Afryka nie jest dzika

Z siostrą Krystyną Waladą ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Katechetek Najświętszego Serca Bożego, pracującą na misji w afrykańskim Beninie, rozmawia Adam Białous

Jaki kierunek pracy misyjnej obrało zgromadzenie, do którego siostra należy?
– Nasze zgromadzenie zajmuje się tzw. pierwszą ewangelizacją, to znaczy idziemy tam, gdzie o Chrystusie jeszcze nikt nie słyszał, w tych miejscach zakładamy nasze misje. Choć zgromadzenie powstało i ma swój dom generalny we Francji w Lyonie, to siostry pochodzą z różnych stron świata. Ja jestem Polką, są Francuzki, Holenderki, Afrykanki. Nasze zgromadzenie należy do Rodziny Misyjnej; należą do niej również m.in. księża ze znanego w Polsce Stowarzyszenia Misji Afrykańskiej. Często pracujemy razem. Na misji w Kuande w północno-wschodnim Beninie, tam, gdzie pracuję, jesteśmy obecni od ponad 40 lat. Niemal 80 proc. ludności tych terenów to muzułmanie.

Czym konkretnie Siostra się zajmuje?
– Jestem kierowniczką katolickiej szkoły, którą prowadzimy w Kuande. Liczba dzieci w jednej klasie wynosi około 40. Ci uczniowie, których rodziców na to stać, płacą czesne, ci, których nie stać, nie płacą. Oprócz zwyczajnych lekcji, takich jak matematyka czy język francuski (Benin to była francuska kolonia), jest u nas katecheza. Rodzicom muzułmanom, którzy posyłają do nas swoje dzieci, a tych jest u nas większość, mam obowiązek o tym mówić. Jednak nie jest to dla nich przeszkodą, ponieważ tamtejsi muzułmanie są bardzo tolerancyjni i to, że ich dzieci poznają w szkole religię chrześcijańską, wcale im nie przeszkadza. Poza tym chrześcijanie i muzułmanie żyją tam w przyjaźni. Sama często zapraszana jestem przez muzułmanów do ich domów. Pijemy herbatę, rozmawiamy o życiu, czuję się tam traktowana bardzo dobrze.

Jaka jest sytuacja Kościoła w Beninie?
– Sytuacja jest dobra. Wskutek ostatnich wyborów do władzy doszedł człowiek, który jest usposobiony pokojowo, więc i w kraju panuje pokój. Kościół katolicki, jak i inne kościoły czy wyznania, traktuje się z dużą tolerancją, uznając ich wkład w budowanie normalnego państwa.

Czy pierwotne zwyczaje mieszkańców Beninu mocno utrudniają pracę misyjną?
– Ich zwyczaje są dla Europejczyka przedziwne, a czasem okrutne. Istnieje tam na przykład zwyczaj małżeństwa na odległość, nawet bez zgody jednej ze stron, ponieważ to rodzice decydują o małżeństwie. Inny zwyczaj stanowi, że pierwsze dzieci, czy to chłopak, czy dziewczynka, praktycznie nie należą do rodziców – są oddawane pod opiekę jakiegoś wujka lub cioci, wysoko postawionych w hierarchii społecznej. Wynika to ze swoistego rozumienia rodziny przez Afrykańczyków. U nich małżonkowie i ich dzieci to nie jest podstawowa komórka społeczna, jest nią natomiast tzw. wielka rodzina, czyli wszyscy dalsi i bliżsi krewni. Bardzo okrutny zwyczaj stanowią rytualne mordy małych dzieci, które są przez plemię uznane za „czarownice” niosące mu nieszczęście. Dzieci takie klasyfikuje się jako „czarownice” najczęściej poprzez to, w jaki sposób przyszły na świat. Wystarczy więc, że dziecko urodziło się nietypowo, czyli pośladkowo lub z twarzą zwróconą ku ziemi. Za dziecko niosące plemieniu nieszczęście może być również uznane to, u którego zęby wyżynają się najpierw w górnej szczęce. W każdej wsi jest wyznaczony człowiek do zabijania tych dzieci – tzw. egzekutor. W ramach działającego w Beninie żywego Kościoła wspólnie staramy się ratować te dzieci. Kiedy tylko dostajemy informację od katechety z wioski, że egzekutor ma tam zabić dziecko „czarownicę”, szybko jedziemy i zabieramy je ze sobą. W ten sposób uratowaliśmy wiele dzieci. Przeważnie wysyłamy je do Europy, gdzie są adoptowane. Wiemy, że adoptowano już ponad 200 takich dzieci w Niemczech, Francji, Holandii, a jedno nawet na terenie Chin.

Czy Afryka jest naprawdę dzika?
– W Europie często przedstawia się Afrykę od tej najgorszej strony, czyli AIDS, bieda, skrajna nędza, wojny czy dzieci żołnierze. Faktycznie jest tu wiele ognisk zapalnych, np. w Tanzanii, Kenii czy Togo, ale jakby tak się bliżej przyjrzeć, kto je wywołuje, to często okazuje się, że nie są to sami Afrykańczycy, ale ludzie czy rządy spoza tego kontynentu. Mnie osobiście Afryka dała wiele dobrego. Nie w wymiarze materialnym, ale ludzkim czy duchowym. Europejczyk w swoim współczesnym świecie ciągle gdzieś pędzi, nie ma dla drugiego człowieka czasu. W Afryce jest inaczej – tam ludzie dużo ze sobą rozmawiają, przebywają, spotykają się. Człowiek nie żałuje człowiekowi swojego czasu. Tam nikt szaleńczo nie pędzi za sukcesem czy pieniądzem, a jest czas na wszystko, co naprawdę w życiu najważniejsze. Tego powinniśmy się od Afrykańczyków uczyć i do tego trzeba nam powrócić.

Dziękuję za rozmowę.
Szczęść Boże w dalszej misyjnej posłudze.

drukuj