Armia na równi pochyłej
Tylko 2,2 mld zł wyda w tym roku na zakup uzbrojenia Ministerstwo Obrony Narodowej. To bardzo zła informacja dla wojska i zakładów zbrojeniowych, bo pierwotnie planowano, że na takie zakupy zostanie wydanych 4,7 mld zł, a więc cięcia przekroczyły 50 procent! Tymczasem tylko na zabezpieczenie produkcji, którą MON zamówiło już w krajowych zakładach zbrojeniowych, potrzeba około 3 mld złotych.
Polityka oszczędzania na obronie państwa może przynieść, i to szybko, szereg niekorzystnych dla kraju konsekwencji. Firmy zbrojeniowe muszą się liczyć ze zmniejszeniem zamówień, co pociągnie za sobą zwolnienia pracowników, a być może i bankructwa niektórych przedsiębiorstw. Jednocześnie załamaniu ulegnie program modernizacji technicznej wojska, bez którego nasza armia i kraj będą w praktyce bezbronne. Mniejszym problemem jest już w tej sytuacji rysujące się fiasko rządowego programu profesjonalizacji wojska, skoro grozi nam najczarniejszy scenariusz w postaci drastycznego zmniejszenia i tak już niedużych naszych sił zbrojnych.
Pusta kasa
Dyskusja o oszczędnościach w armii przykuwała uwagę Polaków przez kilkanaście dni, potem została przytłumiona przez inne problemy. Trzeba jednak do niej wracać, bo oszczędności w budżecie MON będą miały konsekwencje dla całego kraju, osłabiając nasz potencjał wojskowy, a więc i poziom bezpieczeństwa.
Ministerstwo obrony podawało najpierw, że w tym roku wydatki na obronność wyniosą 25 mld złotych. Z czego ponad 12 mld wydamy na pensje wojskowych, emerytury żołnierskie i inne wydatki osobowe. Prawie 5 mld zł stanowią wydatki bieżące (np. paliwo, części zamienne, utrzymanie jednostek wojskowych), a ponad 7 mld zł sięgną centralne wydatki rzeczowe, w tym głównie zakup uzbrojenia i innego sprzętu. Z tych pieniędzy MON musiało także uregulować ponad 3 mld zł, zobowiązań z ubiegłego roku. Minister Bogdan Klich przygotował poza tym program drastycznych cięć wydatków, które wynoszą 2 mld zł i stąd na wydatki na uzbrojenie zostało tylko 2,2 mld złotych. A trzeba pamiętać, że premier Donald Tusk żądał od MON jeszcze większych oszczędności, ale ustąpił, gdy Klich zagroził dymisją. Spektakularne odejście ministra, w świetle jupiterów i telewizyjnych kamer, było akurat ostatnią rzeczą, której pragnął premier, tym bardziej że zaraz pojawiłyby się komentarze, iż rząd igra bezpieczeństwem państwa. Takich komentarzy jest niewiele, jednak to i tak nie zmienia sytuacji, że stan techniczny i osobowy armii po zaaplikowaniu takiej końskiej kuracji odchudzającej będzie jeszcze gorszy niż obecnie.
Na razie MON ratuje się oszczędzaniem na wszystkim: kupuje mniej paliwa, odkłada remonty, ogranicza wyjazdy i delegacje. To jednak i tak nic w porównaniu z ograniczeniem zakupów nowoczesnego uzbrojenia.
Armia wraca do piechoty
Symbolem tego, co może czekać wojsko w 2009 r. i latach następnych, jest plan oszczędnościowy przygotowywany przez Dowództwo Wojsk Lądowych, najliczniejszy rodzaj sił zbrojnych. Generał broni Waldemar Skrzypczak, dowodzący wojskami lądowymi, mówił otwarcie dziennikarzom, że rozważane jest ograniczenie wydatków na transport czołgów, transporterów i innego sprzętu na poligony. Broń byłaby tam zawożona tylko raz i zostawiana na poligonach, zmienialiby się tylko żołnierze odbywający ćwiczenia. To jeszcze pół biedy, ale jak traktować słowa gen. Skrzypczaka, że żołnierze mieliby się udawać na poligon, oczywiście w ramach oszczędności, nie samochodami, ale… pieszo (takie słowa padły w jednej z rozgłośni radiowych). Nie wiadomo, czy takie deklaracje traktować jako żart, czy ponurą przepowiednię. W ten sposób Polska wniosłaby ogromny wkład w rozwój nowoczesnej myśli strategicznej, który polega na odnowieniu zapomnianej już formacji piechoty.
Ciekawa jest też koncepcja pozostawiania czołgów i transporterów oraz dział na poligonach. Szkoda tylko, że Dowództwo Wojsk Lądowych nie podało, ile będzie kosztowała ochrona tego majątku, ilu żołnierzy – wartowników będzie do tego zaangażowanych. Bo chyba wojsko nie wynajmie agencji ochrony mienia, skoro ma oszczędzać? A bez warty takiej ilości stali nie można zostawić, bo inaczej wszystkie czołgi, których wcale tak dużo nie mamy, wylądują na złomowiskach, a potem w hutach, co o mało włos nie spotkało niedawno kilku wraków czołgów T-34, które stały sobie spokojnie na poligonie, aż w końcu ktoś postanowił się nimi „zaopiekować”. A czy wojsko wybuduje przynajmniej odpowiednie baraki, aby sprzęt nie niszczał na deszczu? Czy też czołgi i jednostki artyleryjskie zostaną dobrze ukryte wśród gałęzi w ramach ćwiczeń maskujących? Nie wiem nawet, czy dziwić się, że takie kuriozalne pomysły rodzą się wśród wojskowych, no, ale skoro minister i premier kazali oszczędzać…
Mało kupimy
Po oszczędnościach w budżecie MON wracamy praktycznie do sytuacji z początku obecnej dekady, gdy w wojsku na wszystko brakowało pieniędzy, a zakupy broni były dokonywane sporadycznie i w niedużych ilościach. Tendencję tę w dużym stopniu odwróciły m.in. nasze zobowiązania wobec NATO, które przewidywały, że wydatki na wojsko sięgną minimum ok. 2 proc. PKB. Stopniowo dochodziliśmy do tego wskaźnika. Ten pozytywny trend załamał się w 2008 r., gdy ograniczono, ale po cichu, budżet MON. Gdyby nie skargi zakładów zbrojeniowych, którym rząd nie płacił za dostawy, sprawa byłaby długo ukrywana. Jeśli więc w tamtym roku zabrakło ponad 3 mld zł, to siłą rzeczy rząd nie wywiązał się z ustawowego obowiązku przeznaczania na obronę określonego wskaźnika PKB (prawie 2 proc.). A za złamanie ustawy, i to w tak kluczowej kwestii jak bezpieczeństwo państwa, grozi… Trybunał Stanu.
Zakłady zbrojeniowe obawiają się, że tak jak w latach 90., gdy na wojsku najbardziej oszczędzano, tak i teraz to one najwięcej zapłacą za politykę oszczędnościową państwa. Już teraz ogłaszane są przestoje, ludzi wysyła się na urlopy, ponieważ nie ma zamówień. Minister Klich przestawił nowy plan wydatków na zakup uzbrojenia, ale nikt nie da gwarancji, że nawet te zmiany będą ostatnimi i w ciągu roku MON nie otrzyma jeszcze mniej pieniędzy. Wiceminister obrony gen. Czesław Piątas zapewniał, że nie będzie oszczędności w „modernizacji sprzętowej”, ale Sztab Generalny został zobligowany do opracowania wariantu, że plan modernizacji zostanie „rozciągnięty w czasie”. Innymi słowy – to, co armia chciałaby kupić jeszcze w tym roku, dostanie być może w następnym albo jeszcze później. Zakłady mają się ratować kredytami gwarantowanymi przez państwo.
Niestety, z nieoficjalnych informacji wynika, że nawet jeśli MON jest przeciwne ograniczaniu wydatków na obronę, to nie jest to priorytet premiera. Donald Tusk jest najwyraźniej zdania, że skoro żołnierze wciąż nie mają dostatecznej ilości nowoczesnego sprzętu, ale się bez niego jakoś dotąd obywali, to i teraz sobie bez niego poradzą. Taka postawa nie dziwi, ponieważ nasza armia jest od dawna traktowana przez polityków po macoszemu. Armia to nie ochrona zdrowia i mało ludzi zdaje sobie sprawę z jej zapaści i z tego, że za 10 lat żołnierze nie będą mieli czym nas bronić.
Wszystko na złom
W zasadzie w każdej formacji wojskowej, w każdym rodzaju sił zbrojnych, widzimy ogromne braki w uzbrojeniu, bo stary, wyeksploatowany sprzęt, pamiętający często jeszcze czasy Układu Warszawskiego i Ludowego Wojska Polskiego, wciąż jest w użytku, gdyż nie mamy innego. To, co kupujemy, to wciąż zbyt mało, aby dokonać szybkiej wymiany sprzętu i podnieść jakość armii.
Chlubimy się zakupem samolotów wielozadaniowych F-16, ale jest ich tylko 48. Jak podają eksperci, za 10 lat oprócz tych maszyn polskie Siły Powietrzne będą jeszcze dysponować tylko mniej więcej 30 samolotami MiG-29, ale są one pozbawione nowoczesnych urządzeń pokładowych i systemów kierowania ogniem, które umożliwiają walkę w każdych warunkach pogodowych, w dzień i w nocy. Zresztą 80 samolotów to jak na tak spory europejski kraj jak Polska liczba daleko niewystarczająca. Powinniśmy mieć co najmniej 120 maszyn, aby zapewnić ochronę naszej przestrzeni powietrznej na minimalnym poziomie. Pomijam już kwestię wykruszania się kadry doświadczonych lotników i brak nowoczesnego samolotu szkoleniowego dla przyszłych pilotów F-16.
Nie lepiej jest niestety ze śmigłowcami. Sowieckie Mi kończą powoli swój żywot. Z danych wojska wynika, że mamy teraz ponad 200 helikopterów, ale znowu, jak twierdzą eksperci, za 10 lat około 70 proc. maszyn będzie już zezłomowanych. Powinniśmy więc do tego czasu dokupić stopniowo około 150 śmigłowców, ale nawet nie wiadomo, kiedy zostanie taki przetarg ogłoszony. W kiepskim stanie jest także nasza artyleria przeciwlotnicza (dysponuje starymi, sowieckimi systemami rakietowymi) czy lotnictwo transportowe, zwłaszcza dalekiego zasięgu, które także narzeka na brak maszyn (trudno za ogromny sukces uznać przejęcie pięciu amerykańskich C-130 Hercules z demobilu).
Nie jest też tajemnicą, że podstawą uzbrojenia wojsk lądowych jest niespełna 1000 czołgów, ale w najbliższych kilkunastu latach większość maszyn będzie musiała być oddana do hut, bo stare T-72 nie będą się nadawały do użytku (już teraz ich wartość bojowa jest znikoma). Zostaną nam PT-91 „Twardy” i niewielka liczba leopardów. W tej dziedzinie też potrzebne są więc duże zakupy. Lepiej już wygląda sytuacja z transporterami Rosomak, których ma być blisko 700. Ale za to wciąż wojsko będzie korzystało ze starych bojowych wozów piechoty, które zostaną jedynie zmodernizowane. Przy okazji modernizacji BWP na MON spadły słowa krytyki ekspertów i wojskowych, bo ma to kosztować kilka miliardów złotych, podczas gdy za takie pieniądze można by kupić nowe wozy bojowe. Przykładów podobnych bezsensownych wydatków jest więcej, i to od lat. Mamy więc niewiele pieniędzy, a i tak je źle wydajemy. Kiepski jest też stan artylerii korzystającej w większości z jednostek starszej generacji.
Ogromnych nakładów wymaga zwłaszcza nasza marynarka wojenna. W zasadzie już w tej chwili potencjał wojsk morskich jest bardzo niski. Ich trzon stanowią stare okręty, w tym amerykańskie fregaty z demobilu. Dopiero za kilka lat pojawi się nowa korweta klasy „Gawron”, która będzie chyba najdłużej budowanym okrętem wojennym świata (od 2001 r.), a nie jest to przecież jakiś gigantyczny lotniskowiec, tylko stosunkowo niewielka jednostka. Do tego dochodzi okręt podwodny – i to cały nasz potencjał na Bałtyku w perspektywie najbliższych lat. Opisany wyżej stan wojsk lądowych, powietrznych i morskich niestety nie daje szans na zrealizowanie planu profesjonalizacji armii, co więcej – oszczędności grożą kolejnymi redukcjami liczby żołnierzy.
O profesjonalizacji możemy zapomnieć
Gdy w 2008 roku rząd ogłaszał plan profesjonalizacji armii, znawcy zagadnienia, w tym wielu byłych i obecnych wojskowych, nie kryło sceptycyzmu wobec tego projektu. Wprawdzie mało kto kwestionował samą ideę uzawodowienia armii i rezygnacji z poboru, ale wskazywano, że profesjonalizacja sporo kosztuje. Już wtedy, gdy jeszcze nic nie wiedzieliśmy o cięciach w budżecie MON, podkreślano, iż mamy na profesjonalizację za mało pieniędzy. Teraz widać jak na dłoni, że jeśli nawet zlikwidowaliśmy pobór, a w armii będą sami ochotnicy, to nie będą oni jeszcze pełnowartościowym wojskiem. Trzeba najpierw tych ludzi szkolić przez kilka lat, a takie szkolenie jest bardzo drogie. Tymczasem wojsko będzie ograniczać wydatki na ćwiczenia poligonowe, nie będzie miało nowoczesnego sprzętu – więc jak ma szkolić żołnierzy do działania w warunkach nowoczesnego pola walki?
Jakby tego było mało, przedstawiciele armii otwarcie mówią, że trzeba będzie ograniczać plany rekrutacji ochotników do armii. Na pewno zaskoczeniem było, że mundur chce założyć nawet 100 tys. młodych mężczyzn, ale tylko garstka z nich może liczyć na kontrakt, tym bardziej że część obecnej kadry oficerskiej ma zostać zwolniona. Co więcej, coraz częściej można spotkać głosy, że w tej sytuacji nierealne jest utrzymanie stanu osobowego armii na poziomie 120 tys. żołnierzy (90 tys. zawodowych i 30 tys. narodowych sił rezerwy). Co to bowiem za zawodowa armia, która nie będzie miała czym walczyć. Sprzęt, jakim będzie dysponować wojsko – jeśli nie ruszą duże zakupy w najbliższych latach, a na to się nie zanosi – pozwoli na wyposażenie najwyżej 50-60 tys. żołnierzy. To raptem kilka dywizji. Jeśli nawet stan osobowy będzie wyższy, to i tak zdolność bojowa wielu jednostek będzie praktycznie żadna. Możemy więc śmiało mówić o tym, że armia jest na równi pochyłej, stacza się w dół, co grozi wręcz jej faktyczną likwidacją. Czyżbyśmy nasze bezpieczeństwo składali w ręce NATO?
Krzysztof Losz
