Bezrobocie jest jak nowotwór
Wysokie bezrobocie to rak toczący państwo polskie. Stanowi szczególne zagrożenie
ekonomiczne, przyczynia się do zubożenia społeczeństwa. Powoduje nasilenie
się patologii społecznych, pociąga za sobą zwątpienie, lęk, brak perspektyw
życiowych.
W urzędach pracy jest zarejestrowanych ponad 3 miliony bezrobotnych. Jeśli
nawet przyjąć, że pewien procent z nich nie chce podjąć pracy, część pracuje
na czarno, to gdy dołączymy do tego ukryte bezrobocie oraz weźmiemy pod uwagę
fakt, że większość tych osób ma rodziny, okaże się, że nawet ok. 10 milionów
Polaków jest dotkniętych dramatycznymi skutkami bezrobocia. Za tymi liczbami
kryją się dramaty pojedynczych ludzi.
Nie widzę dla siebie perspektyw
Trudno znaleźć osoby, które chcą mówić o swych doświadczeniach. – Nie ma się
czemu dziwić – mówi Robert Targoński, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy
Społecznej w Radzyniu Podlaskim, bo kto się chce obnosić z tym, że mu się
nie wiedzie, gdy w telewizji i innych mediach widać pięknych, młodych, zdrowych
i bogatych. Tymczasem prawda o naszym społeczeństwie jest inna: ludzi sukcesu
jest niewielu. Większość pracuje za grosze, boi się o utratę pracy albo jej
po prostu nie ma. I dotyczy to nie tylko tzw. nieudaczników życiowych. Bezrobocie
może dotknąć każdego.
Pan Jacek pracował 21 lat, z tego
8 jako kasjer bankowy. Gdy bank przejął zagraniczny właściciel, postawił warunek,
że zatrudnieni muszą mieć wyższe wykształcenie. Pan Jacek takowego nie posiadał,
więc z dnia na dzień został na lodzie. Po utracie pracy przeżył wprawdzie szok,
ale szybko się z niego otrząsnął. Miał liczne grono przyjaciół, którzy prowadzili
swoje firmy i swego czasu proponowali mu pracę. Teraz zaczął się im przypominać.
Niestety, bez skutku. Okazało się, że przyjaciele sami są w tarapatach i nikogo
w swoich firmach nie zatrudniają, raczej zwalniają lub planują zwolnienia,
a przecież nikt, nawet w imię przyjaźni, nie będzie ponosił kosztów zatrudnienia
niepotrzebnego pracownika. Gdy dawne kontakty towarzyskie zawiodły, wysłał
listy motywacyjne z życiorysem i fotografią do ponad stu firm z całej Polski
oferujących zatrudnienie. Nie dostał ani jednej – nawet negatywnej – odpowiedzi.
Na niewiele przydało się podniesienie kwalifikacji. – Niemożliwe jest zaspokojenie
wymagań pracodawców – skarży się pan Jacek. – Chcieliby mieć osobę w wieku
ok. 20-25 lat z 2-5-letnim doświadczeniem w oferowanym zawodzie, a najlepiej
z biegłą znajomością przynajmniej dwóch języków obcych.
Czas płynie, rodzina jest na utrzymaniu żony. W domu sytuacja staje się coraz
trudniejsza nie tylko finansowo, ale i psychicznie. – Trudno mi się do tego
dostosować, odnaleźć w sytuacjach życia codziennego, gdy na przykład słyszę
od żony: "Siedzisz w domu, nic nie robisz, chociażbyś posprzątał i pozmywał" –
wyznaje z zakłopotaniem pan Jacek. – Co myślą o mnie moje dzieci?
– Nie mam pieniędzy na rozpoczęcie własnej działalności, nie wyobrażam sobie
też dłuższego rozstania z rodziną i wyjazdu za granicę. Ciężko z tym wszystkim
wytrzymać. Obecnie nie widzę dla siebie perspektyw.
Bezradność, depresja, rozpacz
– Bezrobocie ma bardzo silny wpływ na psychikę człowieka. W nowej, niekorzystnej
dla siebie sytuacji człowiek często nie potrafi się odnaleźć: odczuwa zaniepokojenie
i zagubienie – tłumaczy Robert Targoński. Zaczyna szukać pracy na własną
rękę. Osoby bardziej aktywne są w stanie rozesłać nawet tysiące CV. – Gdy
te starania okazują się bezowocne, nagle się załamują, przeżywają rozpacz,
depresję, co niekiedy kończy się szpitalem, a nawet podejmowaniem prób samobójczych.
Inni doświadczają poczucia bezradności, krzywdy i odrzucenia, popadają w
przygnębienie. Nawet w kontaktach z bliskimi czują się wyizolowani i jednocześnie
obwiniają siebie i innych za zaistniałą sytuację.
Lęki, niepokoje, stresy są przyczyną wielu chorób o podłożu neurologicznym.
Po dłuższym pozostawaniu bez pracy bezrobotni doświadczają tak silnych zaburzeń
intelektualnych – a dotyczy to nawet osób z wyższym wykształceniem – że w skrajnych
przypadkach nie są w stanie poprawnie napisać swego imienia i nazwiska. Mówi
się wręcz o wtórnym analfabetyzmie wśród bezrobotnych i ich rodzin, co związane
jest także z brakiem kontaktu ze słowem pisanym.
Z czasem bezrobotny wycofuje się z życia towarzyskiego, aby nie być postrzeganym
jako ktoś, komu nie chce się pracować lub jest niezaradny życiowo. Specjaliści
nazywają to zjawisko "izolacją społeczną".
– Bezrobocie to nie tylko nadmiar wolnego czasu, to poczucie odrzucenia, bycia
niepotrzebnym społeczeństwu – mówi Pelagia Kublicka z radzyńskiego GOPS. –
Brak pracy to przede wszystkim utrata środków na utrzymanie rodziny, zanik
poczucia bezpieczeństwa, ubóstwo. To ciągły stres i ból, że nie ma co dać dzieciom
jeść, uzależnienie od innych, doświadczanie upokorzenia.
Sytuacja braków materialnych odbija się na całej rodzinie. Zaczyna się od ograniczania
wydatków na jedzenie, ubrania i inne potrzebne rzeczy. Gdy nie ma czym zapłacić
czynszu, prądu, gazu, pojawia się groźba bezdomności.
Jeszcze trudniejsza jest sytuacja rodzin wielodzietnych lub takich, w których
znajdują się osoby niepełnosprawne czy przewlekle chore. Rodziny bezrobotnych
mają ograniczony dostęp do służby zdrowia, szczególnie do specjalistycznej
pomocy lekarskiej, nie mają pieniędzy na leki. Następuje degradacja zdrowotna
całych rodzin.
– Bezrobocie rodziców i wynikające z tego konsekwencje w dużym stopniu odbijają
się na życiu dzieci i w perspektywie – na ich przyszłości – twierdzi o. Zdzisław
Świniarski, wicedyrektor Caritas Polska. – Niedostatek, często skrajna bieda,
atmosfera niepewności jutra, życie w ciągłym stresie, ciągłe konflikty w rodzinie
odbijają się na zdrowiu psychicznym i fizycznym dzieci, które mają ponadto
ograniczone możliwości kształcenia, a w przyszłości – awansu społecznego. Często
czują się przegrane na początku swojej życiowej drogi i nie potrafią się wydobyć
z kręgu biedy i poczucia bezradności. Dzieci mają gorszy start życiowy, ponieważ
nie ma pieniędzy na ich kształcenie.
– Często też nie mają motywacji, gdy słyszą, nawet od rodziców: "Po co
masz się uczyć, jak pracy i tak nie ma" – dodaje Elżbieta Matuszewska,
pracownik GOPS w Radzyniu Podlaskim. Zna wiele przykładów osób, które zdobyły
wykształcenie – z wielkim poświęceniem, kosztem wielu wyrzeczeń całej rodziny,
a potem wróciły do domu rodzinnego, nie mając pracy albo będąc zmuszonym, do
podjęcia pracy fizycznej za 600 zł miesięcznie.
– Sytuacja, w której za pracę otrzymuje się wynagrodzenie równe sumie różnych
zasiłków, jakie można uzyskać, jest bardzo niekorzystna, część bezrobotnych
zniechęca do jej podejmowania – twierdzi Anna Ilczuk, kierownik Powiatowego
Urzędu Pracy. – Okazuje się jednak, że mimo niskich zarobków zdecydowana większość
bezrobotnych chce pracować, i to oficjalnie.
Jest bieda prawdziwa
Pani Agnieszka jest młodą, trzydziestokilkuletnią kobietą. Otacza ją trójka
dzieci: 10-letnia Kasia, 8-letni Patryk i 6-letnia Sylwia. Mieszka na wsi
w niewielkim drewnianym domku bez wygód. W skromnie urządzonym wnętrzu panuje
porządek, gospodyni z dumą pokazuje komplet mebli kupionych na raty. Jednak
gdy zaczyna opowiadać o swym życiu, uśmiech na jej twarzy gaśnie, w oczach
pojawiają się smutek i zmęczenie, dłonie drżą, głos się załamuje.
Ukończyła szkołę średnią, wcześnie wyszła za mąż, urodziła trójkę dzieci. Rodzina
mieszkała wprawdzie na wsi, ale utrzymywała się z pracy ojca – złotej rączki
w branży budowlanej. Pan Krzysztof dojeżdżał do pobliskiego miasta, gdzie był
zatrudniony w przedsiębiorstwie budowlanym. Jednak stracił pracę, gdy najmłodsze
dziecko miało dwa lata. Po kilku miesiącach, gdy skończył się zasiłek dla bezrobotnych,
zostali bez środków do życia. Zaczął się problem z alkoholem. Mąż znalazł wreszcie
dorywczą pracę w Warszawie, do domu przyjeżdżał na niedziele. Jednak to nie
zmieniło sytuacji materialnej rodziny. Oddalenie od żony i dzieci spowodowało,
że nie czuł też ciężaru odpowiedzialności za ich byt. Do domu przywoził po
kilkanaście złotych "tygodniówki". To plus zasiłki dawało 80-100
zł miesięcznie. Jak wówczas sobie radzili, bo przecież trzeba było jeść? Pani
Agnieszka nigdy nie była osobą bierną, czekającą, że jej ktoś da coś za darmo,
ale gdy matka praktycznie samodzielnie opiekuje się trójką maleńkich dzieci,
trudno podjąć jakąkolwiek pracę.
– Braliśmy artykuły żywnościowe w sklepie na zeszyt, od czasu do czasu ktoś
z rodziny się zlitował i uregulował długi – wspomina pani Agnieszka. Czasem,
gdy już nie było zupełnie nic do jedzenia, dzieci szły do znajomych, którzy
częstowali je posiłkiem. – Wyobraża pani sobie, jak się czułam, gdy wiedziałam,
że gdy wrócą, za dwie godziny będą głodne, a w domu nie ma nic do jedzenia?
Tej rozpaczy nie da się opowiedzieć. To była upokarzająca wegetacja, życie
z dnia na dzień.
Lata stresu spowodowały, że pani Agnieszka nabawiła się nerwicy, zaczęły się
kłopoty z sercem, potem ze stawami. Przeszła dwie operacje. Dziś jest na rencie
inwalidzkiej. Mąż całkowicie wyrzekł się rodziny. Podała go do sądu o alimenty.
W sumie z zasiłkami ma teraz na utrzymanie rodziny ok. 800 złotych.
Dzieci podrosły i pani Agnieszka mogłaby pójść do pracy, ale uniemożliwia jej
to stan zdrowia. – Nie mogę podjąć pracy stojącej, nie mogę dźwigać – kto mnie
zatrudni, gdy pracy nie ma dla zdrowych? – pyta rozżalona.
Przyznaje, że gdy dzieci zasnęły, czasem płakała – z poczucia beznadziei, braku
perspektyw. – Prawdziwa bieda nie ma przyjaciół, znajomych, rodziny. Zamyka
się w czterech ścianach, idzie spać głodna, nie wierzy w przyszłość – twierdzi
pani Agnieszka. – W tym najgorszym okresie pomogła mi wiara w Boga. Zrozumiałam,
czemu służą moje trudne doświadczenia, nauczyłam się pokory, doceniania tego,
co się ma, wrażliwości na biedę innych, życia dniem dzisiejszym. To dało mi
energię do życia dla dzieci – wyznaje.
Teraz jest łatwiej, dzieci podrosły, poszły do szkoły, nie wymagają nieustannej
opieki, nauczyły się nie tylko znoszenia biedy, ale i pracy zarobkowej. – Na
rowerach we czworo jeździliśmy do pielenia, zbioru owoców, do lasu na jagody
i grzyby. Zebraliśmy i wysuszyliśmy tonę ziół – opowiadają. Zarobione w ten
sposób pieniądze pozwalają uzupełnić domowy budżet, tak by wystarczyło na najpotrzebniejsze
wydatki.
Pani Agnieszka nauczyła się żyć bardzo oszczędnie. Pieniędzy musi wystarczyć
przede wszystkim na opał, prąd, jedzenie, ubranie. Ale też zaczęła dbać o siebie.
– Nie chcę, by dzieci się mnie wstydziły, i tak mają dość upokorzeń. – Zawzięła
się i odkładała – czasem po kilkadziesiąt złotych miesięcznie, kupiła używanego
małego fiata – nie musi już z dziećmi jeździć rowerami, życzliwi ludzie pomogli
jej kupić komputer składak za kilkaset złotych. Teraz spłaca meble.
– Mimo wszystko nie narzekamy, życie jest piękne – mamy dach nad głową, chleb.
Trzeba też ufać, że w krytycznej sytuacji ktoś poda pomocną dłoń. Oby nie było
gorzej!
Ona też, na miarę swych możliwości, pomocy nie odmawia.
– Jak widzę głodne dziecko, które prosi mnie o jedzenie, nigdy nie odmawiam.
Nie zbiednieję, gdy dam mu bułkę za 50 groszy, a nie ma dla mnie nic cenniejszego
niż uśmiech dziecka. Mam nadzieję, że nauczę swoje dzieci wrażliwości na ludzką
krzywdę – opowiada pani Agnieszka.
Ma skromne marzenia: – Żeby mi się zdrowie poprawiło, żeby wreszcie zaznać
trochę spokoju, bez nieustannej szarpaniny; by móc odchować dzieci, wykształcić
je, zapewnić im jakikolwiek start, aby nie powtórzyły mego losu…
Anna Wasak
