Bez dokumentów, bez dowodów

Polscy prokuratorzy nie uczestniczyli w procesowej identyfikacji ciał
ofiar katastrofy ani w procesowych oględzinach miejsca zdarzenia w kwietniu 2010
roku. Prokuratura nadal nie dysponuje pełną dokumentacją sądowo-medyczną
dotyczącą ciała gen. Andrzeja Błasika. Nie wie nawet, czy uboga dokumentacja
sekcyjna dowódcy Sił Powietrznych jest tożsama z tym, czym dysponuje MAK.

Polscy śledczy uczestniczyli w identyfikacji ciał ofiar w następnych dniach w
Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie i oględzinach przedmiotów znalezionych na
miejscu katastrofy. – Nie jestem natomiast w stanie określić, czy jest to ta
sama dokumentacja, która została zamieszczona na stronach MAK. Proszę zauważyć,
że prokuratura pozyskuje tego typu dokumentację od Komitetu Śledczego FR w
wyniku realizacji wniosku o międzynarodową pomoc prawną, a nie od MAK – tłumaczy
płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego. Śledczy
nie dysponują całością dokumentacji sądowo-medycznej ciał ofiar katastrofy. –
Prokuratorzy dokonali w ostatnim czasie gruntownej analizy całości dotychczas
zgromadzonej dokumentacji medycznej, zawierającej zarówno dokumentację
sądowo-medyczną (tzw. posekcyjną) przesłaną przez stronę rosyjską, jak i
dokumentację medyczną uzyskaną w Polsce, która obrazuje stan zdrowia ofiar
katastrofy przed 10 kwietnia 2010 r. Analiza ta pozwoliła na sformułowanie
szczegółowych wniosków w tym zakresie do strony rosyjskiej, które zostały
przesłane, za pośrednictwem Prokuratury Generalnej RP, do Prokuratury Generalnej
FR 18 listopada 2011 roku. Szczegółowa odpowiedź na pytanie dotyczące liczby
ciał lub fragmentów ciał ofiar katastrofy znalezionych w poszczególnych
sektorach możliwa będzie po dokonaniu wglądu do akt śledztwa, w tym akt
wydzielonych – mówi płk Rzepa.

Prokuratura: To nie my mówiliśmy o Błasiku

Całe miejsce katastrofy było podzielone na 14 sektorów, które oznaczono
numerami od 1 do 14. Wiadomo już, że ciało gen. Andrzeja Błasika odnaleziono w
sektorze pierwszym obejmującym szczątki m.in. kokpitu samolotu. W sektorze tym
znaleziono też dwanaście innych ciał, w tym m.in. ciało nawigatora kpt. Artura
Ziętka. Ciała dowódcy mjr. Arkadiusza Protasiuka, drugiego pilota – ppłk.
Roberta Grzywny, oraz mechanika ppor. Andrzeja Michalaka znaleziono w sektorze
nr 2 i 3.
Dlaczego posiadając informacje skutecznie podważające domniemania o obecności
dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie, prokuratura nie reagowała na szkalujące go
publikacje dziennikarskie? – Czekaliśmy na wyniki ekspertyzy Instytutu Ekspertyz
Sądowych. Dlatego prosiliśmy o cierpliwość, jak naciskaliście na nas, dlaczego
nie przekazujemy wam informacji – próbuje się tłumaczyć prokurator Mateusz
Martyniuk, rzecznik prokuratora generalnego. – To nie Wojskowa Prokuratura
Okręgowa w Warszawie podała do publicznej wiadomości informację o obecności gen.
Andrzeja Błasika w kokpicie samolotu Tu-154M nr 101. Zrobili to, w wyniku swoich
ustaleń, przedstawiciele MAK oraz polskiej Komisji Badania Wypadków Lotniczych
Lotnictwa Państwowego – tłumaczy płk Zbigniew Rzepa. Nie przekonuje to
pełnomocników rodzin. – Jestem zdumiony, że przez tyle czasu nikt się nigdy nie
pokusił o to, by zająć się sprawą obrony honoru pana generała Błasika. To jest
kamyk do ogródka prokuratury wojskowej, która teraz próbuje uzasadniać swoje
istnienie właśnie tym, że broni honoru polskich oficerów – ocenia mec. Piotr
Pszczółkowski, odnosząc się tym samym do oświadczeń gen. Krzysztofa Parulskiego
po postarzale prokuratora Mikołaja Przybyła.

"Wyborcza" manipuluje

Ale pożegnanie z tezą naciskową i obecnością gen. Andrzeja Błasika w kabinie
przychodzi z trudem. "Gazeta Wyborcza" wspierana "przeczuciami" Jerzego Millera
zasugerowała, że w kokpicie obecny był nie tylko gen. Błasik, ale też dowódca
Wojsk Lądowych gen. Tadeusz Buk. Zdaniem gen. Romana Polki, to szyta grubymi
nićmi manipulacja faktami. – Skoro ciał było 13, to znaczy, że sektor pierwszy
nie opisuje kabiny pilotów, ale znacznie większy kawałek samolotu. Wszelka
nadinterpretacja stenogramów jest bardzo szkodliwa – mówi gen. Polko. –
Rozumiem, że stronie rosyjskiej zależało na tym, by budować teorię, jak to
pijany polski generał naciskał na załogę, po to, by odwrócić uwagę od zaniedbań
własnej strony. Najbardziej jednak jestem zbulwersowany tym, że to Polacy
pozwalają na szarganie dobrego imienia naszych generałów. Tylko dlatego, że w
stenogramie padło słowo "tadek". Jestem też zbulwersowany tym, że kiedy te
oskarżenia padały jak razy pod adresem gen. Błasika, wiedząc, że nie ma na to
żadnych dowodów, nikt, nawet prokuratura wojskowa, nie zgłaszał żadnych dementi.
Takie zaniechanie ze strony śledczych jest w tym przypadku karygodne – komentuje
były dowódca jednostki specjalnej GROM. Tego samego zdania są inni wojskowi, z
którymi wczoraj rozmawiał "Nasz Dziennik". – Minister Miller przez cały czas
manipulował. Jeszcze niedawno mówił "GW", że są inne dowody świadczące o tym, że
gen. Błasik był w kokpicie. Teraz prokuratura mówi, że kokpitu właściwie nie
było. I że podzielono wrak na sektory. Pierwszy sektor miał kilkanaście ciał, w
tym jednego z członków załogi, inni członkowie załogi byli w innych sektorach.
Jak na podstawie takiego oglądu sytuacji można dowodzić, że gen. Błasik był w
kokpicie samolotu? Jeszcze bardziej głupia, ordynarna i śmieszna jest
informacja, że był tam śp. gen. Buk. Czy pani wierzy w to, że przez salon
prezydenta odbywał się spacer generałów? – pytają nasi rozmówcy. – Zanim jest
mowa o jakichkolwiek generałach, ktoś w kabinie gwiżdże. Wyobraża sobie pani, by
ktokolwiek z załogi pogwizdywał w obecności generała? – ironizuje mec.
Pszczółkowski.

MAK: Protasiuk był przypięty pasami

O zniszczeniu kokpitu pisali autorzy raportu MAK. Według Międzypaństwowego
Komitetu Lotniczego, przednia część kadłuba, z kabiną załogi, została
zniszczona. "Fragment nosowej części kadłuba z przednią golenią podwozia
znajduje się w odległości 397 m od progu pasa startowego. Fragment nosowej
części kadłuba z przednią golenią podwozia znajduje się w odległości 397 m od
progu pasa startowego" (s. 90 raportu). W raporcie podano, że zderzenie samolotu
z ziemią nastąpiło przy kącie przechylenia 200-201 stopni. Według polskich
ekspertów z komisji badającej okoliczności katastrofy, kąt był mniejszy i
wynosił 160 stopni. Stwierdzili oni też, że pierwszym elementem konstrukcji
samolotu, który zderzył się z ziemią, była m.in. właśnie kabina załogi. Ale to
nie jedyna sprzeczność między rosyjskim materiałem a stanem faktycznym. Według
MAK, załoga była w kokpicie. W dodatku MAK uznał, że dowódca statku powietrznego
w chwili zderzenia samolotu z powierzchnią ziemi znajdował się w lewym fotelu
pilota "w odwróconym (głową w dół) położeniu, przypięty pasami, utrzymując
aktywną pozycję roboczą. W lewej ręce trzymał "róg" wolanta, prawa pozostawała
swobodną i najprawdopodobniej znajdowała się na dźwigniach sterowania silnikami.
Zwraca uwagę całkowicie wyciągnięta w przód prawa dolna kończyna (ze stopą
włącznie) próbująca nacisnąć na prawy pedał, prawdopodobnie w celu skontrowania
szybko narastającego przechylenia samolotu w lewo" – czytamy na s. 100 raportu
MAK. Z relacji świadków, którzy byli w dniu katastrofy w Smoleńsku (płk Antoni
Milkiewicz, szef zespołu biegłych powołanych przez prokuraturę), wynika coś
zupełnie innego: kokpit tupolewa był wprawdzie zmiażdżony, ale nie odwrócony.
Rosjanie opisali jednak odwróconą pozycję ciał pilotów.

Komisja nie wznowi prac

Wczoraj premier Donald Tusk spotkał się w z niektórymi członkami komisji
Jerzego Millera. Czy wobec nowych ustaleń prokuratury komisja powinna wznowić
prace? – Na tym etapie członkowie komisji nie widzą podstaw do wznowienia jej
prac – poinformował rzecznik rządu Paweł Graś, dodając, że żadna z konkluzji
komisji nie została podważona. Zastrzegł, że jeśli w toku działalności
prokuratury, która – jak podkreślił – ma trochę więcej czasu i działa pod
mniejszą presją, pojawią się jakieś dodatkowe dowody czy okoliczności
uzasadniające zmiany bądź korekty raportu komisji, wtedy eksperci gotowi są do
współpracy. Potrzeby wznowienia prac komisji nie widzi też jej szef Jerzy
Miller. Tego samego zdania są również dr Maciej Lasek i prof. Marek Żylicz. Ich
zdaniem, nowe odczyty nie podważają tez raportu. Powołania nowej komisji
rządowej, która zbada okoliczności katastrofy smoleńskiej, domaga się natomiast
prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem, po publikacji opinii biegłych z
krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, badanie katastrofy smoleńskiej
"trzeba rozpocząć jeszcze raz". – Całe śledztwo i towarzysząca mu kampania
prasowa – to wszystko było czymś w najwyższym stopniu niemożliwym do przyjęcia,
a w wielu momentach obrzydliwym – podkreślił niedawno Kaczyński. – Atak na gen.
Błasika, atak na mojego śp. brata, wszystkie insynuacje – to wszystko było
przeraźliwie skandaliczne, obrzydliwe, odwołujące się do kultury
lumpenproletariackiej. Ludzie, którzy to robili, są w istocie na poziomie
lumpenproletariatu – mówił prezes PiS. -Wszystkie dowody, na których komisja
Millera oparła część faktów, okazały się nierzetelne. To wymaga sprostowania.
Raport tej komisji okazał się dokumentem zupełnie niewiarygodnym. Rozumiem, że
premierowi nie przeszkadza to, jaki wizerunek naszego generała poszedł w świat –
ocenia Bartosz Kownacki, pełnomocnik Ewy Błasik. Zdaniem mec. Piotra
Pszczółkowskiego, pełnomocnika Jarosława Kaczyńskiego, gdyby taka komisja
powstała, to byłaby jednak obawa, że znów działałaby pod auspicjami rządu, poza
tym nadal byłaby pozbawiona kluczowych dowodów w sprawie.

Anna Ambroziak

drukuj