Wnioski na zamówienie
Dokumenty wydawane przez państwowe organy powinny budzić zaufanie. I tak
zazwyczaj jest. Na okładce wydrukowany orzeł w koronie, potem następują podpisy
bardzo ważnych i kompetentnych osób, wreszcie czytamy długi tekst utrzymany w
stylu urzędowym, pełen fachowych terminów i misternych wywodów. Na wszystko
autorzy mają swoje paragrafy z ustępami i punktami, wreszcie oglądamy załączniki
– pełne treści i jasno wskazujące na stawiane tezy. Choćby taki protokół komisji
Millera. To po wydrukowaniu wszystkich załączników góra papieru wysokości
dziesięciu centymetrów. Ile tam wykresów, tabel, schematów, zdjęć. Tego nie mógł
napisać żaden szarlatan czy nieuk.
Weźmy jednak coś mniejszego. Oto dokument Najwyższej Izby Kontroli
zatytułowany "Informacja o wynikach kontroli. Organizacja wyjazdów i zapewnienie
bezpieczeństwa osobom zajmującym kierownicze stanowiska w państwie,
korzystającym z lotnictwa transportowego Sił Zbrojnych RP w latach 2005-2010".
Żeby się nikomu nie pomyliło, mamy jeszcze numer tego dzieła: KPB-4114-01/2011,
nr ewid. 29/2012/I/10/001/KPB. Czy ludzie, którzy potrafią połapać się w tych
kodach, mogliby czegokolwiek nie zrozumieć, nie dostrzec?
"Nasz Dziennik" ujawnił, że instrukcja HEAD, czyli wojskowe zasady
wykonywania lotów z VIP-ami, wcale nie zabrania lądowania w Smoleńsku. Może jest
to dokument trochę nieprecyzyjny, może nie powinno się pozwalać w tak ważnych
sprawach na swobodę interpretacji. Ale jednak Izba wytknęła wojskowym lot na
lotnisko, którego nie ma w rejestrze, a tu czarno na białym jest napisane, że i
bez wpisu w rejestrze można wylądować na czasowo otwartym Siewiernym czy innym
Kandaharze. Wcześniej informowaliśmy, że rejestru tak naprawdę nie ma. Od lipca
ubiegłego roku wskazujemy na braki i błędy raportu Komisji Badania Wypadków
Lotniczych Lotnictwa Państwowego.
To smutne, że nie można wierzyć w to, co napisali badacze, eksperci i
kontrolerzy. Z pozoru wszystko reguluje prawo. Gdy coś zawodzi, ludzie znający
się na rzeczy badają przyczyny, prawnicy analizują punkt po punkcie obowiązujące
regulacje i oceniają, czy były przestrzegane, proponuje się ulepszenia, w końcu
wyniki poznaje opinia publiczna. Taka jest teoria. A praktyka? Urzędnicy i
eksperci lepiej znają styl oficjalnej nowomowy niż swoje obowiązki. Wnioski
naciąga się na polityczne zamówienie, żeby nie zaszkodzić swoim. Stąd krytyka
musi być ostrożna. Jeśli wytyka się błędy "naszych", bo inaczej się nie da, to
najlepiej, żeby okazało się, że winni są "wszyscy". Musimy się do tego
przyzwyczaić. Tryby państwowej maszyny zgrzytają coraz głośniej. I coraz
częściej będzie wychodzić na jaw, że poszczególne części do siebie nie pasują,
nawarstwiają się sprzeczności przepisów, brak woli decydentów i małostkowość
polityków.
A przecież w Polsce mamy ludzi dobrej woli, uczciwych i kompetentnych.
Naprawdę można sobie poradzić nawet z organizacją lotów naszych najwyższych
osobistości. Kilka osób z odpowiednią władzą i wiedzą (najlepiej, gdyby te same
osoby miały i władzę, i wiedzę, ale chyba to już zbyt duże wymagania) może się
zebrać, ustalić proste zasady. Potem się je spisze i wejdą w życie. Ale gdy już
tak się stanie, nikt nie może się zwalniać z ich przestrzegania: nawet obywatele
Tomasz Arabski i Radosław Sikorski. Oczywiście z tych zasad musi jasno wynikać,
gdzie prezydent i premier mogą wylądować. Może rzeczywiście warto sporządzić
rejestr dopuszczonych lotnisk. A po roku niech NIK sprawdzi, czy nikt nie wraca
do dawnych praktyk. W tym czasie akurat pojawią się nowe samoloty VIP. A co?
Można przecież pomarzyć.
Piotr Falkowski
