Berdychowska zamiast Przewoźnika?

Ukraińcy chcą wymienić Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, na osobę, która pozwoli im stawiać memoriały ku chwale UPA

Wydawany za pieniądze polskich podatników organ Związku Ukraińców w Polsce „Nasze Słowo” wziął na muszkę sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ministra Andrzeja Przewoźnika, którego za pomocą kampanii oszczerstw i pomówień usiłuje skompromitować i pozbawić urzędu. Najnowszy zarzut wobec Przewoźnika dotyczy rzekomo nielegalnie postawionych upamiętnień w czterech tarnopolskich wsiach: Ihrowicy, Płotyczy, Szlachcińcach i Berezowicy Małej, gdzie Ukraińcy wymordowali w 1944 r. polskich mieszkańców. Sekretarza Rady oskarża się ponadto o „polski nacjonalizm, tendencyjność, pogardliwy stosunek do ukraińskiego ruchu narodowego w okresie II wojny światowej, szczególnie do UPA”…

Oskarżenia o niezgodne z prawem działanie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa pojawiły się w ostatnim styczniowym numerze „Naszego Słowa” w artykule Bogdana Huka pt. „Nielegalne upamiętnienia polskie na Ukrainie”. Wyjątkowo tendencyjny i pokrętny tekst tego autora, znanego zresztą z antypolskich publikacji, nie byłby może wart szczególnej uwagi, gdyby nie zawierał wypowiedzi wysokiego rangą przedstawiciela administracji ukraińskiej Światosława Szeremety, sekretarza ukraińskiej Państwowej Komisji Międzyresortowej ds. upamiętniania ofiar wojny i represji politycznych przy Gabinecie Ministrów Ukrainy. Szeremeta, który w administracji ukraińskiej kieruje urzędem odpowiadającym polskiej ROPWiM, zarzuca kierowanej przez Przewoźnika instytucji postawienie Ukrainy „przed faktem dokonanym zrealizowania nielegalnych prac związanych z budową upamiętnień polskich na terytorium Ukrainy”.

Szeremeta formułuje wobec strony polskiej zarzut postawienia upamiętnień w czterech tarnopolskich miejscowościach bez uzgodnień z samorządem lokalnym oraz zamieszczenia na obiektach inskrypcji niezaakceptowanych przez ukraińską Państwową Komisję Resortową. Chodzi o to, że na zbiorowych mogiłach widnieje zgodny z prawdą napis „zamordowani”, a tymczasem „napisy inskrypcyjne na tych obiektach powinny być zgodne z formułą przyjętą dla Polaków, którzy zginęli na Ukrainie i Ukraińców, którzy zginęli w Polsce”. Formuła ta, zdaniem Szeremety, brzmi: „poległym śmiercią tragiczną” albo „tragicznie zginęli”.

Jak ustaliliśmy, na stanowisku szefa Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa organizacje ukraińskie w Polsce najchętniej widziałyby Bogumiłę Berdychowską, publicystkę specjalizującą się w najnowszej historii Ukrainy i stosunkach polsko-ukraińskich. Berdychowska jest sekretarzem Forum Polsko-Ukraińskiego, współpracuje z Fundacją Stefana Batorego. Znana jest ze swoich proukraińskich sympatii. Zasłynęła chociażby jako inicjatorka zbierania podpisów pod apelem do Rady Miasta Warszawy w sprawie niedopuszczenia do budowy pomnika pamięci ofiar ludobójstwa OUN-UPA w Warszawie.

Zarzuty Ukraińców odpiera zdecydowanie Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Twierdzi, że kierowany przez niego urząd otrzymał od swojego odpowiednika na Ukrainie wszystkie uzgodnienia niezbędne do postawienia pomników, w tym również uzgodnienia dotyczące napisów, które miały się na nich znaleźć. Przewoźnik zdecydowanie zaprzecza, że istnieje jedna formuła przyjęta przez stronę polską i ukraińską, określająca dopuszczalne napisy na grobach. – Nie istnieje żadna tego rodzaju generalna zasada, nie ma żadnego protokołu, który przyjąłby takie sformułowania – twierdzi. – Rzeczywiście, strona ukraińska chciała zawrzeć tego rodzaju porozumienie. My uważamy, że nie możemy go zawrzeć, bo po pierwsze nie ma tutaj symetrii, a po drugie – każda ze spraw wymaga specjalnej analizy i specjalnego podejścia – dodaje.

Zdaniem sekretarza Rady, nie ma sensu wprowadzać eufemizmów do określenia rzeczy, które należy nazwać konkretnie. – Tragicznie zginąć to może ktoś w wypadku samochodowym, lotniczym itp. Ale jeżeli kogoś zamordowano w wyjątkowo okrutny sposób, gdy była to zorganizowana akcja, a w większości przypadków takie rzeczy miały miejsce, to jak można pisać „zginął tragicznie”? – pyta Przewoźnik.

Rzeczywiście, w czterech podolskich wsiach, podobnie zresztą jak w setkach innych, działy się rzeczy straszne. W Berezowicy Małej nacjonaliści ukraińscy zamordowali ok. 130 osób, w Płotyczy 43, w Łozowej 120 Polaków, których pochowano w Szlachcińcach.

Szczególnie okrutny, a zarazem dobrze udokumentowany, był mord dokonany w Ihrowicy w samą Wigilię 1944 roku. Bestialsko zabito tam 90 Polaków, a jednym z ocalonych jest płk Jan Białowąs, późniejszy lotnik i wykładowca w Szkole Orląt w Dęblinie. To jego nieustępliwości i determinacji, oprócz oczywiście organizacyjnego wsparcia ROPWiM, możemy zawdzięczać pierwsze i jak dotąd jedyne upamiętnienia ofiar OUN-UPA na Podolu, gdzie według historyków zostało zamordowanych co najmniej 60 tys. Polaków.

– Miałem szczególny obowiązek upominać się o upamiętnienie zbiorowej mogiły, ponieważ dosłownie uciekłem spod upowskiego topora – opowiada kombatant. – Właśnie mieliśmy dzielić się opłatkiem, gdy usłyszeliśmy dźwięk dzwonka alarmowego z plebanii. Jak rozbijano nasze drzwi wejściowe od południa, ja z rodziną uciekałem przez okno na północ. Ukryliśmy się na strychu obory sąsiada Ukraińca. Miałem wówczas 17 lat i bardzo pragnąłem przeżyć. Rzezi w Ihrowicy dokonał Kurinia UPA pod dowództwem „Bystroho”. Ksiądz Stanisław Szczepankiewicz, który zawiadamiał parafian o napadzie, został zamordowany siekierą wraz z matką, siostrą i bratem. – Napis, jakoby „zginął tragicznie”, zafałszowałby historię – uważa płk Białowąs. – I tak istniejąca inskrypcja nie oddaje całej prawdy, gdyż nie wspomina, kto tego dokonał – dodaje.

Historia starań Jana Białowąsa o upamiętnienie zbiorowej mogiły w rodzinnej wsi dokładnie ilustruje stosunek władz ukraińskich do tego problemu. W 1992 r. pułkownik został przyjęty przez pierwszego sekretarza ambasady ukraińskiej Oleksandra Urbana, który zapewnił go, że Ukraina jest już państwem niepodległym i otwartym na ludzkie sprawy. Zgodnie z jego sugestią przesłał na adres ambasady oficjalną prośbę w sprawie upamiętnienia. Jedyną odpowiedzią były telefoniczne zapewnienia, że „sprawa jest w toku”.

W 1993 r. za pośrednictwem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Białowąs otrzymał pismo od ukraińskiego ministra Iwana Dziuby, który co prawda zezwolił na upamiętnienie mogiły w Ihrowicy, jednak z dalszym załatwianiem sprawy skierował do Rady Narodowej w Tarnopolu. – Zacząłem słać na ten adres listy z prośbą o wyznaczenie terminu spotkania, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi – twierdzi płk Białowąs.

W 1995 r. Białowąs dowiedział się od konsula polskiego we Lwowie Marka Krajewskiego, że Rada Narodowa w Tarnopolu uzależniła wydanie zezwolenia od decyzji Rady Najwyższej w Kijowie. W 1996 r. znów zwrócił się do ambasadora Ukrainy w Warszawie z prośbą o przyspieszenie sprawy, ale nie otrzymał odpowiedzi. W 2004 r. pojechał osobiście do Ihrowicy, przekonując i prosząc jej mieszkańców, żeby się zgodzili na upamiętnienie.

Gdy w 2007 r. ukraińska Państwowa Komisja Międzyresortowa ds. upamiętnień wydała wreszcie zgodę na postawienie pomników i w maju 2008 r. w czterech podolskich wioskach odbyły się skromne uroczystości ich odsłonięcia i poświęcenia, wydawało się, że sprawa po 16 latach doczekała się szczęśliwego finału. Tymczasem już w sierpniu 2008 r. Tarnopolska Obwodowa Administracja Państwowa powołała grupę roboczą do zbadania zgodności z prawem tych upamiętnień, a w grudniu ubiegłego roku w projekcie uchwały uznała, że „wzniesienie znaków memoriałowych odbyło się z naruszeniem przepisów normatywno-prawnych”.

Pułkownika Białowąsa szczególnie irytują cytowane w „Naszym Słowie” słowa sekretarza ukraińskiej komisji ds. upamiętnień na temat rzekomej otwartości władz ukraińskich na polskie upamiętnienia. „Ukraina jako kraj europejski ma bardzo odpowiedzialny i życzliwy stosunek do upamiętnień i my absolutnie chcielibyśmy, aby taki sam stosunek miała Rzeczpospolita Polska, w szczególności ROPWiM, odnośnie do działalności Państwowej Komisji Międzyresortowej na terytorium Polski” – powiedział Szeremeta „Naszemu Słowu”.

Tyle deklaracje. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.

MSZ w piśmie z 12 grudnia ub.r. przesłanym do rzecznika praw obywatelskich stwierdza, że „sytuacja związana z upamiętnieniem tysięcy pochówków Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich jest nadal niezwykle trudna. Strona polska w tej materii napotyka na zdecydowaną niechęć władz ukraińskich do rozwiązania tego problemu, zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym”. Resort zapewnia Janusza Kochanowskiego, że kwestie te włączono „do pakietu tematów omawianych na szczeblu politycznym ze stroną ukraińską”. – Niestety, z takich deklaracji nic nie wynika, bo wystarczy, żeby pani Ludmiła Bedychowska przyszła i tupnęła nogą, a polscy politycy znów zamilkną, żeby nie drażnić naszego „strategicznego sojusznika” – mówi z goryczą pragnący zachować anonimowość znany działacz środowisk kresowych.


Adam Kruczek
drukuj