Ofensywa Tuska na Euro

Jeśli nie teraz, to kiedy – musi myśleć Donald Tusk, doświadczany od
początku roku spadkiem popularności w sondażach opinii publicznej. Rozpoczęte
wczoraj Euro 2012 może być dla premiera ostatnią szansą na odwrócenie
nieprzychylności wyborców.

Donald Tusk skwapliwie korzysta z każdej nadarzającej się okazji do poprawienia
swoich sondaży, nie bacząc już nawet, iż urządzanie wielkiego spektaklu z
otwarcia dla ruchu niedokończonej autostrady jest co najmniej zabawne, a dla
samego premiera – uczestnika tego żenującego przedstawienia – wręcz
kompromitujące.

Dla każdego rządzącego polityka w kraju, w którym odbywa się impreza rangi
Euro 2012, tak wielkie wydarzenie jest – z racji pełnienia zaszczytu gospodarza
– okazją do podreperowania własnego wizerunku. Występowanie podczas tego wręcz
narodowego święta na tle rozentuzjazmowanych, świetnie bawiących się kibiców
może przysporzyć przywódcy kraju tylko dodatkowych punktów w sondażach
popularności. A jeśli jeszcze reprezentacja gospodarzy będzie wygrywać mecz za
meczem, potęgując tym samym optymizm i oderwanie społeczeństwa od szarej
codzienności, to będzie to sytuacja "żyć nie umierać" dla rządzących. Dla
lepszego skonsumowania sukcesu Euro przez władze obecnie w głównych mediach już
nawet nie eksponuje się informacji, że Donald Tusk i jego partia z przyznaniem
Polsce tej imprezy wiele wspólnego nie mieli, a w czasie, gdy UEFA ogłaszała
gospodarzy mistrzostw Europy, premierem był Jarosław Kaczyński.

Donaldowi Tuskowi Euro 2012 spadło jak manna z nieba. W sytuacji gdy formacja
polityczna premiera osiągała swoje najgorsze od 2007 roku wyniki w badaniach
opinii publicznej, a na ulice zaczęły wychodzić tysiące ludzi w proteście
przeciw polityce rządu, rozpoczęcie Euro – oznaczające ponadczterotygodniową
przerwę w normalnym funkcjonowaniu kraju – daje rządzącym sposobność zwarcia
szyków i zaczęcia wszystkiego od nowa. Do swojej wielkiej szansy na odbudowanie
utraconej popularności premier Donald Tusk zdawał się podchodzić bardzo
profesjonalnie. Mimo że zawsze mógł liczyć na przychylność większości mediów,
które prawie każdą porażkę jego rządu gotowe były ogłaszać w swoich serwisach
informacyjnych sukcesem. Szef rządu chciał najwyraźniej osobiście dopilnować,
aby co do tego nie było żadnych wątpliwości. Rąbka tajemnicy na łamach "Newsweeka"
uchylił ostatnio Tomasz Lis: "Kilka dni temu Donald Tusk zaprosił na śniadanie w
kancelarii premiera redaktorów naczelnych najważniejszych polskich mediów.
Spotkanie było off the record, czyli żadnych detali nie będzie. Ale nie popełnię
chyba nadużycia, pisząc, że premier Tusk boi się o jakąś PR-owską porażkę,
incydent, który przesłoniłby cały obraz" – napisał Lis. A bać się jest
rzeczywiście o co.

Chociaż wybudowane na Euro 2012 stadiony mogą budzić podziw nawet samych
uczestników mistrzostw Europy, piłkarzy grających na największych stadionach na
naszym kontynencie, to już infrastruktura prowadząca na te obiekty zdecydowanie
niekoniecznie. Z roztaczanych przez polityków Platformy Obywatelskiej na
początku poprzedniej kadencji wizji wielkich modernizacji kolei czy budowy dróg
i autostrad łączących miasta gospodarzy niewiele wyszło. Nie bez kozery minister
sportu Joanna Mucha suflowała niedawno społeczeństwu, że "większość kibiców
przybędzie do naszego kraju drogą lotniczą". Przed megakompromitacją
infrastrukturalną wobec zagranicznych gości uratowała nas raczej pogoda panująca
w ostatnich dniach niż zaradność rządu Donalda Tuska. Pozwoliła ona na
przygotowanie – rzutem na taśmę – jezdni autostrady A2 między Łodzią a Warszawą,
by na ten plac budowy – na czas Euro – wpuścić samochody. Jak szumnie ogłoszono,
zapewnia to autostradowe połączenie stolicy Polski z resztą Europy.

Łaknienie sukcesu przez premiera Donalda Tuska musi być olbrzymie, skoro
swoją porażkę w infrastrukturze drogowej próbował przekuć na sukces. W czwartek
byliśmy świadkami żenującego widowiska, gdy Donald Tusk udawał się nowo otwartą
autostradą z Warszawy do Łodzi na obiad do posła swojej partii Johna Godsona. A
relacjonujący tę wielką podróż premiera reporterki i reporterzy – być może
zainspirowani dyspozycjami swoich redaktorów naczelnych, poinstruowanych podczas
spotkania z szefem rządu – niczym fanki na widok Cristiano Ronaldo piszczeli z
zachwytu, że mamy otwartą autostradę. Nic to, że z brakującymi zjazdami, bez
stacji benzynowych czy fragmentami z ograniczeniem prędkości jazdy do 70
kilometrów na godzinę i którą po Euro trzeba będzie zamknąć, aby jej budowę
dokończyć. Być może jednak jest powód, aby piszczeć z zachwytu, gdyż patrząc na
nieporadność rządu – gdyby nie bat nad ekipą Donalda Tuska w postaci
nadchodzącego Euro, mogłoby nie wystarczyć nawet czterech kadencji rządu Tuska,
by skończył budować autostradę.

Artur Kowalski

drukuj