Atak na Polskę
Polska ma dziwne szczęście. Musi odbierać
pierwsze ciosy wrogich sił, które sprzysięgły się przeciw wszystkiemu,
co prawdziwe i dobre, i na czym opiera
się cała cywilizacja
godna swego miana. Już nie wspomnę o Tatarach i Turkach, Szwedach i różnych
heretykach; Polska zawsze była zmuszona opierać się naciskom ideologii antyludzkiej
i antychrześcijańskiej.
Wystarczy przypomnieć, że u początku XX w. pierwsza oparła się nawale bolszewickiej
w 1920 r., pierwsza stawiła czoła hitlerowskiemu najeźdźcy w 1939 r., pierwsza
zbudowała praktyczny program wyzwolenia narodu spod jarzma ideologii komunistycznej
w 1980 r. i wreszcie pierwsza postanowiła odbudować ład państwowy na fundamencie
prawa i sprawiedliwości, a nie w oparciu o mity marksizmu, liberalizmu czy
globalizmu, które grożą całkowitym zlikwidowaniem ludzkiego oblicza cywilizacji.
Socjalizm żywy – kosztem człowieka
Co ciekawe, te godne uznania i poparcia inicjatywy polskiego rządu wywoływały
od początku wściekłe i nieludzkie ataki ośrodków antypolskich i antychrześcijańskich,
wywodzących się z tej samej ideologii, która jest odpowiedzialna za stworzenie
ludobójczych systemów XX wieku. Jest to wciąż ten sam socjalizm i materializm
historyczny, który dąży do wyzwolenia człowieka od prawa Bożego, proponując
uszczęśliwienie ludzkości na drodze niewolniczego ulegania pożądliwości ciała
i oczu oraz namiętności pychy, która sprzeciwia się wszystkiemu, co Boże.
Te szaleńcze ideologie są odpowiedzialne za potworne ludobójstwo nieodłączne
od wszystkich nowoczesnych rewolucji, począwszy od rewolucji francuskiej.
Nikt dokładnie nie policzył, ile ofiar pochłonęła obłąkana ideologia Hitlera,
ile niewinnych ofiar pociągnęła za sobą ideologia komunistyczna, nikt także
dokładnie nie zliczy, ile ofiar obciąży sumienia propagatorów rewolucji seksualnej
i programowej promocji zabijania dzieci poczętych, ile najmłodszych istot
zginęło i jeszcze zginie w wyniku opętańczej filozofii promującej eksperymenty
z ludzkim życiem i odrzucającej małżeństwo jako wyłączny ludzki i osobowy
kontekst, w którym powołuje się nowych ludzi do istnienia na zasadzie współdziałania
z Bogiem. Nikt też nie jest obecnie w stanie przewidzieć, jaki prąd nienawiści
i politycznego terroryzmu przejdzie przez świat w wyniku pozbawionej wszelkiego
rozumu propagandy homoseksualizmu, dopóki ten świat nie zawali się pod ciężarem
własnej głupoty.
Ignorancja czy podłość?
Oto doczekaliśmy się tego, że rzekomo postępowa i cywilizowana instytucja,
jaką jest Unia Europejska, zarzuca Polsce szerzenie nienawiści wobec gejów.
Niedawno przewodniczący Komisji Praw Człowieka Jean-Marie Cavada podczas
specjalnej konferencji "porównał sytuację w Polsce do sytuacji, jaka
miała miejsce w latach trzydziestych w hitlerowskich Niemczech i przestrzegał
przed powtarzaniem się historii". Jak informowała KAI, "cała konferencja
stała się ostrym atakiem na Polskę jako kraj, który łamie traktaty Unii Europejskiej
i prawa człowieka. Uczestnicy konferencji zapowiedzieli, że złożą formalny
wniosek o zawieszenie Polski w prawach członka Unii Europejskiej".
Prawdopodobnie pan przewodniczący Komisji Praw Człowieka jest bardzo młodym
człowiekiem i nie pamięta czasów, w których rozwijał się hitleryzm, i na pewno
nie słyszał o Papieżu Piusie XI, który w encyklice "Mit brennender Sorge",
potępiającej hitleryzm, upominał się o prawa człowieka i przestrzegał przed
zgubnymi skutkami odrzucenia chrześcijaństwa i zastąpienia go przez religię
neopogańską. Jeżeli pan przewodniczący popełnia taką gafę, że porównuje hitleryzm
do idei "prawa i sprawiedliwości" opartej na autentycznej antropologii,
to z pewnością brakłoby czasu, aby pana przewodniczącego nauczyć podstawowych
pojęć filozofii chrześcijańskiej lub elementów doktryny społecznej głoszonej
wytrwale przez Papieży, zwłaszcza od czasów Leona XIII aż do Jana Pawła II
i Benedykta XVI. Sprzeczności obecne w sposobie myślenia pana przewodniczącego
są wprost obezwładniające. A cała konferencja przypomina swoim poziomem naradę
bojową na podobieństwo tych konferencji, które mogły mieć miejsce w afrykańskiej
lub indonezyjskiej dżungli.
O Polskę suwerenną
Jeżeli zagrożono Polsce karą w postaci zawieszenia w prawach członka Unii Europejskiej,
to być może jest to właściwy sygnał, aby nasz kraj podjął energiczną inicjatywę
w obronie swojej suwerenności. Jakim prawem jakiś urzędnik Brukseli, który
nie zna Polski, nie zna naszej historii i naszych zasług dla obrony europejskiej
kultury, ma się wtrącać do naszych spraw wewnętrznych i dyktować nam odgórnie
i z tupetem, jak mamy się rządzić we własnym domu? Byłby czas na gruntowne
zrewidowanie tak zwanego traktatu akcesyjnego, zawartego przecież wbrew prawdziwym
interesom Polski przez ludzi będących na służbie obcych nam sił. O wszystkim
decydowali komuniści, przyzwyczajeni już nałogowo do tego, że Polską się
handluje, że Polskę można sprzedać czy to na Wschód, czy to na Zachód, byle
za dobre pieniądze.
Przed obecnym rządem polskim stoi zadanie obrony naszej tożsamości, naszej
suwerenności, po prostu naszej godności. Jest to obowiązek wobec historii i
wobec tych, którzy masowo ginęli "za honor i Ojczyznę" na wszystkich
frontach świata. Jeżeli konferencja w Brukseli oraz nieodpowiedzialna wypowiedź
przewodniczącego Komisji Praw Człowieka ukazują prawdziwe oblicze Unii Europejskiej
(widoczne zresztą od początku, choćby w związku z kazusem Buttiglionego), to
należy dążyć do odłączenia się od UE albo do zdecydowanej reformy Unii, jeżeli
jest to w ogóle twór reformowalny, biorąc pod uwagę daleko posuniętą gangrenę
moralną i kulturową. Być może należałoby pospieszyć się z tą decyzją secesji,
zanim okaże się z nagła, że mamy do czynienia nie z Europą, a z "Eurabią" (Euroarabią),
jak to nam po cichu przepowiadają wyznawcy Mahometa. Oczywiście, w razie podjęcia
takiej decyzji należałoby przeprowadzić dokładne obliczenia wzajemnych należności
i zażądać od państw Unii odszkodowania za straty wojenne, za sprzedanie Polski
w niewolę sowiecką w wyniku Jałty, za moralne krzywdy wynikające ze zbyt długiego
tolerowania zwierzchności komunistycznej nad Polską. Powinniśmy także domagać
się odszkodowania za wprowadzenie u nas praw i programów niszczących rodzinę,
popierających zabijanie dzieci poczętych, całą zresztą rewolucję seksualną
ze wszystkimi skutkami demoralizacji dzieci i młodzieży. To wszystko jakoś
szło z Zachodu, choć prawdę mówiąc także cały komunizm i wszystkie jego "dobrodziejstwa" szły
z Zachodu: tam działali Marks i Engels, stamtąd przyjechał Lenin, który mógł
całkiem dobrze podać sobie rękę z Hitlerem – też z Zachodu. Z Zachodu mieliśmy
także prostytucję i "chorobę francuską", a teraz grozi nam, że będziemy
mieli homoseksualizm i AIDS, jako istotny, egzystencjalny załącznik do wszelkiej
formy rozpusty i pederastii. Z Zachodu mieliśmy rasizm, eugenizm, kolonializm,
kapitalizm wraz z wszystkimi formami wyzysku i eksploatacji człowieka. Teraz
z Zachodu mamy pogróżki i słowa pogardy obrażające nie tylko legalny i demokratyczny
rząd polski, lecz także poniżające godność całego Narodu, który z ogromnym
trudem odbudowuje swoją Ojczyznę po latach czerwonej okupacji i złodziejskiej "prywatyzacji".
Teraz Zachód ostrzega świat przed Polską i mobilizuje siły polityczne do nowego "Kulturkampfu",
czyli do walki z kulturą chrześcijańską, a zwłaszcza katolicką. Do inwazji
na Polskę szykują się podobno hordy homoseksualistów i różnych dewiantów, aby
walczyć o "wolność i demokrację".
Dziwna Komisja Praw Człowieka
Zdaje się, że takiego właśnie jednego z niedoszłych agitatorów zaaresztowano
na lotnisku w Edynburgu, o czym doniosły agencje (Associated Press, 18 maja
2006), pokazując fotografię tego osobnika, który ze wszystkich rzeczy noszonych
przez człowieka miał na sobie tylko plecak. Już miał kiedyś rozprawę sądową,
na której stwierdził, że "nie ma takiego prawa, które głosi 'nie wolno
chodzić nago’". Powiedział też: "ubieram się tak, jak chcę, i wierzę
w to, w co chcę wierzyć". Nawiasem mówiąc, bardzo to nam przypomina
filozofię pewnego działającego w Polsce obywatela społecznika…
Ten włóczęga z Edynburga broni swojej absolutnej wolności i domaga się dla
siebie nieograniczonej tolerancji, więc w świetle filozofii, jaką wyznaje przewodniczący
Komisji Praw Człowieka, powinien być wyróżniony, nagrodzony, postawiony za
wzór i zamianowany honorowym jej przewodniczącym. Ta Komisja bowiem nie odwołuje
się do żadnych podstaw antropologicznych lub moralnych leżących u źródła praw
człowieka, skoro za "prawa człowieka" uważa także "prawo do
aborcji", czyli do bezkarnego zabijania człowieka rodzącego się, skoro
nie wzrusza się tym, że prawo Wielkiej Brytanii zezwala na wszelakie eksperymenty
na embrionach zmierzające do prewencyjnej selekcji dzieci poczętych. Tak zwana
Komisja Praw Człowieka nie przejmuje się praktykami sztucznego zapłodnienia
prowadzonymi pod pretekstem "leczenia niepłodności", choć są to praktyki
całkowicie sprzeczne z godnością człowieka i ich patronem mógłby zostać osławiony
dr Mengele, sądzony wśród zbrodniarzy przeciw ludzkości. Komisja Praw Człowieka
nie interweniuje, kiedy w pewnym państwie organizacje humanitarne bardziej
troszczą się o "prawa zwierząt" niż prawa rodzących się ludzi oddanych
na pastwę zbrodniarzy (Londyn, UPI, 20 maja 2006). Komisja Praw Człowieka nie
interweniuje, kiedy Alan Guttmacher Institute prowadzi w mediach kampanię przeciw
macierzyństwu i za pomocą podstępnej dezinformacji kieruje kobiety w otwarte
wrota aborcji, rzekomo wyzwalającej je od przymusu "niechcianej ciąży" (Spectator, "Guttmacher
Inseminates the Media", 11 maja 2006). Komisja Praw Człowieka nic nie
wie o tym, że w USA proponuje się ważną poprawkę do konstytucji, wykluczającą
uznanie związku homoseksualnego za małżeństwo (Townhall, "News Media:
Traditional Marriage is Anti-Gay", 19 maja 2006). Może by więc podobne
pogróżki, jak pod adresem Polski, skierować przeciw Stanom Zjednoczonym? Ale
przede wszystkim Komisja Praw Człowieka nie ma jednoznacznej definicji tego,
co to jest "prawo człowieka", ponieważ – wychodząc z przesłanek politycznych,
a nie filozoficznych (antropologicznych) – nie ma definicji "człowieka".
Tajemnica "fobii" homoseksualnej
Komisja – świadomie czy nieświadomie – bierze udział w organizowaniu zbiorowego
hałasu i medialnego terroru w obronie homoseksualistów, których w gruncie
rzeczy nikt nie atakuje. To oni sami żyją w klimacie samozastraszenia, który
powoduje, że stają się agresywni wobec ludzkości zorganizowanej na zasadach
moralnych.
Według przysłowia głoszącego, że "na złodzieju czapka gore", czują
się wewnętrznie zaniepokojeni i tłumaczą ten niepokój jako wynik agresji z
zewnątrz. Tymczasem to ich własne sumienie, ich zranione człowieczeństwo "atakuje" ich
od wewnątrz, wołając rozpaczliwie o opamiętanie się i powrót do normalnego
życia ludzkiego. Jednak ktoś im w tym celowo i planowo przeszkadza, z jednej
strony niszcząc ich własne sumienie, z drugiej strony używając ich jako "awangardy" w
batalii przeciw rodzinie, przeciw moralności opartej na prawie Bożym i przeciw
całej dotychczasowej cywilizacji zbudowanej na etycznej konstytucji rodziny.
W swoim zaślepieniu nie dostrzegają, że ta "fobia", którą zarzucają
ludziom normalnym (po prostu ludziom!), jest ich własnym lękiem, który stał
się czynnikiem konstytutywnym ich chorej osobowości. To tak, jak we wszystkich
mitach: zło lęgnące się w sercu poganin usiłował przerzucać na istoty zewnętrzne,
realnie istniejące lub wytworzone w wyobraźni, aby poczuć się usprawiedliwionym
albo aby mieć powód do atakowania tego zastępczego podmiotu ucieleśniającego
zło. Jest to niewątpliwie działanie szatana, które zarazem pokazuje, jaki jest
mechanizm autodestrukcji człowieka w wyniku zniewolenia grzechem. Trzeba jasno
powiedzieć, że to homoseksualizm (a w ogóle każda forma rozpusty) jest tym
złem, które człowieka niszczy i przeraża, niosąc w sobie zalążkowo symptomy
przyszłego odrzucenia, które stanie się wiecznym losem człowieka, jeżeli nie
nawróci się on przez pokutę. To homoseksualizm dręczy i prześladuje człowieka
("nie ma pokoju bezbożnym" – mówi Pismo Święte) i faktem jest, że
organizacje homoseksualne są źródłem zagrożenia i różnych niesprawiedliwości
wobec normalnych ludzi, jak to rzeczowo pokazuje David Limbaugh w artykule "Gay
Rights – Who is Harrasing Whom?" (News Max, 16 maja 2006). Między innymi
13 studentów w Roseville (w stanie Kalifornia) zostało zagrożonych usunięciem
z uczelni, jeżeli nie przestaną nosić koszul z napisem zawierającym szlachetne
orędzie: "Homoseksualizm jest grzechem. Jezus może cię uczynić wolnym".
Cała propaganda homoseksualizmu stała się wielką aferą polityczną i ruchem
rewolucyjnym, kontynuującym w nowej, ostrej formie rewolucję seksualną, której
celem jest zniszczenie tradycyjnej kultury i autentycznie ludzkiego społeczeństwa.
(Rzeczowo ten temat przedstawiono w książce pt. "W obronie wyższych praw",
Kraków 2005). Jest to zwłaszcza rewolucja religijna, zwrócona wyraźnie przeciw
chrześcijaństwu (przeciw Kościołowi).
Profanacja uniwersytetu
Jest to zarazem rewolucja niepozbawiona wyższych ambicji: próbuje wspinać się
na uniwersytety, ale nie w celu szukania podstaw naukowych, lecz w celu zakażenia
wspólnoty uniwersyteckiej bakcylem demagogii ideologicznej i moralnego nihilizmu.
Jak donosił "Nasz Dziennik", na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika
w Toruniu odbyła się "konferencja", która nie przynosi chluby tej
uczelni. Nie było tam debaty naukowej, lecz tylko propaganda prowadzona przez
jakąś organizację homoseksualną, choć miała to być debata analizująca "sytuację
homoseksualizmu w aspekcie prawnym, społecznym i kulturowym". Tego typu
konferencja z góry skazana była na bezpłodność, jako że homoseksualizm nie
ma nic wspólnego ani z prawem, ani ze społeczeństwem, ani z kulturą: jest
zaprzeczeniem wszystkich tych kategorii, w których może być widziane życie
ludzkie. Grupa propagandowa zyskała wprawdzie pewien rozgłos, ale za to sam
uniwersytet stracił wiele ze swojego prestiżu i moralnego autorytetu. Jeżeli
uniwersytet może się stać forum dla szerzenia propagandy dla tak podłej sprawy
i nie stara się zająć stanowiska naukowego, to znaczy obiektywnego, opartego
na właściwych kryteriach antropologicznych, to taki uniwersytet traci całą
swoją powagę, przekreśla swój społeczny charyzmat, o którym niejeden raz
mówił Jan Paweł II. Uniwersytet ma służyć prawdzie i tylko pod tym warunkiem
służy społeczeństwu oraz narodowi. W przeciwnym razie staje się najemnikiem
sprzedającym swe usługi komuś, kto zapłaci. Myślę, że czcigodny patron Mikołaj
Kopernik bardzo się czymś takim smuci i – penetrując w nowy sposób niebiosa
– kiwa głową nad władzami uniwersytetu. Jest to bardzo smutne zjawisko. W
czasie, kiedy sprzedajne i zdradzieckie "media" polskojęzyczne
frymarczą prawdą i sprzedają kłamstwo ubrane w pozłacane szaty błyskotliwej
demagogii, wszystkie oczy Polaków powinny móc zwrócić się ku uniwersytetom,
tym świątyniom autentycznej wiedzy i prawdy. A tymczasem? Jak można szanować
uniwersytet, który wyrzeka się swojej niepowtarzalnej roli obrońcy światła
i oddaje własne mury jarmarcznym zachwalaczom moralnej tandety?
Nie ma czasu, aby głębiej zastanowić się nad znaczeniem hasła tej konferencji,
które brzmiało: wolni, równi, różni. Czy homoseksualiści chcieli udowodnić,
że są "wolni" od więzów z ludzkością, która istnieje jedynie poprzez
cud stworzenia, objawiający się w misterium zrodzenia? Czy chcieli udowodnić
sobie, że są "równi" – ale z czym? Z kim? Czy przez rezygnację z
moralności nie stali się równi zwierzętom, jak to otwarcie głosi św. Paweł
w Liście do Rzymian? A "różni" – od czego i od kogo? Od ludzi? To
słowo mówiące o "różnicy" może stanowić pewien klucz do problemu,
który zatruwa umysły nowoczesnych uczonych w Ameryce. Ciekawie pisze na ten
temat Mark A. Kalthoff (Spectator, "To Tell The Truth", 21 kwietnia
2006). Autor ten, sprawdzając w internecie nowości nauki, natrafił na tezę,
która go zadziwiła. Jest to teza: "Różnica jest jedyną rzeczą wspólną
nam wszystkim". Co więcej, twierdzi się, że tę różnicę trzeba "celebrować".
Czy z tego wynika, pyta autor, że prawda nie istnieje w rzeczach, lecz "pomiędzy" rzeczami?
Przecież "różnica" nie oznacza czegoś, co może być poznane jako "prawda".
Moglibyśmy na przykład w spotkaniu z kimś powiedzieć: "Nie mam nic wspólnego
z tobą, a skoro i ty nie masz nic wspólnego ze mną, w takim razie mamy razem
coś wspólnego: nazywamy to różnością. A więc załóżmy związek". Autor twierdzi,
że porzucenie prawdy i pójście na niezobowiązujące "gaworzenie" zagraża
cywilizacji. Jest to zdrada wobec tego poziomu wychowania, który był celem
uniwersytetów. "Uniwersytet powinien być zainteresowany prawdą, nie różnością".
To jakby powtarzał słowa Jana Pawła II: "Uniwersytety istnieją dla rzeczy
wyższych: poszukiwania, ochrony i rozpowszechniania Prawdy". W przedziwny
sposób uwagi amerykańskiego uczonego stosują się do uniwersytetu w Toruniu.
Może nie tylko do tego jednego? Czy wszystkie nasze wyższe uczelnie wyciągną
z tego właściwe wnioski?
ks. prof. Jerzy Bajda
