Artysta nie musi być lewacki

Z Rafałem Roskowińskim, artystą malarzem, autorem murali i komiksów o
tematyce historycznej, współtwórcą Gdańskiej Szkoły Muralu, rozmawia Agnieszka
Żurek
 



Nie może Pan zwyczajnie jak inni malarze – tworzyć na płótnie? Jaką wyższość
mają nad nim ściana czy mur?

– Malowanie na ścianie istniało od zawsze. Zmieniały się natomiast technologie
farbiarskie. To nie jest tak, że ktoś wymyślił fresk, bo tak mu się podobało. Po
prostu nie było innej technologii. Trzeba było stosować upiorną technikę mokrego
tynku, używano farb z naturalnych barwników, było to dość uciążliwe. Artysta
musiał umieć zrobić farby – tak żeby malowidło było trwałe. Stosowane obecnie
technologie są coraz lepsze, farby można kupić w sklepie, nie trzeba ich samemu
rozrabiać. Mural podoba mi się o tyle, że jest on swego rodzaju plakatem, myślą
artysty poddaną krytyce społecznej. Malując mural, trzeba mieć świadomość, że
zostanie on natychmiast zrecenzowany. Moim osobistym sukcesem jest to, że
większość moich murali jest dostępna na tyle, że ktoś chcący zamalować je
sprayem, mógłby to bez trudu zrobić, tymczasem nie są one zamalowywane. Niektóre
moje murale mają po kilkanaście lat i nadal są nietknięte.

Tworzy Pan murale głównie o tematyce historycznej?
– Moje murale nie zawsze są historyczne, chociaż lubię poruszać sytuacje, które
w jakiś sposób mnie inspirują. Jest to manifestacja moich poglądów, pewnych
moich więzi. Czasem maluję murale, które dopasowują się do jakichś miejsc czysto
estetycznie. Kiedy zaczynałem malować gdańską Zaspę, była betonowa. Teraz jest
ocieplona, ma nowe elewacje, trochę się zmieniła. Urosły drzewa, jest więcej
zieleni, ale w latach 80. i 90. było to betonowe osiedle. Teraz się mówi, że
jest to Corbusier, jakiś modernizm, oldschool, ale wciśnięcie ludzi do tego
rodzaju pomieszczeń o metrażu 60 metrów ze ślepymi kuchniami jest czystą formą
satanizmu. Komunizm polegał na tym, żeby wszystkie więzi międzyludzkie
likwidować. Oldschoolowe osiedle nie było kiedyś żadnym oldschoolem, tylko
betonowym obrzydlistwem. Zaspa ma przynajmniej wkomponowaną projektowo zieleń.
Biorąc pod uwagę inne osiedla, jest to wyjątek – tutaj architekt przynajmniej
mógł je zaprojektować. Niejednokrotnie natomiast nie mógł sobie na to pozwolić,
ponieważ dostawał jedynie wytyczne o liczbie osób, jakie należało "upchnąć" na
terenie danego osiedla. Ludzie mieszkają w olbrzymich domach i prawie się nie
znają. Ten rodzaj architektury niszczy relacje sąsiedzkie. Na wsi – pod Wizną,
nad Biebrzą, wszyscy mówią "dzień dobry". W Warszawie na "dzień dobry" w sklepie
odpowiada tylko sklepowa. Mieszkam pod Warszawą, gdzie udało mi się wymusić
mówienie "dzień dobry" – w sklepie mówię na przykład "dzień dobry państwu!",
"dzień dobry wszystkim!" i ludzie nauczyli się już na to odpowiadać.

Jakie zalety, poza kryteriami czysto estetycznymi, mają murale?
Wielkoformatowość, dostępność dla odbiorców?

– Mural jest idealną formą do przypominania pewnych rzeczy. Od dwóch lat
prowadzę zajęcia w Gdańskiej Szkole Muralu, które w tym roku – mam nadzieję –
będą także częścią programu akademickiego przy gdańskiej ASP. Młodzi ludzie z
tej szkoły, która mieści się na ulicy Dywizjonu 303, zrobili mural
upamiętniający tę jednostkę. Wspaniale, że dzięki temu ludzie mogą sobie
przypomnieć o czymś tak niesamowitym jak ten dywizjon, poznać historię lotników,
uświadomić sobie, co to była za jednostka, jak fantastycznie wyszkoleni piloci.
Kiedy czyta się o powojennych losach lotników, tylko tę wiedzę się uzupełnia.
Mural upamiętniający Dywizjon 303 został namalowany w 70. rocznicę powstania tej
formacji.

Wygrał Pan także konkurs na namalowanie muralu na parkanie okalającym stadion
Polonii w Warszawie. Jaki jest jego przekaz?

– Brzmi on: Uważajcie, bo jeżeli jeszcze raz przyjdziecie, to bez względu na to,
czy spalimy to miasto, czy nie, to i tak pójdziemy do powstania, bo taka jest
nasza natura. Nie ma takiej możliwości, żeby ktoś nam zabrał naszego Boga, naszą
mowę.
Dla Słowian słowo jest bardzo ważne. Słowianie pochodzą ze stepów. Dla kogoś,
kto mieszka na stepie, nie jest ważny kolor oczu czy skóry, ale umiejętność
komunikacji. Na stepie musimy się porozumieć. Wyraz "Słowianie" pochodzi od
"słowa". Nie od "slave", jak może niektórzy chcieliby uważać.

I zrobić z nas niewolników?
– Tak, komuś to służy. Głupim społeczeństwem łatwiej się rządzi. Niech
homoseksualiści łączą się w pary, dajmy im jeszcze dzieci do adopcji – wszystko
w imię wolności. Kościół jest jeszcze jedyną ostoją jakiejkolwiek tradycji w
Polsce, stąd też taka propaganda antyklerykalna, w której uczestniczą media.
Słyszałem parę miesięcy temu, że jakaś siostra zakonna uderzyła dziewczynkę
różańcem. Nie powiedziano już jednak, że te siostry zakonne prowadzą sierociniec
od dziesiątek lat, zajmują się biednymi dziećmi, którymi nikt nie chce się
zajmować. Są to dzieci niepełnosprawne, czasem bardzo trudno jest z nimi
wytrzymać. I o tym się już nie wspomina. Tworzy się obraz sadystycznej siostry
zakonnej, która uderzyła biedną dziewczynkę. Media pełnią rolę partii
politycznych zajmujących się na dodatek demoralizowaniem społeczeństwa. Ludzi o
prawicowych poglądach przedstawia się jako oszołomów, ciemnogród i próbuje się
ich obrazić, nazywając "moherowymi beretami".

Kupiłam sobie ostatnio moherowy beret i noszę go jak opornik. Czy opór
przeciwko antynarodowej propagandzie jest w Polsce widoczny?

– Kościół jest jeszcze jedyną instytucją, która mówi: "nie". Widać to
szczególnie na prowincji. Kiedy odwiedzam ojca na wsi i idziemy razem do
kościoła, wszyscy idą do Komunii Świętej. Ktoś mówi: "oni są do tego zmuszeni".
Tymczasem nikt ich nie zmusił. Idą, bo chcą. Na prowincji, tam gdzie jest
większe oddziaływanie Kościoła, mniej jest patologii społecznych, dzieci nie
mają takich problemów, jak młodzież w miastach. Dlatego też tak się walczy z
Kościołem. Bo to jest siła. Próbuje się ludzi chodzących do kościoła przedstawić
jako "niepostępowych". Myślę jednak, że jest jeszcze mnóstwo siły w nas,
Polakach, żeby to znieść, żeby się przeciwstawić. Kosy cały czas mamy jeszcze w
szafach.

Dlaczego wciąż musimy je mieć?
– W 1990 roku wystarczyło kilku powiesić. Nie więcej. I teraz mielibyśmy spokój.
A tymczasem mieliśmy grubą kreskę. Do władzy doszli ludzie ze Związku
Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, a nawet jeszcze gorzej – ci, którzy
rozkułaczali wieś polską, tzw. lewacy, którzy później stali się
kontrrewolucjonistami. To było to, co przeszkodziło nam w kontynuacji polskiej
tradycji.

W jej utrzymaniu może bardzo pomóc sztuka. Jaką rolę spełniają obecnie
artyści?

– Pojęcie "artysty" zostało wypaczone. Proszę zauważyć, że teraz z kucharzy,
golibrodów i krawców zrobiono artystów. Zapomina się o tym, że jest to
rzemiosło, bardzo zresztą potrzebne. My znowu – tak jak wcześniej komuniści –
wywracamy świat do góry nogami. Wyrażenie "traktować kogoś jak psa" straciło
sens – pies ma teraz fryzjera i masażystę. Oczywiście, że psa należy traktować
dobrze, ale musi on znać swoje miejsce. Wie o tym sama przyroda. Czy pani
wiadomo, że te wszystkie wyperfumowane psy hodowane w domach są pariasami dla
normalnych burków.

Co jeszcze wywróciło się do góry nogami?
– Młodzi chłopcy często głupieją, bo nie mają zajęć. W szkole w ogóle nie ma
sportu. Tymczasem młody chłopak musi się wyszaleć. Myśmy grali w siatkówkę,
piłkę ręczną, piłkę nożną, chodziliśmy na pływalnię, każdy coś ćwiczył. Do
pewnych alternatywnych zachowań młodzieńczych dochodzi wtedy, kiedy nie mają
zajęć, nie uprawiają sportu, kiedy nie idą do wojska…

Tylko do kosmetyczki.
– Tak, tak, tylko do kosmetyczki. I dlatego dochodzi do takich sytuacji –
chłopak musi się wyszaleć jak młody lew. Każdy normalny młody człowiek się
kotłuje. Ja nawet teraz lubię się czasami pokotłować. Poza tym wszystkie "diety"
to zawracanie głowy. Żadna dieta, tylko znajdź sobie coś, co lubisz robić, i idź
ćwiczyć.

Środowiska zainteresowane sportem bywają obecnie przedstawiane w złym
świetle. Kibiców sportowych utożsamia się z chuliganami. Ma Pan kontakt ze
środowiskiem kibiców?

– Nie znam tego środowiska w Warszawie, bo mieszkam poza miastem, wpadam tu
tylko do pracy. Znam natomiast tę grupę w Trójmieście. Oprócz łobuzerki jest to
środowisko kierujące się zdrowymi zasadami, normalnością. To jest dobre
środowisko. Ci chłopcy potrafią być kumplami, potrafią być honorowi, dotrzymywać
słowa – jeśli się umówią, że coś zrobią, to robią to. Często przestrzegają
zasady, żeby nie bić słabszych. Trzeba oczywiście odróżnić środowisko kibiców od
środowiska chuligańskiego. Ono też istnieje. Czasem chciałem pójść na mecz z
dziećmi, potem wypić piwo i zjeść kiełbaskę, ale trochę się bałem, bo w tym
całym zamieszaniu bywało niebezpiecznie. Należy jednak powiedzieć, że media
wykreowały, a potem podsycały negatywny obraz kibica. Z prawdziwymi chuliganami
nikt natomiast nie walczył – nie było odpowiednich kar, systemów zabezpieczeń.

Nad czym Pan teraz pracuje?
– Nad kolejnymi muralami. Między innymi nad muralem, który ma propagować sport.
Chcę powiedzieć o tym, że sport jest bardzo fajny, że jest to bardzo normalna
sprawa. W myśl zasady "w zdrowym ciele zdrowy duch". Chciałbym, żeby ten mural
był zbiorową mobilizacją młodego pokolenia. Zobaczymy, czy mi się uda, walka
jest bardzo ciężka, bo od dawna uprawianie sportu nie jest już upowszechnione.
Może zdarzyć się tak, że ta inicjatywa wywoła wśród młodych ludzi euforię, ale
może też być tak, że powiedzą mi: "daj spokój, czego ty w ogóle chcesz". Trzeba
jednak spróbować. Moją rolą jest zainspirowanie ich. Młodzi ludzie często nie
mają żadnych autorytetów. Bardzo rzadko mają autorytety w domu. Zniszczono
autorytet nauczyciela, księdza. Ze wszystkich instytucji zrobiono groteskę. Ale
od tego, żeby tę sytuację zmienić, są ludzie tacy jak ja. Ktoś to musi zrobić,
to się samo nie zrobi. Trzeba to jednak przeprowadzić w sposób umiejętny, nie
nachalnie. Nie każdy przecież lubi rewolucję.

A kto zbudował Pańskie zaplecze kulturowe, historyczne, kto Panu przekazał
system wartości?

– Odpowiem w bardzo prosty sposób. To się wynosi z domu. Zawsze inspirowała mnie
polska historia – uczyli mnie tego rodzice, dziadkowie… Co roku muszę
przeczytać "Ogniem i mieczem" i co roku odkrywam tam nowe klimaty, atmosferę,
nowe dialogi. Tak samo jest z historią. Mój ojciec jest artystą malarzem.
Zostałem wychowany na akademizmie, polskich artystach takich, jak: Chełmoński,
Gierymski, Matejko. Kiedy byłem na studiach, mój "akademizm" wyniesiony z domu
został w pewien sposób "przetrzebiony". Były to lata 80., okres fascynacji
różnymi zachodnimi trendami, nowoczesnymi formami sztuki. Dzięki Bogu, w
naturalny sposób wróciłem do tego, co było mi bliskie od zawsze. Po tym okresie
fascynacji z okresu studiów, z jednym z uczniów Josepha Beuysa – notabene
Niemcem – Robertem Knuthem, otworzyliśmy na początku lat 90. galerię pod nazwą
Delikatesy Awangard. Była to galeria bardzo awangardowa. Mój kolega
zaproponował, żebym poprosił Marię Fołtyn o załatwienie pieniędzy z ministerstwa
na jej działalność. Kiedy zadzwoniłem do Marii Fołtyn, powiedziała ona słowa,
które dobrze zapamiętałem i które zaważyły na moim powrocie do tego, co
wyniosłem z domu. Maria Fołtyn powiedziała: "Ty, młody człowiek, wychowany w
takiej pięknej polskiej rodzinie, będziesz pracować dla jakichś Niemców? Musisz
się zastanowić".

Była to galeria awangardowa w sensie – antykomunistyczna?
– Nie, działo się to już w okresie, kiedy odcinaliśmy kupony od zmiany systemu.
Była ona antysystemowa, poruszająca problemy, z którymi w Polsce przyszło nam
zmierzyć się dopiero później. Obecnie ciężko byłoby mi podpisywać się pod jej
działalnością.

Czyli był to przybytek lewacki?
– Tak, lewacki. Człowiek często musi przejść wiele dróg, żeby wrócić do domu.
Dzisiaj wszyscy kontestują. Artysta, jeśli nie jest lewacki, jest niemodny.
Tymczasem wydaje mi się, że artysta nie musi być lewacki. Mam oczywiście swoje
pewne poglądy polityczne, ale jako artysta jestem zwolniony z wypowiedzi
politycznych.

Wielkie wydarzenia polityczne były w Polsce zawsze inspirowane przemianami
duchowymi. Czy beatyfikacja Ojca Świętego może być przełomowym wydarzeniem dla
Polski?

– Obawiam się, że możemy znowu ją przeżyć zbyt powierzchownie, emocjonalnie.
Największa postać w dziejach Polski, którą Pan Bóg dał Narodowi, Jan Paweł II
prosił o tak mało, a nikt go nie słuchał. Stawiano mu tylko kolejne pomniki, o
które z kolei nie prosił. Nam czasem trzeba bata.

Takiego, który obudzi naszą siłę duchową?
– Tak, to jest jedyna rzecz, która jeszcze ma wartość. Europa pozbyła się Boga w
XVIII wieku, wraz z rewolucją francuską, i zaczęła bardzo wygodnie żyć.
Właściwie trudno mówić o religii na Zachodzie.
Polski Kościół natomiast w czasach zaborów był jedyną ostoją państwowości.
Jedynym gwarantem ciągłości państwa. Przetrwał, bo nikogo się nie bał. Polski
Kościół jest bardzo specyficzny i ma do tego prawo. Polski ksiądz nie tylko
głosi kazania, ale i z wieży kościoła strzela do bolszewików. Jeśli ktoś w
Polsce tego nie rozumie, to niech się wyprowadzi – teraz nie ma granic, więc
jest łatwiej.
Ostoją chrześcijaństwa jest jeszcze wieś, mimo że przez 60 lat robiono wszystko,
żeby ją zdegradować. Chłop zawsze był urobiony od świtu do nocy i niewiele z
tego miał. Jabłko kupione od chłopa kosztuje grosze. To samo jabłko kupione w
sklepie kosztuje krocie, bo przeszło przez ileś łap. Ostatnio pojechałem na wieś
i mówię: "Czołem, panowie farmerzy!", a chłopi do mnie: "Panie Rafale, ale jacy
farmerzy?". Ja im na to: "Przecież jesteśmy w Unii!". A oni na to w gromki
śmiech. Eskalacja systemowego lekceważenia mieszkańców wsi nie obejdzie się bez
buntu.

Historia pokazuje, że zawsze przychodzi taki moment, kiedy Polacy potrafią
powiedzieć: "nie". Jaki jest Pana stosunek do Powstania Warszawskiego, któremu
poświęcił Pan kilka swoich murali?

– Gdyby nie Powstanie Warszawskie, bylibyśmy republiką sowiecką. Mało tego –
krew powstańców nie wsiąkła w gruzy Warszawy na marne, ale otworzyła drogę do
następnych powstań zakończonych – bardzo bym chciał tak uznać – rewolucją
solidarnościową. Stąd też ten mural w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Przedstawia on dwa sierpnie – klęska Sierpnia ´44 przeradza się w zwycięstwo
Sierpnia ´80, który rozniósł w pył komunizm.

W pył jak w pył…
– No tak, z komunizmem nie jest tak prosto. Ale igrać można do pewnego momentu.
Każdy Polak ma w szafie kosę.

Jeszcze ma?
– Każdy Polak. Nie mieszkaniec Polski, tylko Polak. Czyli tych kilkuset fajnych
chłopaków, którzy jeszcze zostali. Ci, którzy nie zamienili się w homo
sovieticus – ludzi okaleczonych przez komunizm. Swoje zrobiło wyrżnięcie elit,
potworna historia II wojny światowej, to, co stało się po wojnie, zniszczenie
generacji II Rzeczypospolitej, czyli tego pokolenia, które stawiło czoła
okupacji niemieckiej, a później sowieckiej, wychowanego na "Ogniem i mieczem" i
postawach patriotycznych. Taki kpt. Raginis rozczytany w "Reducie Ordona" był w
stanie do końca bronić się pod Wizną. Okaleczanie ludzi polega na doprowadzaniu
do sytuacji, kiedy nie chcą oni prawdy. Nie chcą znać swojej historii, nie chcą
wybrać normalnego prezydenta.

Właśnie. Jak Pan przeżywa to, co dzieje się po katastrofie smoleńskiej? Czy
jest to już moment, żeby zacząć na murach pisać: "Smoleńsk – żądamy prawdy"?

– Smoleńsk? Kolega historyk powiedział mi: "Ciężko mi w sposób jednoznaczny
oceniać, że było tak czy inaczej. Hipotetyczna sytuacja: w samolocie znajduje
się 100 osób kompletnie negatywnie nastawionych nie tylko do Rosji, ale i do
Unii Europejskiej. Lecą. Chcą lądować. Sytuacja jest tragiczna. Pozwólmy im
lądować, zobaczymy, co będzie. A jak się rozbiją? Przecież nikt nie uwierzy, że
to był zamach. Nikt nie uwierzy, że cała polska elita rozbiła się, lecąc na
groby swoich pomordowanych w Katyniu oficerów". Jeśli zna się historię, wie się,
że są to sytuacje bardzo oczywiste. Stalin mówi: "Zabij go w domu, rąbnij go
siekierą w łeb – nikt nie uwierzy". I Trocki leży w Meksyku z siekierą w głowie.

Jak na Smoleńsk zareagowali artyści? Czy wyobraża Pan sobie np. stworzenie
komiksu o Smoleńsku podobnego do tego, który narysował Pan o bitwie
wiźnieńskiej? Czy jest to temat politycznie niepoprawny?

– Nie mam zbyt dużego kontaktu z artystami. Pewna gosposia ukraińska
powiedziała, że chyba będzie koniec świata, bo Pan Jezus nie może już dłużej tak
cierpieć. Jeżeli chodzi o ludzi, z którymi się spotykam i których lubię – być
może przyszedł już taki moment, żeby powiedzieć to, co naprawdę się chce. Ja np.
przygotowuję mural, który przepowie idącą zmianę. Artyści często czują
nadchodzące zmiany. Wydaje mi się, że trzeba będzie zaprosić wszystkich kolegów
do powstania.

Po katastrofie smoleńskiej tak się spolaryzowały stanowiska, że nie da się
być trochę w prawo, trochę w lewo.

– Nie da się. I dzięki Bogu.

Dziękuję za rozmowę.
 

Rafał Roskowiński – artysta malarz, założyciel pracowni Murales, autor
malowideł na ścianach Stoczni Gdańskiej, a także licznych murali, poświęconych
m.in. bitwie pod Radzyminem w 1920 roku, Powstaniu Warszawskiemu;
przypominających o postaciach takich, jak generał "Nil" czy kapitan Raginis.
Autor komiksu poświęconego bitwie pod Wizną we wrześniu 1939 roku. Pomysłodawca
i współzałożyciel Gdańskiej Szkoły Muralu.

drukuj