Prof. W. Mielczarski dla „Naszego Dziennika”: Energia pozostaje fundamentem funkcjonowania każdego nowoczesnego państwa. Jeżeli oddajemy kontrolę nad jej dostawami innym, oddajemy również część kontroli nad własnym rozwojem
Energia pozostaje fundamentem funkcjonowania każdego nowoczesnego państwa. Jeżeli oddajemy kontrolę nad jej dostawami innym, oddajemy również część kontroli nad własnym rozwojem. Widać zresztą, że cała gospodarka europejska wyraźnie traci impet, a Polska nie jest od tego trendu wolna. Owszem, części problemów wciąż udaje się uniknąć, ale w niektórych regionach bezrobocie pozostaje wysokie – lokalnie nawet 20 proc. i więcej. Kolejne branże mierzą się ze zwolnieniami i z ograniczaniem działalności. Polska gospodarka zaczyna odczuwać te same zjawiska, które od lat obserwujemy w wielu państwach Europy Zachodniej – powiedział prof. Władysław Mielczarski, ekspert do spraw energetyki Politechniki Łódzkiej, w rozmowie z red. Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika”.
Red. Rafał Stefaniuk: Forum Energii przygotowało najnowszy raport dotyczący polskiej energetyki. Zawarto w nim informacje, że w ciągu niespełna dekady nastąpił skok uzależnienia Polski od importowanej energii z 29 do 46 procent. Ten fakt nie powinien już dziś uruchomić alarmu?
Prof. Władysław Mielczarski Nie widzę, żeby wywoływało to szczególny niepokój rządzących. Dziś jest to 46 proc., jutro będzie jeszcze więcej. Polska coraz bardziej wpada w to, co wielu ekspertów określa mianem pułapki gazowej. Z jednej strony odchodzimy od węgla, z drugiej nie dysponujemy własnymi znaczącymi zasobami gazu, a jednocześnie właśnie na gazie chcemy oprzeć dużą część transformacji energetycznej. To oznacza prostą zależność: im więcej elektrowni gazowych, tym większa potrzeba importu surowca. Przez lata słyszeliśmy, że alternatywą będzie energetyka jądrowa. Dziś nawet część jej najgorętszych zwolenników coraz ostrożniej podchodzi do terminów realizacji tych projektów.
Tę lukę ma wypełnić właśnie gaz.
– A gaz oznacza uzależnienie od dostaw zewnętrznych. Już dziś jesteśmy w ogromnym stopniu zależni od importu tego paliwa i trudno oczekiwać, że ten trend się odwróci. W praktyce jedynym surowcem energetycznym, którym Polska dysponowała w dużej skali i który stanowił fundament naszego bezpieczeństwa energetycznego, był węgiel. Skoro świadomie z niego rezygnujemy, musimy zastąpić go źródłami, których sami nie posiadamy. To nie jest skomplikowana układanka. To prosta konsekwencja przyjętego kierunku polityki energetycznej. Im mniej własnych zasobów w miksie energetycznym, tym większa zależność od tego, co przyjedzie do nas z zagranicy. I właśnie dlatego wskaźniki importu energii, surowców rosną oraz najprawdopodobniej będą rosły dalej.
Pomysł na gospodarkę sprowadza się do tego, że energię będziemy importować?
– To jest pomysł na uzależnienie gospodarki od podmiotów zewnętrznych. Tymczasem energia pozostaje fundamentem funkcjonowania każdego nowoczesnego państwa. Jeżeli oddajemy kontrolę nad jej dostawami innym, oddajemy również część kontroli nad własnym rozwojem. Widać zresztą, że cała gospodarka europejska wyraźnie traci impet, a Polska nie jest od tego trendu wolna. Owszem, części problemów wciąż udaje się uniknąć, ale w niektórych regionach bezrobocie pozostaje wysokie – lokalnie nawet 20 proc. i więcej. Kolejne branże mierzą się ze zwolnieniami i z ograniczaniem działalności. Polska gospodarka zaczyna odczuwać te same zjawiska, które od lat obserwujemy w wielu państwach Europy Zachodniej.
Ale jeszcze nie rozmawiamy o reglamentowaniu energii?
– Już zaczynamy. Jeszcze niedawno dyskusja dotyczyła głównie ceny energii. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Coraz częściej pojawiają się pytania nie tylko o cenę, ale również o samą dostępność paliw i energii. Stany Zjednoczone zwiększyły eksport, ale ich możliwości nie są nieograniczone. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku złóż norweskich. Globalny rynek energetyczny działa pod coraz większą presją, a odbudowa rezerw surowcowych może potrwać wiele miesięcy, a według niektórych analiz nawet kilka lat.
Co to oznacza?
– To oznacza tyle, że okres taniej energii prawdopodobnie należy już do przeszłości. Przed nami czas wyższych kosztów, większej konkurencji o surowce i rosnącej niepewności. Dlatego budowanie modelu gospodarczego opartego na coraz większym imporcie energii nie jest receptą na bezpieczeństwo, lecz ryzykiem, które w przyszłości może okazać się wyjątkowo kosztowne.
Skoro za sam import surowców energetycznych i paliw Polska w 2025 r. zapłaciła ponad 104 mld zł, to czy istnieje dziś realna droga do ograniczenia tych gigantycznych wydatków? Warto wiedzieć, że za import ropy zapłaciliśmy 51 mld zł, gazu ziemnego – 30 mld zł, a węgla 800 mln zł…
– Możliwości oszczędności są znacznie mniejsze, niż mogłoby się wydawać. Oczywiście można szukać pewnych rezerw, ale nie ma tu prostych rozwiązań. Spójrzmy choćby na ropę naftową, która odpowiada za blisko połowę kosztów importu. To przede wszystkim paliwo napędzające transport, a więc krwiobieg współczesnej gospodarki. Ograniczenie zużycia ropy oznaczałoby masową elektryfikację transportu, ale wtedy natychmiast pojawia się kolejne pytanie: skąd wziąć dodatkową energię elektryczną? I właśnie tutaj dochodzimy do sedna problemu. Każda droga, którą próbujemy pójść, po chwili prowadzi nas z powrotem do tego samego punktu. Jeżeli ograniczamy zużycie paliw płynnych, rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jeśli rośnie zapotrzebowanie na energię, musimy ją wytworzyć. A skoro rezygnujemy z własnych źródeł, przede wszystkim z węgla, coraz bardziej uzależniamy się od importowanych surowców. W efekcie nie wydajemy mniej pieniędzy.
Bardzo często wydajemy jeszcze więcej.
– Od lat zwracam uwagę na mechanizm nożyc cenowych, który dziś w Europie działa z wyjątkową siłą. Jedno ostrze tych nożyc stanowi podaż energii, drugie – popyt. Podaż systematycznie maleje, ponieważ wygaszamy własne źródła produkcji, podczas gdy zapotrzebowanie nieustannie rośnie. Promujemy pompy ciepła, wspieramy zakup samochodów elektrycznych, elektryfikujemy kolejne obszary gospodarki i życia codziennego. Wszystko to zwiększa zużycie energii. Można więc nieco ograniczyć import ropy, ale jednocześnie trzeba będzie wyprodukować więcej prądu. A ten prąd również nie bierze się znikąd. Dlatego nie ma dziś scenariusza, w którym Polska znacząco zmniejsza zużycie energii i jednocześnie radykalnie obniża koszty funkcjonowania gospodarki.
Gdyby zapadła polityczna decyzja o zdecydowanym zwrocie w stronę krajowych zasobów węgla, to gdzie państwo mogłoby szukać realnych oszczędności?
– Przede wszystkim należałoby wykorzystać przewagę, jaką daje posiadanie własnych surowców. Jeżeli dysponujemy znaczącymi zasobami węgla, naturalnym kierunkiem byłoby zwiększenie krajowej produkcji energii elektrycznej i szersze wykorzystanie jej w sektorach, które dziś opierają się na innych źródłach – np. w ciepłownictwie. Kluczowe jest jednak to, by była to energia wytwarzana w Polsce; w przeciwnym razie jedynie zamieniamy jedno uzależnienie na drugie. Trzeba też jasno mówić o kosztach produkcji energii i wpływie obciążeń takich jak EU ETS. Bez nich koszt wytworzenia jednej megawatogodziny z węgla brunatnego wynosi około 250 zł, z węgla kamiennego 300-320 zł, z lądowych źródeł wiatrowych około 700 zł, z paneli fotowoltaicznych około 800 zł, a z morskich farm wiatrowych ponad 1000 zł. Tak wyglądają proporcje – i od nas zależy, jaki kierunek wybierzemy.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik



