Anachroniczny mechanizm Komorowskiego

Z prof. Włodzimierzem Marciniakiem, sowietologiem z Instytutu Studiów
Politycznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Paulina Jarosińska

Jak ocenia Pan przygotowania do wizyty Dmitrija Miedwiediewa w Polsce 6
grudnia i czy przez ich pryzmat można już według Pana zdiagnozować, czy
charakter zbliżającej się wizyty będzie wyłącznie symboliczny?

– Wydaje mi się, że to sformułowanie o symbolicznym charakterze wizyty
prezydenta Miedwiediewa padło nawet w którejś z oficjalnych enuncjacji. Unikanie
jasnych i konkretnych oczekiwań związanych z tą wizytą bierze się z dwóch
przyczyn. Po pierwsze, tło dyplomatyczne tej wizyty jest dopiero tworzone i nie
do końca wiadomo, jak będzie prezentowała się sytuacja w momencie, gdy prezydent
Rosji przyjedzie do Polski. Elementem dyplomatycznych zabiegów towarzyszących
wizycie było przyjęcie rezolucji przez Dumę, której znaczenie jest właśnie
dyplomatyczne. Po drugie, widać wyraźnie, że gospodarze mają problem z tą
wizytą, ponieważ jak dotąd nie wiedzą, jak ją interpretować. Z jednej strony
przywiązują, w mojej ocenie, przesadne znaczenie do niej, z drugiej – tym
przygotowaniom towarzyszą pewne obawy związane z przebiegiem samej wizyty i jej
treścią. Dowodem na to było specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa
Narodowego, w rozszerzonym składzie, zwołane właśnie po to, aby omówić wizytę
prezydenta Rosji, co pokazało, że wiąże się z nią jakiś problem, na tyle
poważny, że opinie stałych członków RBN nie wystarczały. W wystąpieniach
oficjalnych ten problem nie jest definiowany i nie chciałbym zgadywać, na czym
on polega. Wygląda to jednak trochę tak: przyjeżdża prezydent Miedwiediew, mamy
w związku z tym kłopot i musimy się nad nim zastanowić.

Profesor Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta ds. historii, powiedział, że
problem odszkodowań dla rodzin ofiar mordu katyńskiego nie będzie poruszany,
natomiast Kancelaria Prezydenta przypuszcza, że prezydent Rosji może przywieźć
ze sobą kolejne tomy akt katyńskich.

– Oczekiwanie związane z wykonaniem przez prezydenta Rosji jakiegoś gestu w
stosunku do gospodarzy jest w pełni uzasadnione. Przywiezienie kilku kolejnych
tomów akt katyńskich na pewno mogłoby być właśnie takim gestem. Problem polega
na tym, że sprawa nie dotyczy tylko akt. Kluczowym zagadnieniem, jeśli chodzi o
zbrodnię katyńską, są decyzje rosyjskiej naczelnej prokuratury wojskowej z 2004
roku o umorzeniu i utajnieniu śledztwa. Zostały one zaskarżone przez polskich
obywateli przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Wiemy, że w tej sprawie
rząd rosyjski zajmuje stanowisko nieprzejednane – neguje fakt zbrodni i twardo
broni decyzji prokuratury o umorzeniu. Ostatnia rezolucja Dumy niczego w tej
materii nie zmienia, a jej najsłabszym elementem jest to, że jest ona tylko
uchwałą i nie ma żadnego prawnego znaczenia. To gest polityczny. W obecnej
sytuacji możemy czekać na decyzję Trybunału albo na inicjatywę rządów obydwu
państw, która będzie rozstrzygającym krokiem. Kwestia odszkodowań i w ogóle
wyjaśnienia sprawy może być jak najbardziej przedmiotem rozmów politycznych.
Deklaracja Kancelarii Prezydenta, że ta sprawa nie będzie poruszana podczas
rozmów, świadczy o tym, iż strona rosyjska po prostu nie chce na ten temat
rozmawiać. Uważam, że strona polska powinna trzymać się w tej materii po prostu
prawa. Zgodnie z prawem międzynarodowym i aktami suwerennego państwa rosyjskiego
Federacja Rosyjska jest następcą prawnym Związku Sowieckiego i w sensie prawnym
ponosi odpowiedzialność również za zbrodnie popełnione przez państwo sowieckie.
Sytuacja jest jasna i oczywista.

Czy Pana zdaniem, można już mówić o jakimś charakterystycznym rysie polityki
prezydenta Bronisława Komorowskiego w stosunku do Rosji?

– W mojej ocenie, można już dostrzec pewien rys polityki prezydenta w tym
zakresie, choć dopiero zaczyna się on ujawniać. Z pełną charakterystyką należy
pewnie poczekać do samej wizyty Dmitrija Miedwiediewa. Przede wszystkim
przesadne znaczenie przypisuje on w ogóle stosunkom z Rosją. Jest ono
nieadekwatne do potencjału tego państwa, dowartościowuje Rosję. Pod tym względem
charakterystyczne było posiedzenie RBN. To precedens – w takim formacie nie
obradowała ona przed wizytą żadnego innego prezydenta czy przywódcy. Ponadto
polityka prezydenta na rzecz budowania relacji z Rosją jest w ogromnym stopniu
oparta na przeszłości – tutaj znamienna jest obecność gen. Wojciecha
Jaruzelskiego na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Został on
zaproszony formalnie jako były prezydent, ale w wielu wypowiedziach podkreślano,
że został zaproszony jako ekspert, i rzeczywiście – ma ogromne doświadczenie,
jeśli chodzi o stosunki z państwem sowieckim. Ta "sowiecka" optyka jest coraz
bardziej widoczna w polityce obecnego prezydenta. Mam tu na myśli postrzeganie
Federacji Rosyjskiej jako "małego Związku Sowieckiego" i przekonanie, że z tak
pojmowanym państwem należy starać się budować poprawne relacje. Jej polityka
jest anachroniczna i w niewielkim stopniu liczy się z realną sytuacją. Rosja
znajduje się w stanie głębokiego kryzysu i dlatego zabiega o poprawę stosunków z
Zachodem. Należy korzystać z pomyślnej koniunktury.

Potwierdzają to słowa samego Komorowskiego: "Bardzo liczymy na to, że wizyta
prezydenta Miedwiediewa przyniesie dalszy postęp w sprawach dla nas istotnych".
Czy nie jest tak, że odchodzi on od linii politycznej swojego poprzednika,
któremu bardzo zależało na przeniesieniu akcentów w stosunkach wschodnich i
dowartościowaniu krajów postsowieckich, podnosząc kwestię ich podmiotowości i
autonomii?

– Mamy tutaj do czynienia z kilkoma sprawami. Otóż przede wszystkim fundamentem
bezpieczeństwa i pomyślności Polski na arenie międzynarodowej są stosunki z
naszymi zachodnimi partnerami. One powinny być kluczem do relacji z Rosją, a nie
na odwrót. Wydaje mi się, że zarówno obecny prezydent, jak i rząd odwracają tę
zależność, czego dobitnym świadectwem było podpisanie umowy i długie negocjacje
z Gazpromem, które naraziły nas na bardzo poważne problemy wewnątrz Unii
Europejskiej. Powinno być dokładnie odwrotnie. W polityce poprzedniego
prezydenta, śp. prof. Lecha Kaczyńskiego, obecne było zrozumienie faktu, że
dobre stosunki z Ukrainą czy Litwą określają w dużym stopniu status Polski w
strukturach zachodnich – w NATO i Unii Europejskiej. Utrzymanie na dobrym
poziomie tych stosunków leży w naszym interesie, ponieważ buduje to korzystną
pozycję Polski w Europie. Widzimy obecnie, że "poprawa" stosunków z Rosją
prowadzi do obniżenia rangi naszych relacji z Litwą i Ukrainą, bierności w
stosunkach z Białorusią. Te kraje dobrze sobie radzą bez nas, a my w gruncie
rzeczy bardzo tracimy. Przewija się również w tym aspekcie pewna anachroniczność
w budowaniu relacji z Rosją przez prezydenta Komorowskiego. Fałszywe jest
przekonanie, że dobre relacje z Rosją są przyczynkiem czy wręcz warunkiem
skutecznej polityki zachodniej. Jest dokładnie na odwrót.

Reasumując: czy będzie tak, jak chcą tego niektórzy komentatorzy, że wizyta 6
grudnia okaże się przełomem, a powtarzana do znudzenia formuła "pojednanie z
państwem rosyjskim" stanie się rzeczywistością?

– W takim postawieniu problemu, w tym oczekiwaniu na "pojednanie z Rosją" jest
jakieś głębokie nieporozumienie. W interesie Polski, jeśli mówimy tylko w wąskim
sensie o stosunkach z Rosją, jest po pierwsze pojednanie z narodem rosyjskim. Po
drugie, dla naszego kraju ważne powinno być, aby naród rosyjski żył w prawdziwym
państwie, a nie na ruinach imperium czy w dziwnym tworze powiązanym tysiącem
nici z biznesem, ze światem przestępczym itd. Z taką atrapą państwa mówienie o
pojednaniu jest kompletnym nieporozumieniem. Jeśli umownie postawimy znak
równości pomiędzy dzisiejszą Rosją a Gazpromem, to chyba nikt o zdrowych
zmysłach nie mówiłby o pojednaniu z Gazpromem. Nie ulega wątpliwości, że do
porozumienia z narodem rosyjskim powinniśmy dążyć i budować stosunki z ową
specyficzną strukturą państwową, ale w takim zakresie, aby ewoluowała ona w
kierunku normalnego państwa, z którym moglibyśmy mieć poprawne i przyjacielskie
stosunki.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj