Wyspy opozycji
Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem, rozmawia Anna Ambroziak.
Zaskoczyła Pana skala protestu w obronie Telewizji Trwam?
Skala tego protestu jest niesłychanie istotna. Jeśli popatrzymy ogólnie na
skalę protestów w Polsce, zwłaszcza tych protestów opartych na bezpośrednim
udziale społeczeństwa, a nie na chociażby podpisywaniu list poparcia, to jest to
znacząca manifestacja obywatelska. Już podczas pierwszej kadencji obecnej
koalicji widać było, że pewne media rząd wspiera, a inne stara się wykluczyć.
Debaty publicznej w zasadzie nie ma, większość segmentu medialnego mówi jednym
głosem, zgodnie ze schematem narzuconym przez rząd. Wszelkie media, które
mogłyby stanowić jakąś opozycję, zostały w majestacie prawa całkowicie
zredukowane. Jest za to nacisk na rozwój mediów komercyjnych, mam tu na myśli
duże stacje, które podczas wyborów wspierały PO i oczywiście samego Donalda
Tuska. Uważam, że ten protest w obronie wolnych mediów jest bardzo istotnym
zjawiskiem. Świadczy o tym, że część obywateli ma poczucie wykluczenia z
dyskursu publicznego i że chce w nim istnieć na pełnych prawach.
Jeszcze przed rozpoczęciem marszu część ośrodków medialnych próbowała
zmiękczyć przekaz, był m.in. list Lecha Wałęsy.
Zdaję sobie sprawę z tego, że rząd nie weźmie pod uwagę tego, iż istnieje
pewna kategoria osób, która sprzeciwia się wykluczeniu mediów z przestrzeni
publicznej. Zdaję sobie też sprawę z tego, że zostanie temu wydarzeniu oraz
uczestnikom marszu nałożona etykieta ludzi, których nazwie się oszołomami,
którzy są zaściankowi i popierają sprawę już przegraną. Natomiast nie zmienia to
faktu, że ważne jest to, iż ludzie mają dość polityki obecnego rządu. To wyjście
na ulice oznaczało, że ich wrażliwość i cierpliwość została wyczerpana.
Rząd alienuje się od problemów społecznych. Odmowa dla Telewizji Trwam
miejsca na multipleksie jest tego przykładem?
To prawda. W mojej ocenie, najważniejszym symptomem tej alienacji jest w ogóle
zanik debaty publicznej. Nie ma takiej władzy, która mogłaby pozwolić sobie na
to, by nie brać pod uwagę obywatelskiej debaty społecznej. To znaczy, by
wyłączyć z procesu podejmowania decyzji części lub reprezentacji
zainteresowanych bądź też ogólnie społeczeństwa jeżeli bierzemy pod uwagę
referendum. I nie wynika tylko i wyłącznie z tego, że jest to jak najbardziej
naturalny element systemu demokratycznego. Branie po uwagę głosu strony
społecznej służy także samej władzy, w tym sensie, że uzyskuje ona legitymizację
swoich działań. Jest to włączenie w proces decyzyjny różnego typu interesariuszy.
W Polsce debata publiczna, i to na poziomie procedur demokratycznych, debata za
pomocą mediów znajduje się w głębokim zaniku. Publicyści wydają się poirytowani
tym, że władzy nie zależy na tym, by zainteresować obywateli bardzo ważnymi
problemami społecznymi, dyskusja na te tematy jest podejmowana niejako przy
okazji. I już tylko wówczas, gdy to zaufanie obywateli wobec decydentów jest
maksymalnie naruszone w tym zakresie, w jakim dotyczy to ich życia codziennego,
spraw socjalnych, niedalekiej przyszłości. A przecież nie chodzi o to w debacie
publicznej, aby tylko i wyłącznie działać w obrębie swojej sfery interesu.
Istnieje coś takiego jak kategoria pro publico bono, jak kategoria
podmiotowości, partycypacji obywatelskiej, która dotyczy nie tylko obecnego
stanu tu i teraz, ale bardziej długofalowych działań rządu.
Rząd albo nie chce, albo boi się wchodzić w dyskurs ze społeczeństwem,
bo wypadłby niekorzystnie dla obozu władzy?
Oczywiście. Proszę zauważyć, że te decyzje, które są podejmowane, to decyzje,
które wymagałyby jakiegoś poziomu legitymizacji społecznej. I nie wystarczy tu
wprowadzenie reklamówek, które uruchamiają wręcz złe mechanizmy.
Mówi Pan o reklamie reformy systemu emerytalnego?
Jedna z nich mówi o tym, że wszyscy, również grupy poprzednio uprzywilejowane,
zostaną włączeni w reformę systemu emerytalnego. A tak przecież nie jest.
Ponadto tworzy się tu taką zasadę, że wszyscy powinni zgodzić się na nowy system
emerytalny. Ten sposób myślenia raczej nie służy tworzeniu atmosfery opartej na
konsensusie. Pokazuje się raczej to, że wszyscy obywatele zostaną na siłę”
włączeni w ten szkodliwy zresztą system. Proszę też zauważyć, jakie uniki
robi władza także na poziomie parlamentarnym, by uniknąć referendum społecznego
w tej sprawie.
Dziękuję za rozmowę.
