Barak Obama naważył sobie piwa
Jeżeli w dzisiejszych czasach da się w ogóle przewidzieć jakiekolwiek
wydarzenia polityczne, przewiduję, że Barack Obama nie zostanie w listopadzie
tego roku ponownie wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy
mainstreamowe media ciągle starają się go wypromować i pomóc mu wygrać wybory,
kilka ostatnich wydarzeń pozwala mi sądzić, że Obama może zostać wysadzony z
siodła przez tych samych ludzi, którzy pomogli mu zostać prezydentem, i przez
wielu innych, których zaufania nadużył w czasie sprawowania prezydentury.
Wiarygodną jednostką pozwalającą ocenić siłę któregokolwiek ze współczesnych
polityków amerykańskich jest zdolność tegoż polityka do pozyskiwania pieniędzy
od potentatów finansowych, takich jak inwestorzy bankowi czy bogate korporacje
kontrolujące podstawowe sektory – paliwa, surowce mineralne oraz energetykę. W
wysunięciu się Mitta Romneya na prowadzenie w walce o uzyskanie mandatu
Republikanów i zdystansowaniu przez niego Newta Gingricha pomogli inwestorzy
establishmentowi, którzy zaczęli wycofywać swoje pieniądze ze wspierania Obamy,
przeznaczając je na kampanię Romneya. Ten fakt sam w sobie świadczy o tym, że
Obama przegra listopadowe wybory.
Elektorat odpływa
Mimo iż tegoroczna zima w Stanach Zjednoczonych była nadzwyczaj łagodna,
produkcja paliw stoi na dobrym poziomie, a rezerwy paliwowe są obecnie wysokie,
ceny paliw wciąż rosną. Nie ma to żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Każdy, kto
zajmuje się handlem, wie, że zwiększenie ilości sprzedawanego towaru wiąże się z
obniżeniem jego ceny, nie zaś z jej podniesieniem. Wielu ekspertów politycznych
przypisywało ten wzrost cen niestabilnej sytuacji politycznej na Bliskim
Wschodzie. Inni z kolei przypisywali ją "spekulantom paliwowym" oraz
bliskowschodnim spółkom paliwowym "pompującym" ceny ropy. Jeszcze inni zwracali
z kolei uwagę na fakt, iż niezależnie od posiadanych rezerw amerykańskie
kompanie paliwowe eksportują ropę do Chin, zamiast sprzedawać jej więcej w
Stanach Zjednoczonych.
Chociaż w każdym z tych wyjaśnień tkwi zapewne ziarno prawdy, zwróciłbym
jednak szczególną uwagę na to ostatnie. Gdyby amerykańskie koncerny paliwowe
chciały ponownego wyboru Baracka Obamy na prezydenta, przynajmniej przez
najbliższe parę miesięcy zwiększałyby, a nie zmniejszały zaopatrzenie rynku
amerykańskiego w ropę. Fakt, że tego nie robią, świadczy o tym, iż zdecydowali
się oni odpłacić Obamie za sposób, w jaki traktował on amerykańskie kompanie
paliwowe w czasie swojej prezydentury. Podnoszenie cen paliw i stóp procentowych
w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie oznacza zazwyczaj, że wielkie
instytucje bankowe i biznesowe dążą do obalenia urzędującego prezydenta. Podczas
gdy poważne problemy w amerykańskim przemyśle i aktualny klimat dla inwestycji
nie pozwala Rezerwie Federalnej na zwiększanie stóp procentowych, kompanie
paliwowe nie podlegają tym ograniczeniom. Fakt, że nie wychodzą one Obamie
naprzeciw, stanowi komunikat, z którego można wyciągnąć określone wnioski.
Znaczenie ma także fakt, iż prezydent Obama powiedział ostatnio rządowi
Izraela, że Izraelczycy nie mają powodów do niepokoju, ponieważ "mają jego
wsparcie". Miałoby to oznaczać, że pomoże im w razie wybuchu wojny z Iranem.
Biorąc pod uwagę jego zapewnienia – Polacy rozumieją to dobrze – Izraelczycy
powinni być przerażeni. Wynika z nich, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że
Izrael zajmie irańskie rezerwy broni jądrowej przed końcem lata. Ceny paliw w
Stanach Zjednoczonych wzrosną wtedy jeszcze bardziej. Aby temu zapobiec,
administracja Obamy wydaje się wypuszczać do mediów kontrolowane przecieki o
planach Izraela, osłabiając tym samym jego zdolność do przeprowadzenia ataku.
Cóż za sojusznik!
Oczywiście, wzrost cen paliw doprowadzi także do wzrostu, a nie spadku
bezrobocia – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie. Stanie się
to powodem dalszego wzrostu niezadowolenia w elektoracie Obamy, szczególnie
wśród młodych ludzi, którzy naiwnie głosowali na niego w czasie ostatnich
wyborów. Wymienione tutaj problemy wskazują, że elektorat Obamy topnieje wśród
wielu wielkich inwestorów, bezrobotnych, młodzieży, klasy średniej i
najważniejszych sojuszników politycznych.
Dwulicowość prezydenta
Jedną z największych słabości Obamy jest jego brak teoretycznej i praktycznej
edukacji. Z praktycznego punktu widzenia każdy, kto mieszkał w większym mieście,
nie dostrzeże w nim nikogo, kto kiedykolwiek miał doświadczenie "pracy w
terenie". Zobaczy w nim najwyżej "organizatora życia wspólnoty" (a raczej
anarchistycznego politycznego agitatora). Formacja intelektualna Obamy jest z
kolei doskonałym przykładem tego, co wydaje się skutkiem braku klasycznego
wykształcenia – to znaczy głupoty. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest
przykładem utopijnego marzyciela – jednego z tych, których "produkuje"
"oświecony" model edukacji: kogoś zupełnie pozbawionego wiedzy historycznej i
umiejętności rozpoznawania prawdziwej natury rzeczy w realnym świecie. Wydaje
się on bawić w bycie prezydentem, zachowuje się jak dziecko w sklepie z
zabawkami. Swoją rolę prezydenta pojmuje jako zasiadanie na tronie władcy nowego
światowego porządku, mającego za zadanie wyrwać Amerykanów z ich prymitywnych
wierzeń kulturowych i wprowadzić na drogi oświeconego globalnego ładu
narzucanego przez Brukselę. Z tego przekonania wypływa również ogólny brak
roztropności Obamy w czasie publicznego zabierania głosu, a także jego ogólna
tendencja do zachowywania się jak ktoś, kogo Amerykanie określają mianem
"skarżypyty". Jego publiczne gafy coraz wyraźniej pokazują Amerykanom i innym
narodom, iż człowiek, w którym wielu jego rodaków błędnie pokładało nadzieje na
zjednoczenie różnych grup i zbudowanie silnego państwa, okazał się kimś, komu
nikt nie może ufać, kto sprzeda nie tylko Amerykę, ale i każdego, kogo tylko mu
się opłaci – po to, żeby wprowadzić w Stanach Zjednoczonych nowy, socjalistyczny
porządek.
Innym przykładem braku roztropności Obamy jest jego ostatni nakaz, jaki
nałożył na Kościół katolicki i prowadzone przez niego instytucje – szkoły,
uniwersytety czy szpitale. Zobligował je do zapewnienia pokrywanych z
ubezpieczenia usług uważanych przez Kościół za moralnie niedopuszczalne – jak
finansowanie antykoncepcji czy środków poronnych. Poprzez wprowadzenie tego
nakazu Obama złamał słowo, które dał przywódcom religijnym w czasie, kiedy
starał się uzyskać poparcie dla swojego projektu opieki zdrowotnej. Obama podjął
próbę zwiększenia swojego poparcia poprzez niesprawiedliwe wykorzystanie
Kościoła katolickiego i konserwatywnych przywódców religijnych. Potraktował ich
jak chłopców do bicia. Uzyskał emocjonalne wsparcie swojej kampanii od części
naiwnych kobiet. Każdy, kto choć trochę zna się na historii politycznej,
rozpozna w tym zabiegu zachowanie charakterystyczne dla despoty i demagoga.
Na szali Sądu Najwyższego
Jak wie prawie każdy dorosły Amerykanin, projekt ustawy zdrowotnej Obamy
trafił obecnie do Sądu Najwyższego. Istnieje prawdopodobieństwo wydania przez
sąd orzeczenia, iż – przynajmniej częściowo – jest ona niezgodna z konstytucją.
Pozwolenie na wejście w życie takiej ustawy mogłoby okazać się dla sądu
problemem o długofalowych skutkach i naruszyć jego reputację – na co wielu
sędziów jest bardzo wrażliwych. W dodatku jakiś czas temu w corocznym
wystąpieniu przed członkami amerykańskiego Kongresu prezydent Obama popełnił
błąd, publicznie wymyślając kilku sędziom i upokarzając ich. Rachunki trzeba
płacić – jak się o tym wkrótce przekona Barack Obama.
Jakkolwiek będzie, jeśli ustawa zdrowotna Obamy zostanie uznana za zgodną z
konstytucją, bardzo wielu Amerykanów, którzy uważają ją z kolei za
kontrowersyjną, zagłosuje przeciwko niemu i przeciwko Demokratom w wyborach.
Jeśli zaś zostanie ona uznana za niezgodną z konstytucją, Obama będzie
kontynuował standardową marksistowską grę wzniecania niepokoju i podżegania do
przemocy, aby pomóc sobie w zapewnieniu zwycięstwa w wyborach. Takie działanie w
efekcie obróci się jednak przeciwko niemu. Kilka miesięcy temu Biały Dom
próbował rozwinąć ruch okupujących Wall Street. Tym razem w roli chłopców do
bicia obsadził bankierów. Stało się to zresztą główną przyczyną wycofania
poparcia dla niego przez przedstawicieli finansjery. Jako że posunięcie to
okazało się totalną porażką, istnieje prawdopodobieństwo, że Biały Dom zdecyduje
się w lecie wywoływać z kolei konflikty na tle rasowym. Każdego dnia w Stanach
Zjednoczonych dochodzi do aktów przemocy, które mainstreamowe media nadmiernie
eksploatują, chcąc tym samym zachęcić wyborców do wsparcia Obamy przeciwko "złym
Republikanom". Skoro prawdziwy kryzys nie spełnia swojej roli, administracja
Obamy wymyśli kryzys wirtualny, żeby zagospodarować polityczne korzyści, jakie
da jej wywołanie społecznego niepokoju.
Demokraci zdystansują się od Obamy
Wszystko, co napisałem powyżej, wskazuje na złe prognozy dla Baracka Obamy,
jeżeli chodzi o jego możliwości ponownego wyboru na prezydenta Stanów
Zjednoczonych. Jego największym problemem jest brak wyrobienia politycznego oraz
tendencja do stosowania tchórzliwych metod tyranii. Obama "podgryza" jednak
niewłaściwych ludzi w niewłaściwych czasie. Jednym z jego głównych błędów było
na przykład zaatakowanie człowieka posiadającego wyczucie "mądrości ulicy":
szeryfa Joego Arpaio, głównego oficera śledczego w Maricopa County w Arizonie,
gdzie obecnie mieszkam. Osiemdziesięcioletni Arpaio cieszy się reputacją
"najtwardszego szeryfa w Stanach Zjednoczonych". Rzeczywiście zresztą nim jest.
Obama od lat dopuszczał się nadużyć wobec mieszkańców Arizony i szeryfa Joego w
sprawie prób egzekwowania krajowych i stanowych przepisów dotyczących imigracji.
Robił to głównie dlatego, iż Partia Demokratyczna z powodu swojej ignorancji w
dziedzinie sposobu prowadzenia amerykańskiej polityki tradycyjnie próbuje
pozyskać głosy imigrantów poprzez składanie im nierealnych obietnic. Ci ludzie
dają się naiwnie uwieść lewicowej narracji mówiącej o tym, że bogaci
Republikanie wspierają tylko bogatych. Posługują się tego rodzaju narracją, nie
biorąc pod uwagę nawet tego prostego faktu, że to Demokraci, a nie Republikanie
zajmują Wall Street i kontrolują amerykański system bankowy.
Jako że szeryf Arpaio chciał egzekwować przepisy dotyczące emigracji, które
Obama chciał z kolei pominąć, Obama pozwał go przed amerykański Departament
Sprawiedliwości. Arpaio w rewanżu rozpoczął detaliczne śledztwo na temat
kwalifikacji posiadanych przez Baracka Obamę do tego, aby mógł on sprawować
urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Lewicowe media amerykańskie latami
ośmieszały podejmowane przez niektórych obywateli próby sprawdzenia przeszłości
Baracka Obamy, takie jak choćby usiłowanie dotarcia do jego aktu urodzenia czy
świadectw szkolnych. Wyśmiewali oni szczególnie chęć pozyskania świadectwa
urodzenia – jako próbę sprawdzenia, czy Obama rzeczywiście urodził się na
Hawajach. Tak naprawdę podstawowa kwestia nigdy nie dotyczyła jednak jego
miejsca urodzenia. Chodziło o informację, czy ojciec Obamy był obywatelem
amerykańskim. Jeśliby tak nie było, oznaczałoby to, że Obama nie jest rodowitym
Amerykaninem i tym samym nie spełnia konstytucyjnych wymogów do tego, aby
kandydować na prezydenta. Niezależnie od kwestii związanych z konstytucją kilka
tygodni temu Arpaio (mający za sobą dekady pracy śledczej jako oficer policji)
zwołał konferencję, na której ogłosił wyniki szczegółowego śledztwa na temat
aktu urodzenia i dokumentów ubezpieczeniowych prezydenta. Przeprowadził je na
prośbę grupy obywateli, którzy zwrócili się do niego w tej sprawie. Ustalił, że
dokumenty te zostały sfałszowane. Zważywszy na "siłę rażenia" tego odkrycia,
racjonalnie myślący człowiek mógłby przypuszczać, że mainstreamowe media
amerykańskie będą mówić o nim na wszystkich kanałach telewizyjnych i we
wszystkich gazetach. Zamiast tego nastąpiło "zaciemnienie medialne" tej sprawy,
nawet w takich stacjach jak Fox News. Ku mojemu zaskoczeniu jedynym medium, w
którym znalazłem uczciwą relację z tych wydarzeń, była internetowa rosyjska
anglojęzyczna "Pravda" (Podejrzewam jednak, że "Pravda" wydrukowała tę relację
po to, żeby pomóc Obamie. Czy może w końcu istnieć lepszy dowód na to, że dana
historia nie ma oparcia w faktach niż to, że "Pravda" dała jej swoje
imprimatur?).
Tym, o czym "Pravda" nie napisała i czego – jak się wydaje – nie wiedziała,
jest fakt, iż śledztwo szeryfa Joego sięga głębiej niż te dwa sfałszowane
dokumenty. Podobno dzięki niemu odkryto także liczne akty matactwa, których
dopuścił się Obama i jego poplecznicy w celu zapewnienia obecnemu prezydentowi
Stanów Zjednoczonych uzyskania nominacji i udzielenia mu pomocy w wygraniu
wyborów prezydenckich. Dowiedziałem się niedawno z pewnego źródła, że wielu
ludzi w Stanach Zjednoczonych uważa, iż wyniki śledztwa, jakie zaprezentował
szeryf Joe na konferencji prasowej, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ze
wspomnianego źródła wiem także, że informacje te zostaną ujawnione w ciągu
najbliższych dwóch miesięcy. Źródło to przewiduje także, iż Obama utraci mandat
Demokratów pozwalający na reprezentowanie ich w wyborach prezydenckich. Mówiąc w
skrócie – brudne czyny wychodzą na jaw. Wygląda na to, że Obama zostanie wkrótce
"wysadzony z siodła". Jakkolwiek źródło to może się mylić, na pewno nie
założyłbym się, że jego informacje są nieprawdziwe. Pamiętajcie, że
dowiedzieliście się o tym jako pierwsi. I bądźcie pewni, jako Polacy, że
cokolwiek wydarzy się w amerykańskiej polityce, prezydent Obama "trzyma waszą
stronę"!
tłum. Agnieszka Żurek
