie był zakonnikiem. Sprawa była zagadkowa, aż do czasu, gdy podczas realizacji wniosków badawczych w IPN natrafiliśmy na akta spraw dotyczących TChr i nie uzyskaliśmy dostępu do teczek personalnych funkcjonariuszy. Relacje i dokumenty wskazują na to, że eSBecy nie fantazjowali. Okazało się, że przed Sierpniem 1980 roku oprócz ks. Stanisława Napierały powołano na biskupa jeszcze jednego kapłana z Poznania. Był nim ks. Stanisław Stefanek pełniący od 1976 roku funkcję wikariusza generalnego TChr. Duchownego natychmiast przeniesiono z Poznania do Szczecina, dlatego w kościelnych rejestrach nie figuruje jako hierarcha poznański”.

W powyższym fragmencie widać nie tylko brak dziennikarskiej rzetelności, ale również podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu struktur Kościoła w Polsce. Otóż nieprawdziwa jest informacja, że ks. bp Stanisław Napierała był konsekrowany „przed podpisaniem Porozumień Sierpniowych 1980 roku”, gdyż jego konsekracja miała miejsce 5 października 1980 roku, a więc długo po tym wydarzeniu…

Wróćmy do ks. biskupa Stefanka. Obok powyższego dowodem jego rzekomej współpracy z SB – zdaniem pana Kaźmierczaka – mają być jeszcze inne fakty. Pierwszy to czasowa zbieżność sakry biskupiej obecnego biskupa łomżyńskiego z awansami oficerów poznańskiej SB. Drugim ma być fakt, że TW „Staszek” zniknął po roku 1980 z wykazu poznańskiej agentury Wydziału IV SB, co odpowiada „przenosinom ks. Stefanka” do Szczecina. Wreszcie trzeci: biskup łomżyński rozpoznał na fotografii kpt. Włodzimierza Sawczuka jako tego, który rozmawiał z nim w Poznaniu… Myślę, że do powyższego komentarz nie jest potrzebny.

Pan Kaźmierczak pisze: „Czy duchowny był TW 'Staszkiem’? Nasuwa się to podczas analizy jednego z donosów. Agent relacjonował SB, że decyzję o odłożeniu wyrzucenia nowicjusza podjęło trzyosobowe grono – ks. Czesław Kamiński, ks. Stanisław Brzostek i ks. Stefanek. Treść raportu TW nie pozostawia wątpliwości, że był on jedną z tych trzech osób. Tylko one miały tak dokładne informacje oraz znały szczegółowe uzasadnienie podjętych decyzji. Jawnie wtedy uległe wobec władz postępowanie ks. Kamińskiego wyklucza, by on był TW. Gdyby był agentem – sprawę kolportującego ulotki nowicjusza bezpieka załatwiłaby od ręki. Tajnym współpracownikiem nie mógł być też ks. Brzostek. Nie był on chętny do dzielenia się swoją wiedzą nawet przed generałem. (…) Z trójki decydentów w kręgu podejrzeń pozostaje zatem ks. Stefanek…”.

Czytając powyższy fragment, nie sposób nie zauważyć naginania pewnych faktów do określonych potrzeb, czego panu Kaźmierczakowi mógłby pozazdrościć zarówno pan Terlikowski, jak i pan Gowin.

Po pierwsze, pisanie o rzekomym „jawnie uległym wobec władz postępowaniu ks. Kamińskiego” jest wielce krzywdzące wobec wspomnianego kapłana. Dziennikarz rzetelnie zbierający informacje znalazłby wiele świadectw potwierdzających coś zupełnie odwrotnego.

Po drugie, argumenty, jakimi w tym miejscu posłużył się autor artykułu, są śmieszne. Na jakiej podstawie pan Kaźmierczak wykluczył, że informacjami na ten temat żaden z przełożonych nie podzielił się z którymś ze swoich współbraci? Na jakiej podstawie pan Kaźmierczak zyskał pewność, że nie zostały one uzyskane na podstawie podsłuchu? Wreszcie: dlaczego z grona tych, którzy mogli znać sprawę, wykluczył samego zainteresowanego, czyli Jana J., który – jak wynika z artykułów – rozmawiał ze swymi przełożonymi na ten temat?

Ciekawe, że pan Kaźmierczak tak dyskretnie pisze o tej osobie. Wszak 27-letni nowicjusz, dla którego jednym z pierwszych zadań po wstąpieniu do zgromadzenia zakonnego jest kolportowanie ulotek, jest postacią co najmniej dziwną. Czyżby dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego” nie wiedział, że w owym czasie SB podejmowała liczne mniej lub bardziej dyskretne próby kompromitowania zgromadzeń zakonnych poprzez „wprowadzanie” różnymi metodami swoich ludzi do wspólnot zakonnych, z zamiarem ich rozpracowywania i kompromitowania?

Przekonanie jako dowód

„Gdybym nie był przekonany, że bp Stefanek przekroczył w swoich kontaktach z SB bezpieczne granice, nigdy nie powstałaby publikacja na ich temat” – napisał pan Krzysztof Kaźmierczak. Okazuje się więc, że koronnym dowodem w sprawie jest przekonanie dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego”. Można przypuszczać, że nabrał go po rozmowie przeprowadzonej z biskupem łomżyńskim. Na rozmowę umówił się pod pretekstem przygotowywania artykułu na temat prześladowań przez bezpiekę kapłanów z Towarzystwa Chrystusowego. Tym samym argumentem przekonywał do rozmów pozostałych duchownych tego zgromadzenia, występujących w jego publikacjach. Z treści opublikowanych artykułów można sądzić, że pierwotnym założeniem faktycznie było napisanie o prześladowaniu Towarzystwa Chrystusowego w czasach PRL. Tyle tylko, że przez samych jego członków…

Publikacje pana Kaźmierczaka na temat rzekomej współpracy ks. biskupa Stefanka z SB przypominają piśmiennictwo Tomasza Terlikowskiego, znane ze sprawy ks. arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Przekonywanie pana Kaźmierczaka o „wstrząsających dowodach”, idealnie pasuje do rozpowszechnianych przez Tomasza Sakiewicza, redaktora „Gazety Polskiej”, bzdur o „porażających dokumentach”. Również twierdzenie, że „bp Stefanek przekroczył w swoich kontaktach z SB bezpieczne granice”, przypomina szerzoną na przełomie roku przede wszystkim przez Zbigniewa Nosowskiego i Jarosława Gowina abstrakcyjną tezę, że ks. Stanisław Wielgus „przekroczył granice kompromisu”, które wyznaczał Episkopat…

I jeszcze jedno. Pisanie na podstawie takich dowodów o zniszczeniu powołania świadczy o tym, że jako dziennikarz pan Kaźmierczak nie za bardzo wie, co to jest powołanie. Za tym ostatnim przemawia również fakt, że ze swoim chyba się pomylił…

Sebastian Karczewski


drukuj