W jaskini lwa

Patrząc realnie: Justyna Kowalczyk ma niewielkie szanse na czwartą z
rzędu Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Nie
oznacza to jednak, że w kończącym się powoli sezonie nie ma już o co walczyć.
Ma, a dzisiejszy bieg na 30 km techniką klasyczną w Oslo zapowiada się jako
wyzwanie szczególne i wyjątkowe, któremu chce za wszelką cenę sprostać. Czyli
pokonać koalicję Norweżek z Marit Bjoergen na czele.

Był 27 lutego 2010 roku. Tego dnia w Vancouver zawodniczki startowały do
ostatniej konkurencji biegowej igrzysk, na 30 km stylem klasycznym. Faworytką
była Bjoergen, która w Kanadzie święciła wielkie triumfy i w pokonanym polu
zostawiała wszystkie rywalki. Kowalczyk miała na koncie srebro i brąz, ale
marzyła o złocie. Marzyła ogromnie, a wraz z nią i my. Jedynym polskim mistrzem
zimowej olimpiady pozostawał cały czas Wojciech Fortuna, który wskoczył na
szczyt w 1972 roku w Sapporo. Od jego sukcesu minęło długich 38 lat. Kowalczyk
przeżywała w Vancouver huśtawkę nastrojów. Sama przyznawała, że wokół niej i
ekipy narosło dużo złych emocji, spotęgowanych gigantycznymi oczekiwaniami i
presją. Potrafiła na szczęście się od nich odciąć i do ostatniego występu
przystąpić maksymalnie skoncentrowana i w optymalnej formie. Od startu aż do
mety trwał porywający pojedynek Polki z Norweżką. Bjoergen w pewnym momencie
uciekła naszej reprezentantce, ale ta ją doścignęła, a w końcówce wysunęła się
na prowadzenie. Finisz był widowiskiem nie dla osób o słabych nerwach. Obie
panie biegły obok siebie, razem, ale to Norweżka popełniła błąd, który kosztował
ją złoto. Kowalczyk wyprzedziła ją o zaledwie 0,3 s (niewiarygodne, na takim
dystansie) i została mistrzynią olimpijską. Od tego dnia, 27 lutego, bieg na 30
km nie był rozgrywany w ramach Pucharu Świata. Start w Oslo będzie zatem
pierwszy od czasu igrzysk i między innymi dlatego wzbudza tak ogromne emocje.

Są też jednak inne powody. Kowalczyk i Bjoergen walczą o Kryształową Kulę. W
dużo lepszym położeniu jest Norweżka, która prowadzi w klasyfikacji generalnej
cyklu ze sporą przewagą 118 punktów nad zawodniczką z Kasiny Wielkiej. Kowalczyk
ostatnio nie miewała szczęścia. Podczas zawodów w Lahti (3 marca) dwukrotnie
upadła i boleśnie się potłukła. W minioną środę w Drammen ten scenariusz się
powtórzył. Polka ponownie runęła na śnieg, co kosztowało ją stratę kolejnych
cennych punktów. Zdaniem Bjoergen, właśnie w Drammen odbyło się kluczowe
wydarzenie sezonu, praktycznie rozstrzygające sprawę. – Wtedy skończył się mój
psychiczny dołek trwający od Tour de Ski, cotygodniowa porcja nerwów i stresu.
Wreszcie się wyluzowałam – powiedziała, co mogło znaczyć, że jest już pewna
zdobycia Kryształowej Kuli. Faktycznie, dystans dzielący obie rywalki znacznie
wzrósł i Polce będzie niezwykle ciężko go nadrobić. To oczywiście wciąż możliwe.
Do zakończenia sezonu pozostało pięć biegów, w których do zdobycia będzie aż 510
punktów. Tyle że myśląc o triumfie, Kowalczyk musiałaby nie tylko wygrywać, ale
i liczyć na nagłe załamanie formy głównej konkurentki. To pierwsze jest realne,
drugie nie. Bjoergen jest w kapitalnej dyspozycji. Kilka dni temu nawet trener
Aleksander Wierietielny zauważył, że zdobycie czwartej z rzędu Kryształowej Kuli
(przypomnijmy, że podobna sztuka nie udała się jeszcze żadnej biegaczce) będzie
szalenie trudne. Słowa "niemożliwe" nie użył, ale między wierszami dało się
chyba je odczytać. Szkoleniowiec podkreślił jednak, że jego podopieczna wciąż ma
jeden wielki cel, który chciałaby za wszelką cenę w tym sezonie zrealizować. Nie
zdradził, jaki, ale nie musiał. Chodziło mu o jutrzejszy bieg, szczególny, na
królewskim dystansie i w miejscu-kolebce tej dyscypliny sportu. Terytorium
Bjoergen. Oslo. Gdyby Kowalczyk udało się tam zwyciężyć, osłodziłaby sobie
niedosyt związany z prawdopodobną stratą Kryształowej Kuli. – Nigdy wcześniej
nie udało mi się wygrać żadnych zawodów w Norwegii, zatem byłoby wspaniale
wreszcie tę serię przerwać. Czeka mnie jednak niezwykle ciężkie zadanie. W
dziesiątce Pucharu Świata jest pięć Norweżek, które zrobią wszystko, by u siebie
wypaść jak najlepiej. Będę musiała pobiec taktycznie – powiedziała Kowalczyk.

Rywalizacja na 30 km rządzi się swoimi prawami, zawodniczki mają możliwość
zmiany nart, z czego jedne korzystają, drugie nie, czasami wychodząc na tym
lepiej, czasami gorzej. To próba sił i próba charakterów, z której zwycięsko
wychodzą najmocniejsze, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Niedzielny bieg rozpocznie się o godzinie 11.00.

Piotr Skrobisz

drukuj