Operowaliśmy natychmiast
Z dr. Szymonem Nowakiem z Oddziału Intensywnej
Opieki Medycznej Szpitala Powiatowego w Zawierciu, rozmawia Piotr Falkowski.
Panie Doktorze, był Pan na dyżurze, gdy wydarzyła się katastrofa
kolejowa pod Szczekocinami?
– Tak. Do naszego szpitala w nocy po wypadku przywieziono łącznie 11 osób.
Trzech pacjentów było w stanie bardzo ciężkim i byli natychmiast operowani na
naszym oddziale. Dobrze, że tak się stało. Pół godziny po przyjęciu byli już na
salach operacyjnych. To jeden mężczyzna i dwie kobiety. Tam, na miejscu
katastrofy, ktoś dobrze kierował tych pacjentów do nas. Specjalny oddział
ratunkowy dla całego województwa śląskiego znajduje się w szpitalu św. Barbary w
Sosnowcu i tam trafiło najwięcej pacjentów. Ale akurat ci mogliby tam już żywi
nie dotrzeć. Pozostali pacjenci trafili na oddziały chirurgii ogólnej i
chirurgii urazowo-ortopedycznej. Chirurdzy i anestezjolodzy przyjechali do nich
z domów, tak samo panie pielęgniarki. Zrobiło się takie poruszenie, że nasi
pracownicy sami przyjeżdżali z domów – takie dobre serca, po prostu. Dowiadywali
się z mediów i od razu ruszali do naszego szpitala. U jednej osoby konieczna
była amputacja nogi, u innego pacjenta, 17-latka, wykonano usunięcie śledziony.
Jaki teraz jest stan pacjentów?
– W szpitalu jest już ich mniej. Dwie osoby pozostały na chirurgii urazowej.
Jedna właśnie była operowana z powodu złamania przodostopia. U nas pozostają
dwie osoby, a trzecią przewieziono do Sosnowca, gdyż tam będą lepsze warunki jej
leczenia – ma także stłuczenia płuc. Te dwie osoby, które pozostały u nas, są
teraz jeszcze w śpiączce i w ciężkim stanie. Ale ich rokowanie jest dobre.
Służba zdrowia chyba może być zadowolona z wykonanej pracy?
– Sam miałem wtedy dyżur z kolegą anestezjologiem. Ale chciałbym wspomnieć tu
szczególnie dr. Rajmunda Korusiewicza, chirurga i ortopedę z placówki pogotowia
r/atunkowego w Szczekocinach, naszego byłego pracownika, który był jako pierwszy
na miejscu, razem ze strażą pożarną, gdyż te dwie służby są tam razem. Wykonał
niesamowitą pracę. Myślę, że cała służba zdrowia dobrze się sprawdziła, bo
wszystkich, którzy przeżyli samą katastrofę, udało się uratować – nikt nie umarł
po drodze czy w szpitalu.
Jakie są typowe obrażenia związane z katastrofami komunikacyjnymi?
– Złamania kończyn dolnych, górnych, obrażenia głowy, różne stłuczenia. Mogą
też być zmiażdżenia. Krwotok śledziony, którą wycięliśmy, był skutkiem urazu
brzucha. Poza tym jeszcze urazy klatki piersiowej, czyli złamania żeber i
stłuczenia płuc. I to wszystko tutaj mieliśmy.
Pacjenci są też zapewne w szoku?
– Według tego, co sami mówili, miejsce katastrofy było makabryczne. Czuli, że
są o krok od śmierci. Ci pacjenci są teraz nieprzytomni, ale kiedy ich
przywieziono, jeszcze rozmawiali i mówili, jak to przeżywają. Dużo zależy od
relacji z bliskimi. Mąż pacjentki, której musieliśmy amputować nogę, mówił przez
cały czas, że "to nic, to dobrze, modliłem się tylko, żeby chociaż żyła – niech
już tej nogi nie będzie".
Dziękuję za rozmowę.
