Allibii Bondaryka

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego może sprawdzać billingi przez
"pomyłkę". A jeśli już sprawa ujrzy światło dzienne, nikt nie wyciąga z tego
żadnych konsekwencji. "Pomyliliśmy się, co robić?" – zdaje się tłumaczyć
najsilniejsza w państwie służba specjalna.

W lutym "Nasz Dziennik" informował, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
pod pretekstem sprawdzenia połączeń telefonicznych Piotra Bączka, byłego członka
Komisji Weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych i pracownika Służby
Kontrwywiadu Wojskowego, ustalała billingi z telefonu stacjonarnego historyka
Sławomira Cenckiewicza. Obaj byli związani z procesem likwidacji WSI i
weryfikacji ich żołnierzy. Jacek Cichocki, minister spraw wewnętrznych,
tłumaczy, że doszło po prostu do pomyłki, a nielegalne sprawdzenie billingów
Cenckiewicza nie było zamierzone. Co więcej, zapewnia o rzetelności,
skrupulatności i kontroli, jaką objęte są tego rodzaju czynności.

Poseł Marek Opioła, reprezentujący PiS w sejmowej Komisji ds. Służb
Specjalnych, wystosował w tej sprawie interpelację poselską. Zawierała ona
trzynaście, w większości nieskomplikowanych pytań związanych z tym skandalem.
Zarówno w jego opinii, jak i samych zainteresowanych, był to akt nielegalnej
inwigilacji i nękania ludzi związanych z procesem likwidacji WSI i Antonim
Macierewiczem. Pytania Opioły sprowadzały się do próby uzyskania odpowiedzi na
pytania: jak to się stało, że pod pretekstem weryfikacji billingów jednej osoby
weryfikowano połączenia innej i czy ktoś za to ponosi odpowiedzialność. Zdaniem
przepytywanych przez nas rozmówców, m.in. byłego szefa ABW, w takich sprawach
nie ma pomyłek i przypadków. Jednak już kilka tygodni temu Agencja
Bezpieczeństwa Wewnętrznego przyznała się w piśmie kierowanym do prokuratury, że
zaszła w tej sprawie "oczywista omyłka". Teraz w odpowiedzi na interpelację
posła Marka Opioły przyznał to również sam minister spraw wewnętrznych Jacek
Cichocki, który nadzoruje specsłużby. Był za nie odpowiedzialny również w 2008
roku, a więc w czasie, gdy sprawdzano ich billingi telefoniczne. "Był to błąd
funkcjonariusza ABW, który realizował to zadanie" – czytamy w odpowiedzi na
interpelację posła.

Bez konsekwencji

– Odpowiedź ministra Cichockiego zastanawia i zasmuca. Minister stał się
bowiem lobbystą bezprawnych działań ABW, chociaż zostały naruszone podstawowe
prawa obywatelskie. Za wszelką cenę próbuje znaleźć alibi dla ABW – z jednej
strony opisuje, że funkcjonariusze posiadają odpowiednie kwalifikacje, z drugiej
przyznaje, że popełnili podstawowy i szkolny tzw. błąd – komentuje Piotr Bączek.

Co ciekawe, szef MSW zapewnia, że funkcjonariusze są doskonale przygotowani
do realizacji swoich czynności, znają odpowiednie przepisy, a kontrola
wewnętrzna w Agencji wykazała, że nikt z nich nie ponosi i nie poniesie żadnych
konsekwencji. Oznaczałoby to, że szef ABW Krzysztof Bondaryk znajduje się ponad
prawem. Zdaniem Bączka, taka sytuacja sprawia, że szef służby może sprawdzać,
pod pozorem "pomyłki", połączenia każdego obywatela zwłaszcza osób związanych z
opozycją, łamać jego prawa konstytucyjne i nie ponosić żadnej odpowiedzialności.
– W przypadku ujawnienia tego procederu uniknie odpowiedzialności z powodu
"nieświadomej pomyłki" i braku znamion przestępstwa. Tymczasem minister
odpowiedzialny za przestrzeganie prawa przez specsłużby stanie się jego
sojusznikiem – podkreśla były analityk wojskowego kontrwywiadu i członek Komisji
Weryfikacyjnej.

Nie do ogarnięcia

W jaki sposób doszło do pomyłki? Właściwie nie wiadomo. Zdaniem ABW,
postępowania prokuratorskie prowadzone w sprawie rzekomych przecieków z Komisji
Weryfikacyjnej czy osławionej korupcji przy weryfikacji (czego nigdy nie
wykazano) oraz rzekomego handlu aneksem do raportu z działalności WSI były
"bardzo skomplikowane", a funkcjonariuszowi zajmującemu się tymi sprawami po
prostu się coś pomieszało z numerami telefonicznymi. Według ABW, nazwisko
Sławomira Cenckiewicza wzięło się stąd, że – jak napisano w wyjaśnieniach – było
w aktach umorzonej już sprawy rzekomych przecieków z Komisji Weryfikacyjnej, a
Bączka – ponieważ przewijało się w sprawie rzekomego handlu aneksem. "Ze względu
na skomplikowany charakter spraw nastąpiło omyłkowe przypisanie jednego numeru
telefonu stacjonarnego osobie nie będącej w rzeczywistości jego abonentem" –
wyjaśnia minister Cichocki. Więcej – ze względu na konieczność "przetworzenia
bardzo dużej ilości danych o zróżnicowanym formacie nie można wykluczyć
niedopatrzenia w tym zakresie".

– Takie tłumaczenia są bulwersujące i żenujące. Oznaczają, że ABW pod
szefostwem Krzysztofa Bondaryka nie potrafi nawet prawidłowo odczytać numerów
telefonicznych dwóch różnych osób mieszkających w innych miastach – komentuje
Bączek. Poseł Opioła dopytywał jednak, czy nie sprawdzano, kto jest faktycznym
użytkownikiem telefonu, a więc dlaczego, znając miejsce zamieszkania Bączka,
nikt nie wykluczył, że nie może na co dzień korzystać ze stacjonarnego telefonu
w Gdańsku, zarejestrowanego na Cenckiewicza. Zdaniem ministra nadzorującego
służby, brak prawnego obowiązku posługiwania się przez daną osobę konkretnym
numerem abonenckim uniemożliwia określenie faktycznego użytkownika telefonu.
Można zadać w związku z tym pytanie, czy ABW nie będzie popełniać błędów dopiero
wtedy, gdy ustawowo zobowiąże się ludzi do korzystania wyłącznie z jednego
telefonu.

Skrupulatne przeoczenie

Trudno w te wyjaśnienia uwierzyć, skoro MSW przyznaje, że zgodnie z przyjętą
w ABW praktyką każdy funkcjonariusz, który występuje o udostępnienie takich
danych jak billingi, ma obowiązek "skrupulatnie sprawdzić, kto jest abonentem
telefonu, dla którego pobierany jest wykaz połączeń". MSW zapewnia ponadto, że
funkcjonariusze są wyszkoleni, a "podczas czynności nadzorowani przez swoich
bezpośrednich przełożonych".

Przypomnijmy, że o sprawdzenie billingów z telefonu stacjonarnego dr.
Sławomira Cenckiewicza pod pretekstem śledztwa, w którym świadkiem był Piotr
Bączek i inni członkowie Komisji Weryfikacyjnej, wnioskowała ABW. Chodziło o
domniemane przecieki w czasie jej prac. Przecieków i winnych nie znaleziono, a
sprawę umorzono. Sprawa nielegalnej operacji ABW wyszła na jaw po umorzeniu
śledztwa, gdy Bączek, jako świadek, otrzymał kopię postanowienia o "żądaniu
wydania rzeczy" i zwolnieniu z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Jak się
okazało, w 2008 r. Prokuratura Okręgowa w Warszawie na wniosek Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego skierowała do Telekomunikacji Polskiej pismo o
wydanie billingów stacjonarnego numeru telefonu z Gdańska, którego Bączek nigdy
nie był abonentem. Należał do Cenckiewicza. Identyczny błąd ABW popełniła we
wspomnianym wcześniej dochodzeniu w sprawie rzekomej korupcji w Komisji
Weryfikacyjnej i rzekomego handlu aneksem do raportu z likwidacji WSI. W tym
wypadku sprawę nadzoruje prokuratura apelacyjna i tutaj również wraz z telefonem
komórkowym Bączka sprawdzano telefon stacjonarny Cenckiewicza. Badano, czy
Bączek i Cenckiewicz nie kontaktowali się m.in. z dziennikarzem Wojciechem
Sumlińskim i byłymi żołnierzami WSI – Aleksandrem L. i Leszkiem Tobiaszem.
Dzisiaj ten pierwszy zasiada na ławie oskarżonych. Drugi od kilku miesięcy nie
żyje, a okoliczności jego śmierci bada prokuratura. Zdaniem Bączka, fakt, że
numer abonencki Sławomira Cenckiewicza był w tych dwóch przypadkach sprawdzany
pod jego nazwiskiem, źle świadczy także o pracy prokuratury apelacyjnej. – Nic
nie wiadomo o reakcji prokuratury, której obowiązkiem był nadzór nad działaniami
ABW w tym śledztwie. Oznacza to, że również prokuratura apelacyjna nie dochowała
staranności w tym śledztwie, nie wykryła błędu, nie nadzorowała właściwie ABW i
prowadziła czynności po łebkach – ocenia Bączek.

Z inspiracji WSI?

W związku z umorzeniem postępowania w sprawie rzekomych przecieków poseł
Opioła zwrócił się też ze szczegółową informacją, na jakiej podstawie ABW
uznała, że należy wszcząć śledztwo i prosić o billingi, jak również o analizy,
które uprawdopodobniały uzyskane informacje i potwierdzałyby zasadność takich
decyzji. Pytał o to, kto sporządzał analizy, zatwierdzał decyzje, jaka jednostka
ABW prowadziła to postępowanie i – co ważne – "czy wśród rozważanych hipotez
uwzględniano możliwość inspiracji byłych żołnierzy WSI?". Minister przyznał
jedynie, że sprawę wszczęto po doniesieniu nieżyjącego dzisiaj Leszka Tobiasza.
Jak się okazuje, sprawa rzekomych przecieków z Komisji Weryfikacyjnej była
zaledwie odpryskiem z zeznań, jakie po spotkaniach odbytych jesienią 2007 roku z
Bronisławem Komorowskim złożył Tobiasz w ABW, a więc słynnej afery marszałkowej.
Jak się okazuje, to na skutek jego inspiracji wszczęto postępowania,
przeprowadzono operację inwigilacji byłych członków Komisji Weryfikacyjnej oraz
Sławomira Cenckiewicza, który był szefem komisji likwidacyjnej WSI. W lutym
Tobiasz zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, zanim zdążył zostać
przesłuchany przez sąd, sprawa przecieków została umorzona.

Maciej Walaszczyk

drukuj