Ateizm niszczy nasze państwo
Z prof. Gerardem J.M. van den Aardwegiem, pisarzem katolickim,
psychologiem i psychoterapeutą, rozmawia Agnieszka Żurek.
Premier Węgier Viktor Orbán postawił tezę, że kryzys ekonomiczny
Zachodu ma swoje korzenie w kryzysie wartości. Podziela Pan Profesor tę opinię?
– Naród holenderski ma serdecznie dość Unii Europejskiej. Gdyby teraz odbyło
się referendum w tej sprawie, Holandia na pewno nie weszłaby do Unii. Nie dość,
że w wyniku wprowadzenia euro przeciętny mieszkaniec naszego kraju zbiedniał o
połowę, to jeszcze Unia Europejska męczy wszystkich obywateli wtrącaniem się w
każdą dziedzinę ich życia i odgórnym ustalaniem ram, w jakich wolno im się
poruszać. Holendrzy traktują to jako zamach na ich wolność. Jednocześnie jednak
niewiele osób dostrzega niebezpieczeństwo istnienia innego wymiaru opresji
fundowanej nam przez Unię Europejską, z jakim mamy do czynienia w sferze
ideologii.
Co jest jej najbardziej jaskrawym przejawem?
– Kraje europejskie, a szczególnie państwa Europy Zachodniej, tracą swoją
narodową tożsamość. Dzieje się to w szybkim tempie. Proces ten zachodzi nie
dlatego, że ludzie sami tego chcą, jest on narzucany z góry. Utrata tożsamości
narodowej idzie w parze z poważnym ograniczeniem demokracji. Obywatele mogą
wprawdzie głosować, ale proces głosowania coraz bardziej nabiera cech podobnych
do sposobu, w jaki głosują Rosjanie. Możemy wybierać, a jakże. Tyle że pomiędzy
A i A.
Między A zielonym i A czerwonym?
– Otóż to. Nie możemy decydować o tym, co jest rzeczywiście ważne dla naszego
codziennego życia. Głosowanie przypomina raczej coś w stylu lokalnych wyborów, w
których mamy bardzo małe pole manewru. Możemy decydować o rzeczach w stylu
wyboru rodzaju oświetlenia ulicy czy sposobu segregowania odpadów, ale o czymś
poważniejszym już nie. Decyzje na temat naprawdę ważnych spraw – tego, jak
żyjemy, czego rzeczywiście chcemy, jak wyglądają nasze plany na przyszłość,
wszystkie decyzje dotyczące naszych finansów i naszego prywatnego życia –
zapadają gdzie indziej. Straciliśmy coś ważnego. Funkcjonująca dzisiaj fasadowa
demokracja ma za zadanie podtrzymywać ludzi w złudzeniu, że mogą oni o czymś
decydować – po to, żeby byli spokojni i siedzieli cicho. Jeśli spojrzymy 40 lat
wstecz, zobaczymy, że ówczesna demokracja była o wiele mniej papierowa.
Kilkadziesiąt lat temu demokratycznie decydowaliśmy, na co będą przeznaczane
nasze pieniądze. Kiedy tracimy demokrację, jej alternatywą staje się tyrania.
Dzisiaj jesteśmy tego świadkami. W wielu aspektach jest to "miękka tyrania", ale
uważam, że ta "miękkość" stopniowo zanika. Jeśli ten proces nie zostanie
zatrzymany, trudno przewidzieć, jaki będzie następny krok rządzących. Władza
narzuca społeczeństwom zupełnie nową ideologię niż ta, którą znaliśmy wcześniej
i która wynika z naszych tradycji, zwyczajów i oczywiście z naszej religii. My,
Holendrzy, mieliśmy kiedyś zupełnie inne zasady i kierowaliśmy się zupełnie inną
filozofią. Po cichu, stopniowo, mózgi naszego narodu zostały jednak wyprane –
głównie przez media i wadliwą edukację.
Jakimi cechami charakteryzują się środki społecznego przekazu w
Holandii?
– Media mogą wydawać się wolne, ale to tylko złudzenie. Są całkowicie
kontrolowane przez aparat państwowy. To kolejna cecha totalitaryzmu. Media są
poddane ideologii politycznej poprawności. Każde posunięcie władzy jest
wzmacniane przez wszystkie media elektroniczne i większość gazet. Oficjalna
ideologia mówi, że mamy być "Europejczykami" i myśleć "globalnie", broń Boże,
nie w kategoriach narodowych. Mamy definiować się jako "obywatele Europy" bądź
"obywatele świata". Ma to wielkie znaczenie dla naszego życia, ponieważ nasze
tradycje, nasz sposób widzenia świata czy sposób pojmowania roli rodziny są
zupełnie inne od tej nowej, narzucanej nam ideologii.
Co określa tę ideologię?
– Jest to humanizm ateistyczny i materialistyczny. Jeśli chodzi o jej wymiar
polityczny – w tej nowej ideologii mieści się zarówno lewe skrzydło, to znaczy
socjaliści i zieloni, jak i opowiadający się za wolnym rynkiem liberałowie.
Sposób widzenia społeczeństwa i najważniejszych dla niego spraw przez liberałów
i przez lewicę zasadniczo się nie różni. Wspierają się wzajemnie, identyfikują z
tą samą ideologią. W latach 50. mieliśmy w Holandii Katolicką Partię Ludową.
Głosowało na nią ok. 35 proc. Holendrów – mimo że jesteśmy krajem raczej
protestanckim, a nie katolickim. Jeśli porównamy ten odsetek z liczbą tych,
którzy dzisiaj głosowaliby na partię katolicką – gdyby oczywiście takowa
powstała – głosowałoby na nią może 2 proc. Holendrów.
Skąd taka zmiana w tak szybkim tempie?
– Nie stało się to z dnia na dzień, ten proces zajął kilka dekad. Jan Paweł
II zapytał w latach 80. kilkoro holenderskich studentów: "Jak to się stało, że
do lat 50. Holandia była krajem wysyłającym najwięcej misjonarzy, a teraz jest
krajem, w którym wiara jest prawie nieobecna?".
Jak odpowiedziałby Pan Profesor na to pytanie?
– W moim przekonaniu, jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że księża
przestali wierzyć w to, czego nauczają. Zaczęli relatywizować wiele spraw.
Księża i biskupi mają ogromny wpływ na społeczeństwo. Tak jak wcześniej wierni
szli za nimi, słuchając ich nauczania zgodnego z doktryną katolicką, tak samo
później zaczęli oni naśladować ich relatywizm i myślenie w rodzaju: "Działaj
zgodnie z tym, co ci serce dyktuje". Kolejną sprawą stało się upowszechnienie w
Holandii tabletek antykoncepcyjnych w latach 60. Zmieniło to całkowicie sposób
patrzenia na życie rodzinne, ale wpłynęło także na całą filozofię życia
chrześcijan. Nadal uczestniczyli oni w niedzielnej Mszy św., ale przestali
przystępować do sakramentu pokuty. W konsekwencji stopniowo przestali wierzyć w
realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Jest w tym pewna logika.
Początkiem kryzysu stał się zatem relatywizm.
– Przez nasz kraj przeszła rewolucja kulturowa. Kiedy Unia Europejska
powstawała, miała cele inne niż obecnie. Z chwilą przybrania swojego obecnego
kształtu przyjęła jednak ideologię humanizmu ateistycznego i materialistycznego,
którą coraz silniej narzuca wszystkim swoim mieszkańcom. Rzeczywistość nie znosi
pustki. Próżnia ideologiczna stworzyła przestrzeń dla pojawienia się nowych
ideologii. Kościoły opustoszały. Ludzie stali się chrześcijanami jedynie z
nazwy. Z czasem zaczęła zanikać także nazwa. Stało się to możliwe, ponieważ
osłabła wiara. Wprawdzie i dzisiaj zdarzają się jeszcze ludzie, którzy
utrzymują, że "na swój sposób" wierzą w Boga, ale nie jest to wiara oparta na
solidnych fundamentach i nie odgrywa ona zasadniczej roli w ich życiu. Nowa
ideologia jest czymś na kształt pseudoreligii opartej na mitach.
Jakich na przykład?
– Takich jak mit równości – nie w odniesieniu do równości dusz, ale płci, a
nawet – orientacji seksualnych. Jest to czysty neomarksizm – chociaż niewiele
osób otwarcie to przyzna. Kolejnym mitem jest dzisiejsza wiara we wszechmoc
nauki. Wszystkie manifesty humanistyczne publikowane na przykład w Stanach
Zjednoczonych, tworzone przez ludzi świata polityki, nauki czy sektora
przemysłowego, mają w istocie bardzo jasne przesłanie: "nauka zbawi nas i świat,
który nas otacza". Pomijają one istnienie duszy. W myśl tej ideologii człowiek
miałby być ostatnim ogniwem procesu ewolucji. Jest to bardzo niebezpieczne. Cała
ta ideologia wkładana jest do głów dzieciom w szkołach. Rodzice nie mogą temu
zapobiec, muszą posyłać swoje dzieci do szkoły, w której są one karmione takimi
właśnie bajkami. Może to zdeterminować ich późniejsze życie – dzieci zamykają
się w ten sposób na transcendencję.
Ze szkół usunięto religię.
– W holenderskich szkołach nie ma żadnej nauki religii. Muszę dodać, że w
kościołach także jej nie ma. Mamy w Holandii dwie generacje ludzi, którzy
zostali wychowani w duchu właściwie ateistycznym. Obecnie uczący w szkołach
należą właśnie do pokolenia, którego formacja przypadła na lata 60.
Co dzieje się, jeśli ktoś podejmuje jednak próby uczenia dzieci
religii?
– Jeśli zrobi to nauczyciel w szkole, natychmiast pojawiają się protesty –
najpierw kolegów tego nauczyciela, później rodziców dzieci, władz miejskich czy
samorządów. Nauczyciela mogą spotkać różnego rodzaju nieprzyjemności –
upomnienia, bojkot ze strony kolegów… W efekcie niewielu z nich ma odwagę
publicznie mówić o Chrystusie.
A jak wygląda nauczanie religii przy kościele?
– Jego jakość jest bardzo kiepska. Nie chodzi o to, że księża są źli, rzecz
raczej w tym, że nauczanie to nie odpowiada na potrzeby współczesności. Podobnie
rzecz ma się z kazaniami. Homilie są na ogół bardzo ogólne – możemy usłyszeć na
przykład, że trzeba dobrze traktować swoich sąsiadów czy inne rady w tym stylu,
ale nie są to rzeczy odbiegające od tego, co możemy usłyszeć gdziekolwiek
indziej. Większość ludzi, którzy nadal uczęszczają do kościoła, nie ma
praktycznie żadnej wiedzy religijnej. W najlepszym razie pamiętają oni jeszcze
coś ze szkoły, ale jeśli mają poniżej 45 lat, wykazują daleko posuniętą
ignorancję, gdy chodzi o podstawowe prawdy wiary chrześcijańskiej. Jeśli
kazania, jakie słyszą oni w kościele, stanowią jedynie niewielką refleksję na
temat Ewangelii z danego dnia, nie jest to efektywny sposób komunikacji z
człowiekiem dzisiejszych czasów. Szczególnie dotyczy to młodych ludzi, którzy są
przecież nafaszerowani ideologią otrzymywaną w szkołach. Jeśli ich otwartość na
rzeczywistość pozamaterialną zostanie stłumiona, w dalszej kolejności zaniknie
także ich wrażliwość na prawdy moralne. Kiedy przestaną oni wierzyć w istnienie
duszy, przestaną także zdawać sobie sprawę z tego, że przyjdzie im kiedyś zdać
rachunek ze swojego życia.
Holenderscy chrześcijanie nie wierzą w życie wieczne?
– Członkowie naszego społeczeństwa zupełnie nie wierzą w istnienie piekła.
Wierzą ewentualnie w jakiś rodzaj nieba, do którego trafią wszyscy po śmierci.
Większość chrześcijan wyznaje jakiś system moralny, nie są to może źli ludzie,
ale absolutnie nie można powiedzieć, żeby żyli oni w zgodzie z chrześcijańską
moralnością.
Jak wielu z nich uczestniczy w niedzielnej Mszy Świętej?
– Bardzo niewielu. Powiedziałbym, że ok. 2 proc. społeczeństwa, może trochę
więcej. W przeważającej mierze są to ludzie starsi. Zdarzają się parafie, w
których pracują dobrzy księża, wierni chrześcijańskiemu nauczaniu. Jest to
jednak kropla w oceanie.
Młodzi ludzie szukają chrześcijańskiej ortodoksji?
– Młodzi ludzie zasadniczo nie przejawiają większego zainteresowania życiem
duchowym. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że nie są oni
konfrontowani z prawdziwym życiem. Nie żyją w świecie realnym, interesuje ich
bardziej określona atmosfera niż rzeczywistość. Na ogół szukają po prostu
rozrywki. Jest to oczywiście bardzo powierzchowne.
A jeśli jednak zdecydują się szukać czegoś głębszego?
– Ci młodzi ludzie, którzy w poszukiwaniu głębszych wartości udadzą się do
kościoła i usłyszą kazanie na takim poziomie ogólności, który nie będzie
specjalnie budził ich sumień, nie wyjdą stamtąd szczególnie poruszeni. Jedynym
rozwiązaniem takiej sytuacji byłoby zatem jasne i czytelne w przekazie nauczanie
podstawowych zasad katolicyzmu, takich jak: "Istnieje Bóg w Trzech Osobach",
"Chrystus jest Bogiem", "Kościół katolicki został założony przez Niego".
Oczywiście, pierwszą reakcją większości ludzi byłyby głosy niedowierzania bądź
szyderstwa w rodzaju: "To nonsens", "To jest mentalność średniowieczna" i tak
dalej. Moim zdaniem, takie reakcje trzeba przyjąć spokojnie i dalej mówić swoje.
Następnym etapem u niektórych osób będzie zastanowienie się nad tym i – czasami
– nabranie pewnych wątpliwości, zadawanie pytań. Wielu biskupów i księży zdaje
się jednak nie zdawać sobie z tego sprawy.
Dali się uwieść politycznej poprawności?
– Wielu z nich – niestety tak. Tymczasem my, Holendrzy, nie lubimy zawiłości.
Rzeczy trzeba nazywać po imieniu. Jeśli usłyszymy jasny komunikat, będziemy
mogli odpowiedzieć: "Tak, to prawda" bądź "Nie, to nonsens". Będziemy mieli
szansę się zastanowić. Nie chodzi o to, żeby na pierwszym miejscu dbać o to, aby
w kościołach panowała miła atmosfera i żeby wszyscy się uśmiechali. To nie
działa. Ludzi trzeba skonfrontować z rzeczywistością ich własnego życia. Kiedy
trzeba, uświadomić im na przykład, że w swoim życiu kierują się głównie
popędami. Powiedzieć im, że istnieje Bóg i że to On jest doskonały, a nie my.
Przypomnieć, że jesteśmy grzesznikami, a nie fajnymi, miłymi ludźmi – jak często
o sobie myślimy. Chrześcijaństwo mówi co innego – nie jesteśmy tak zupełnie
"dobrzy" i potrzebujemy zbawienia. Jest w nas oczywiście dobro, ale jest także
egoizm.
Jest Pan autorem opracowania "Spragnione dusze" – książki o duszach
czyśćcowych. Czy otworzyła ona komuś oczy na istnienie rzeczywistości Kościoła
pokutującego?
– Ta książka trafiła w Holandii jedynie do wąskiego kręgu czytelników.
Została opublikowana w niewielkim, katolickim wydawnictwie. Prasa nie poświęciła
jej zbyt wiele miejsca. Nie mogę powiedzieć, żeby wywołała ona trzęsienie ziemi,
zupełnie tak nie było. Z różnych stron docierały do mnie jednak głosy o jej
pozytywnym odbiorze. Zdarzało się, iż ludzie przyznawali, że istnieje w tym
wszystkim jakaś logika, bywało, że otwierały im się oczy na rzeczywistość, o
której wcześniej nie mieli pojęcia. Słyszałem także, że ci, którzy byli
katolikami w przeszłości, przyznawali, że zaczęli się modlić za dusze w czyśćcu
cierpiące. "Moja matka zmarła w zeszłym roku, a ja nigdy do tej pory nie
odmówiłem za nią najmniejszej modlitwy", zwierzali się. Można zatem powiedzieć,
że książka rzeczywiście wywarła pozytywny wpływ na niektórych ludzi, ale nie
łudźmy się, że ateistyczne społeczeństwo, jakie stanowią Holendrzy, można
nawrócić w kilka dni.
A jak to zrobić w dłuższej perspektywie?
– Gdybyśmy mieli katolickie media, mogłoby to bardzo pomóc. Ogromnie ważna
jest także edukacja. W holenderskich szkołach prezentuje się fałszywą wizję
historii. Przedstawiana jest ona w taki sposób, jak gdyby cywilizacja pojawiła
się dopiero w wyniku rewolucji francuskiej, a to, co działo się wcześniej, było
jedynie mrokiem i zacofaniem. Tymczasem jest to zupełny fałsz, przecież cała
nauka rozwinęła się na średniowiecznych katolickich uniwersytetach. Mamy zresztą
do czynienia nie tylko z fałszowaniem historii, ale także filozofii i
psychologii. Współczesna psychologia jest pełna neopogańskich mitów.
Na przykład?
– Mity na temat człowieka biorą swój początek w zanegowaniu istnienia
niematerialnej duszy. Kolejnym krokiem staje się zanegowanie także
rzeczywistości sumienia. Wielu dzisiejszych psychologów mówi na przykład, że
poczucie winy jest czymś, czego się uczymy, a zatem możemy się tego również
oduczyć na drodze zmiany norm obowiązujących w danym społeczeństwie. Jest to
oczywiście błędne rozumowanie, ponieważ istnienie sumienia jest niezależne od
wyznawanej religii czy od miejsca i czasu, w których przyszło nam żyć. Osobnym
problemem jest to, że współczesna psychologia usiłuje negować istnienie w
człowieku pragnień dotyczących sfery religijnej. Tymczasem są one naturalne.
Także pragnienie moralnej czystości jest u ludzi czymś naturalnym. Kolejnym
zagadnieniem jest wreszcie rozpowszechnienie w psychologii zupełnie błędnej
koncepcji człowieka, to znaczy freudyzmu i jego teorii o istnieniu w każdym
ludzkim umyśle stłumionych popędów. Freud był bardzo inteligentnym szarlatanem.
Bardzo wielu psychiatrów i psychologów, którzy w młodości byli osobami
wierzącymi, straciło wiarę pod wpływem przyswajania jego teorii. Ma to ogromne
znaczenie, ponieważ psychologia i psychiatria odgrywają ogromną rolę w
dzisiejszym społeczeństwie.
Jakie są tego skutki?
– Pozbawienie ludzi wrażliwości. Normalne uczucia i odruchy są
represjonowane. Jeśli dzieci w szkole, chociażby w czasie zajęć poświęconych
edukacji seksualnej, uczy się pozbywania naturalnych odruchów wstydu czy chęci
zachowania prywatności, uczą się one "nieodczuwania". Jeśli dziewczęta dokonują
pierwszej aborcji w wieku 16 lat, a kolejnej – w wieku 18 lat (a wcale nie są to
rzadkie przypadki), nie mają one później większych obiekcji wobec stosowania
eutanazji. Widzimy to wyraźnie w naszym kraju – nawet osoby uważające się za
katolików nie mają specjalnych oporów wobec przyspieszania śmierci starszych
osób. Bardzo rozpowszechnione jest obecnie użycie pewnego leku uspokajającego,
którego zażycie w kombinacji z określoną dawką morfiny pozwala przewidzieć mniej
więcej moment śmierci. Człowiek nie umiera natychmiast, ma czas na pożegnanie
się z rodziną. Ten sposób zadawania śmierci jest określany jako "przyjazny
pacjentowi i rodzinie" i jest bardzo popularny w Holandii. Tutaj znów dotykamy
problemu edukacji. Jeśli dzieci uczą się, że embrion nie jest człowiekiem,
łatwiej im później uzasadnić sobie decyzję o eutanazji – na wczesnym etapie
zostały pozbawione awersji do zabijania. Ideolodzy głoszący tego rodzaju
filozofię wiedzą o tym dobrze.
Jak powstrzymać ten proces?
– Mówić o tym jasno, bez niedomówień. Wiele osób czuje, że procesy społeczne
zmierzają w złym kierunku, niewielu jednak ma świadomość, dlaczego tak się
dzieje i na czym dokładnie polega problem. Jeśli poświęcimy czas na wyjaśnienie
tego ludziom, wielu z nich zrozumie, o czym mówimy. Nie należy bać się nazywania
rzeczy po imieniu. Nie trzeba "łagodzić przekazu" poprzez osłabianie jego
wymowy. Niebezpieczne procesy społeczne zaszły za daleko i nie pora na łagodną
perswazję, kiedy trzeba bić na alarm. Zasadniczą rolę odgrywają tutaj zatem
media. Przy pomocy mediów katolickich możemy dotrzeć do wielu ludzi dobrej woli.
Katolicy nie powinni obawiać się jasnego wyrażania swoich poglądów. Misjonarze
także nazywali rzeczy po imieniu. Głosząc Chrystusa, nie obawiali się mówić:
"To, w co wierzycie, jest złe" czy też "Nie wolno oddawać czci demonom".
Dzisiejszy język określiłby takie zachowania jako "agresywne". Tymczasem święty
Bonifacy czasami brał ze sobą na misje siekierę i ścinał "święte dęby".
Pokazywał ludziom: "Widzicie? Nic się nie stało". I stawiał w tym miejscu
kaplicę. Dzisiaj także musimy ścinać "święte dęby". Musimy przeciwstawić się
kłamstwom serwowanym dzieciom w szkołach i młodzieży na uniwersytetach, nazywać
je w sposób klarowny i jasno przedstawiać alternatywę. Do tego potrzebne są
katolickie media i katoliccy nauczyciele. Ważna jest także rodzina.
Czy istnieją w Holandii wspólnoty dające nadzieję na duchowe
odrodzenie kraju?
– Nie jestem zwolennikiem tkwienia w złudzeniach, wolę opierać się na
rzeczywistości. Nie możemy być naiwni i łudzić się, że wszystko zmieni się z
dnia na dzień. Istnieją oczywiście niewielkie, a jednak mające znaczenie grupy
ludzi rzeczywiście żyjących według katolickiego systemu wartości. Żyją oni
zupełnie inaczej, niż każe im państwo, szkoła bądź otoczenie. Te środowiska
zapewne zachowają wiarę i przekażą ją następnym pokoleniom. Nadziei na duchowe
przebudzenie nie upatruję jednak w Europejczykach, ale raczej w mieszkańcach
innych kontynentów – takich jak na przykład Afryka. Pewną nadzieję stanowi być
może także Rosja. Nie mam tu oczywiście na myśli zwierzchnictwa politycznego –
nie jest dla mnie jasne, co właściwie zmieniło się w tym obszarze od czasów
komunistycznych – ale fakt, że hierarchowie Kościoła prawosławnego wypowiadają
się na ogół w sposób zdecydowany na przykład w kwestiach dotyczących obrony
życia. Może to wywrzeć wpływ także na hierarchów zachodnich. Myślę, że pewną
nadzieję stanowią również Chiny. Chińczycy cierpią niewyobrażalnie, są przecież
więźniami własnego aparatu państwowego. Na podstawie licznych relacji osób
odwiedzających ten kraj można jednak stwierdzić, że Chińczycy byliby bardzo
zainteresowani chrześcijaństwem, gdyby tylko mieli okazję o nim usłyszeć.
Francuski filozof Jacques Maritain usłyszał od znajomego księdza (było to
jeszcze w czasach przed nadejściem komunizmu), że kiedy otworzyli oni w Chinach
katolickie gimnazjum, szybko się zapełniło, tak ogromną cieszyło się
popularnością. Chińczycy przyjmowali także chrzest – nie pojedynczo, ale masowo,
całymi tysiącami. Ten ksiądz powiedział: gdybyśmy mieli stu księży więcej,
nawróciłaby się połowa Chin. Katolicyzm koresponduje z poczuciem religijności
Chińczyków, z ich rozumieniem dobra i zła.
Na koniec zapytam o Polskę – wiem, że miał Pan Profesor okazję
odwiedzić Jasną Górę.
– Polska pobożność maryjna jest czymś ogromnie ważnym, podstawowym. Polska ma
bardzo długą tradycję bronienia chrześcijaństwa w Europie – broniła go przed
inwazją muzułmanów w bitwie pod Wiedniem, broniła go także przed zagrożeniem ze
Wschodu. Nie umiem sobie wyobrazić, że nie miałaby tej tradycji w jakiś sposób
nie kontynuować. Cieszę się, że Polska istnieje. Wracamy do punktu, od którego
rozpoczęliśmy naszą rozmowę – tożsamość narodowa to sprawa fundamentalna.
Polskie poczucie tożsamości narodowej jest silne, trwa nawet u osób
mieszkających poza granicami kraju. Znam wielu Polaków mieszkających w Holandii
i muszę powiedzieć, że są oni ludźmi skromnymi i dobrymi pracownikami. Nie są
chyba tak aroganccy jak my. Mam ogromną nadzieję, że Polska zachowa swoją wiarę.
Będzie to możliwe, jeśli utrzyma katolickie media, katolickie szkoły i jeżeli
polscy księża pozostaną wierni nauce Kościoła. Te trzy sprawy są w mojej opinii
kluczowe. Na koniec chciałbym podzielić się pewną myślą: poruszyliśmy w naszej
rozmowie wiele trudnych tematów, ale nie wolno nam przy tym zapomnieć, że
zwycięstwo chrześcijaństwa jest pewne. Nie wiemy, kiedy ono nastąpi, ale jest
nam zagwarantowane. Tak jak powiedziała Maryja w Fatimie: "Na koniec Moje
Niepokalane Serce zatriumfuje". A my pamiętajmy, że walczymy po właściwej
stronie.
Dziękuję za rozmowę.
