Czarny ocean egoizmu

Moruroa" to po tahitańsku "wielki sekret". Na terenie tego atolu
koralowego (jego nazwa została przez Francuzów błędnie zmieniona na "Mururoa")
leżącego na Oceanie Spokojnym od 1975 do 1996 roku Francja prowadziła
eksperymenty z bronią jądrową. Według opublikowanego w zeszłym roku raportu
Marcela Jurien de la Graviere, komisarza francuskiej Rady do spraw
Bezpieczeństwa Nuklearnego i Promieniotwórczości w zakresie Obrony, ich skutkiem
może wkrótce stać się zapadnięcie rafy koralowej, co grozi z kolei potężnym
tsunami. Akcja "Czarnego oceanu" rozgrywa się w czasie jednej z prób jądrowych,
przeprowadzonej przez Francję w 1972 roku.

W filmie belgijskiej reżyser Marion Hänsel nie ma jednak wyrażonych wprost
wątków politycznych. Sceny rozgrywają się niemal jak w teatrze. W "Czarnym
oceanie" gra niewielu aktorów, a przestrzeń i czas są znacznie ograniczone.
Akcję skupiono na kilku bohaterach – marynarzach uczestniczących w rejsie.
Większość młodych chłopaków na pokład okrętu przenosi zachowania rodem z
podstawówki – wyśmiewanie słabszych, głupie popisy czy uciekanie przed
obowiązkami. Tak jak w każdej podstawówce, także i tutaj mamy postać mrocznego,
ale wrażliwego outsidera, który patrzy na wybryki kolegów z głęboką pogardą.

Kiedy grupa marynarzy bawi się na plaży, Moriaty – grany przez Adriena
Joliveta – nie uczestniczy w imprezie – mówi, że nie lubi hałasu. Jest
nadwrażliwy. Widzimy jego bunt wobec głupkowatych zachowań innych marynarzy i
czujemy do niego sympatię. Po pewnym czasie zachowanie outsidera przestaje nas
jednak uwodzić. Odkrywamy w nim niezbyt konstruktywny "bunt dla buntu". Kiedy
Moriaty popisuje się, nadając w nocy ze statku sygnał SOS i pijąc szampana,
widzimy w nim kogoś, kto jest tak samo niedojrzały, jak jego koledzy – z tą
tylko różnicą, że brzydzi się zachowaniami stadnymi.

Z tego też chyba powodu, po zdetonowaniu na atolu koralowym bomby atomowej,
jako jedyny wydaje się nie brać udziału w grze pod tytułem "Udajemy, że nie
wiemy, co się stało". Moriaty jest zrozpaczony, ale bunt odreagowuje bardzo
głupio – wrzucając żywe kraby do ogniska. "Chcę, żeby poczuli" – mówi
dramatycznie. "Chcę, żeby smród dotarł aż do okrętu". Świadkiem tej sceny jest
Messina (w tej roli Nicolas Robin) – jedyny przyjaciel Moriaty´ego.
Indywidualizm Moriaty´ego, który pozwala mu nie dać się zmanipulować i nie
osunąć w zakłamanie, prowadzi go jednak na innego rodzaju manowce. Jego
indywidualizm zamienia się w egoizm. Przejawia się on choćby w sposobie
traktowania Messiny. Buntownik chce mieć przyjaciela na wyłączność. Kiedy
chłopcy udają się na polowanie na rekiny, ich kolega da Maggio (grany przez
Romaina Davida) – poczciwy, gruby i nieumiejący pływać, okazuje się zbędnym
balastem. Idealista Moriaty, w teorii – wrażliwy i niepotrafiący pogodzić się z
cierpieniem ludzi, których nie zna, potrafi być jednocześnie okrutny wobec tych,
którzy znajdują się najbliżej niego. Korzystając z tego, że de Maggio zasypia na
słońcu, koledzy przykrywają go liśćmi palmy, porzucają na brzegu oceanu i udają
się na męską wyprawę. Przy śpiącym chłopaku zostaje jedynie zaprzyjaźniony z
marynarzami kundelek Giovanni. W wielu zresztą scenach "Czarnego oceanu"
właściwie tylko pies umie zachować się… po ludzku.

Kiedy zaczynamy oglądać film Hänsel, od początku towarzyszy nam podskórne
napięcie. Odczuwanie niepokoju na widok okrętu wojennego nie jest niczym
oryginalnym, w filmie belgijskiej reżyser jest on jednak spotęgowany pozornym
brakiem istotnych wydarzeń i powolnym rozwojem akcji. Zestawienie piękna
przyrody z grozą naruszającego jej spokój sprzętu wojskowego zawsze robi przykre
wrażenie. Kiedy patrzymy na delikatne rysy młodych marynarzy, kiedy dowiadujemy
się, że jeden z nich obchodzi właśnie 20. urodziny, przychodzi nam oczywiście do
głowy mało oryginalna myśl, że powinni oni raczej przeżywać przygody, poznając
świat na obozie żeglarskim, zamiast uczestniczyć w operacji detonacji bomby
jądrowej. Oni sami zresztą zdają się tak uważać. Niektórzy nie wiedzą nawet,
dokąd właściwie płyną. Część z nich po zdetonowaniu bomby jądrowej dyskusje na
ten temat ogranicza do wypowiedzi: "Ale był błysk!". Żaden z marynarzy nie
identyfikuje się z operacją, w której uczestniczy. Oficerowie także zdają się
wykonywać zadania bezrefleksyjnie i beznamiętnie. Scena wciągania na maszt
francuskiej bandery po to, by – niejako w imieniu ojczyzny – zdetonować bombę,
mogłaby robić wrażenie, gdyby nie to, że jesteśmy już nieco uodpornieni na tego
rodzaju filmowe uproszczenia. Wniosek "wojna jest złem", jaki wypływa z filmu,
jest oczywiście słuszny, trudno jednak przyjmować go naiwnie i nie pamiętać, że
– jak pokazuje chociażby rok 1968 – hasła pacyfistyczne najchętniej kolportują
ci, którzy w tym samym czasie zbroją się po zęby.

Agnieszka Żurek

drukuj