Homilia kaznodziei Domu Papieskiego, o. Roberto Pasoliniego OFMCap, wygłoszona podczas Liturgii Męki Pańskiej w Bazylice Św. Piotra w Watykanie
Bracia i siostry, w tym świętym dniu liturgia pozwala nam kontemplować mękę Pana. W obliczu tej tajemnicy śmierci i chwały naturalne jest, by trwać w cichej modlitwie. Krzyż Chrystusa jednak łatwo może pozostać niezrozumiały, jeśli patrzymy na niego jak na fakt oderwany, jak na wydarzenie nagłe i niewytłumaczalne. W rzeczywistości jest to szczyt pewnej drogi: wypełnienie życia, w którym Jezus uczył się słuchać i przyjmować głos Ojca, pozwalając się prowadzić aż do największej miłości. W dniach Wielkiego Tygodnia liturgia dała nam usłyszeć tak zwane „pieśni” Sługi Pańskiego. Są to poetyckie teksty, w których prorok Izajasz nakreślił postać tajemniczego Sługi, poprzez którego Bóg pragnie ocalić świat od zła i grzechu. Chrześcijańska tradycja rozpoznała w tych pieśniach zadziwiającą zapowiedź tej dramatycznej melodii, która wyznaczała kroki Jezusa, utożsamiając Go z owym «mężem boleści, oswojonym z cierpieniem», który «ogołocił samego siebie aż do śmierci», biorąc na siebie «grzechy wielu»: a «w Jego ranach jest nasze uzdrowienie» (Iz 53,3.5.12).
W pierwszej pieśni Sługa pojawia się jako ktoś powołany przez Pana do misji konkretnej i ambitnej: otworzyć «oczy niewidomym» i wyprowadzić «z więzienia jeńców, z lochów mieszkańców ciemności» (Iz 42,6–7). To zadanie naznaczone życiem, skierowane do tych, którzy są przygnieceni cierpieniem, niesprawiedliwością, grzechem. Jednak Sługa ma je wypełnić z ogromną delikatnością, według metody precyzyjnej i pod prąd: «Nie będzie krzyczał ani podnosił głosu, nie da słyszeć swego głosu na ulicy. Trzciny nadłamanej nie złamie, knotka o nikłym płomyku nie dogasi» (Iz 42,2–3). Bez agresji, bez użycia siły, bez pokusy, by wszystko zniszczyć i zacząć od początku. Sługa ma być poszukiwaczem życia pośród ciemności zła. Niełatwo przyjąć taką misję. Każdy z nas jest czasem kuszony, by wymuszać sytuacje, użyć nieco twardości, sądząc, że bez niej nic się nie rozwiąże. Sługa Pański nie może ulec temu instynktowi: ma strzec łagodności jako jedynej siły zdolnej zmierzyć się z mrokiem zła, chronić każdy okruch pozostającego dobra i dawać tchnienie płomieniom, które dogasają.
W drugiej pieśni coś zaczyna pękać. Po próbach realizacji swojej misji Sługa odczuwa gorzkie wrażenie, że cały jego trud czynienia dobra był daremny: «Daremnie i na próżno zużyłem moje siły» (Iz 49,4). Dobro zasiane nie zdaje się kiełkować, wszystko wygląda na zatrzymane i zablokowane. To kryzys, który wcześniej czy później dotyka każdego, kto postanowił iść za Panem: poczucie kręcenia się w kółko, bezowocności, wierności czemuś, co nie przynosi żadnego owocu. W rzeczywistości to tylko wrażenie. Słowo „daremnie” w ustach proroka nie znaczy, że Sługa działał bez skutku, ale że owoc jego pracy nie jest możliwy do zweryfikowania. Niosąc światło w ciemności, Sługa wchodzi w przestrzeń, w której rzeczy nie poddają się już naszym kryteriom, lecz podążają za planem, często paradoksalnym, zbawienia pochodzącego od Boga.
W trzeciej pieśni pojawia się nowe zaskoczenie: Sługa dostrzega, że ci, których pragnie wspomóc, reagują wrogo, z gniewem, a nawet przemocą. Ten, kto żyje w ciemności, nie zawsze przyjmuje światło: czasem je odrzuca i próbuje zatrzymać. Dlaczego tak się dzieje? Bo światło ukazuje nie tylko to, co piękne, ale także to, co chcielibyśmy ukryć: nasze rany, nasze kłamstwa, naszą dwuznaczność. A to budzi ogromny lęk. Dlatego odrzuca się tego, kto przynosi światło, byle tylko nie stawać wobec tego, co ono ujawnia. Sługa jednak nie wycofuje się. Idzie dalej drogą wskazaną przez Pana, nie uciekając: «Podałem grzbiet mój bijącym i policzki rwącym mi brodę; nie zasłoniłem twarzy przed zniewagami i opluciem» (Iz 50,6).
W czwartej pieśni dzieje się coś wstrząsającego. Przemoc, która spada na Sługę, jest tak intensywna, że oszpeca jego twarz, czyniąc ją nierozpoznawalną, jakby był ludzkim wrakiem. A jednak właśnie na tej drodze nauczył się nie odpłacać złem za zło. Gdy zło nas dosięga, naturalnym odruchem jest odpowiedzieć, odeprzeć je, wyrównać rachunki. Sługa jednak nie poddaje się tej logice: przyjmuje wszystko, nie odwzajemniając przemocy. Zło dociera do niego i tam się zatrzymuje: «On poniósł grzechy wielu i orędował za przestępcami» (Iz 53,12).
Bracia i siostry, Jezus nie poprzestał na słuchaniu tych pieśni. On je zinterpretował i przeżył intensywnie, z pełnym zaufaniem wobec woli Ojca, aż przemienił swoją krzyżową śmierć w wydarzenie zbawienia. Świat, wobec zła, zna tylko dwie drogi: poddać się albo odpłacić. Widzimy to codziennie: w wojnach, podziałach, zranieniach relacji. Zło krąży, ponieważ zawsze znajduje kogoś, kto je odwzajemnia i pomnaża. Jezus przerwał ten łańcuch nie narzucając się większą siłą, lecz przyjmując to, co Go spotkało, rozpoznając w tym „partyturę” miłości i służby powierzoną Jego życiu. Nie wykonał jej mechanicznie: uczynił ją swoją, przekładając słowa prorockie na konkretne gesty, na przebaczenie, na milczenia pełne współczucia. Tak, idąc drogą krzyża, nauczył się najtrudniejszego posłuszeństwa: tego, które jest miłością do drugiego, nawet wtedy, gdy drugi jawi się jako wróg.
Żyjemy w świecie, w którym głos Boga nie wyznacza już, jak dawniej, wspólnej drogi ludzkości. Nie dlatego, że umilkł, ale dlatego, że często stał się jednym z wielu głosów, zagłuszonym innymi słowami, które obiecują bezpieczeństwo, postęp, dobrobyt. To one dziś wyznaczają kierunek wielu wyborom i kształtują wspólne życie. A jednak świat nadal jest miejscem, w którym się cierpi i umiera, często bez winy i bez sensu. Wojny nie ustają, niesprawiedliwości się mnożą, najsłabsi płacą najwyższą cenę. Jakby brakowało słowa zdolnego zjednoczyć drogę ludzkości, pieśni, która potrafiłaby poprowadzić nasze kroki ku światu bardziej sprawiedliwemu i braterskiemu. A jednak właśnie w takim krajobrazie widzimy coś zaskakującego: cichą rzeszę ludzi, którzy wybierają słuchanie innego głosu. Jedni rozpoznają go wyraźnie jako wolę Boga; inni słyszą go jako głębokie, niezbywalne wezwanie sumienia. To głos, który nie krzyczy, nie narzuca się siłą, nie obiecuje dróg na skróty. To pieśń dyskretna i wytrwała, która zaprasza do miłości, wytrwania, do nieodwzajemniania zła.
Niektórzy wybierają słuchanie tej pieśni. To mężczyźni i kobiety, którzy – czasem nawet o tym nie wiedząc – idą drogą Sługi Pańskiego. Nie czynią niczego nadzwyczajnego. Po prostu codziennie wstają i próbują uczynić swoje życie czymś, co nie służy tylko im, ale także innym. Dźwigają ciężary, których nie wybrali, przyjmują rany, nie twardniejąc w ich obliczu, nie przestają szukać dobra, nawet gdy wydaje się to daremne. Nie robią hałasu, nie zajmują pierwszego planu, ale utrzymują otwartą możliwość innego świata. Dzięki nim zło nie ma ostatniego słowa, a historia nie zamyka się w przemocy. Ta rzesza świadczy, że pieśni owego Sługi, w którym Bóg ma upodobanie, wciąż rozbrzmiewają w ludzkim sercu, czekając na tych, którzy zechcą przetłumaczyć je na konkretną partyturę własnego życia, nawet jeśli oznacza to niesienie krzyża.
Za chwilę będziemy adorować krzyż Pana poprzez gesty, milczenia i modlitwy. Będzie to szczególna okazja, by rozpoznać tajemnicę Boga i pojednać się z jakością – kruchą i mocną zarazem – Jego miłości do nas i wszystkich ludzi. Jeśli nie chcemy ryzykować, że liturgia stanie się powierzchownością, możemy zdecydować – choćby w głębi serca – aby złożyć broń, którą wciąż trzymamy w dłoniach. Może nie wydaje nam się tak groźna jak ta, którą dysponują możni świata. A jednak i ona jest narzędziem śmierci, bo wystarcza, by osłabiać, ranić, pozbawiać sensu i miłości nasze codzienne relacje.
Wczoraj i dziś świat potrzebuje zbawienia: od przemocy zła, od zabójczej niesprawiedliwości, od podziałów, które upokarzają. Ale to zbawienie nie spadnie z góry ani nie zostanie zagwarantowane decyzjami politycznymi, ekonomicznymi czy wojskowymi. Świat jest nieustannie zbawiany przez tych, którzy są gotowi przyjąć pieśni Sługi Pańskiego jako formę swojego życia. Tak właśnie postąpił Pan Jezus: wziął na serio wolę Ojca, przyjmując ją jak partyturę do wykonania do końca, «z głośnym wołaniem i płaczem» (Hbr 5,7–8). Dlatego w chwili decydującej, gdy został pojmany, zdecydował się oddać w ręce swoich prześladowców i bez wahania powiedział: «Ja jestem» (J 18,5), aby dobrowolnie wejść w swoją mękę miłości.
Również nam dziś wieczorem zostaje przekazana partytura krzyża. Możemy ją przyjąć dobrowolnie, jeśli zgodzimy się, że nie ma takiej trudności, której nie można podjąć; nie ma takiego winowajcy, na którego trzeba wskazać palcem; nie ma takiego wroga, który mógłby nas powstrzymać od miłości i służby. Istniejemy tylko my, którzy – wybierając nieodwzajemnianie zła, cierpliwość w utrapieniach, wiarę w dobro nawet wtedy, gdy ciemności zdają się wszystko pochłaniać – możemy stać się tymi sługami, których Pan potrzebuje, by przynosić światu zbawienie.
W czasie takim jak nasz, tak poranionym nienawiścią i przemocą, gdzie nawet imię Boga jest przywoływane, by usprawiedliwiać wojny i decyzje śmierci, my, chrześcijanie, jesteśmy wezwani, by zbliżyć się bez lęku, przeciwnie – «z pełną ufnością» (Hbr 4,16) – do krzyża Pana, rozpoznając w nim tron, na którym uczy się panować, oddając własne życie na służbę innym. Jeśli potrafimy «mocno trzymać się wyznania wiary» (Hbr 4,14), nasze dni zdołają dawać głos pieśniom radości i cierpienia, temu tajemniczemu zapisowi krzyża, w którym rozpoznawalne są nuty największej miłości.

