Autorytaryzm rodem z PRL

Z prof. Stanisławem Mikołajczakiem, przewodniczącym Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, kierownikiem Zakładu Gramatyki Współczesnego Języka Polskiego i Onomastyki na UM w Poznaniu, rozmawia Mariusz Bober

Akademicki Klub Obywatelski kolejny raz z troską włącza się do dyskusji nad obecną sytuacją społeczną. Na co szczególnie zwracają Państwo uwagę w wydanym oświadczeniu?

– W oświadczeniu wskazaliśmy na przejawy autorytaryzmu na dwóch płaszczyznach: politycznej i medialno-kulturowej. Na tej pierwszej obserwuje się od dłuższego czasu groźne zjawisko ograniczania praw opozycji do swobodnego wyrażania swoich opinii, w tym przedstawiania społeczeństwu innych niż rządzący pomysłów na sprawowanie władzy, proponowania innych rozwiązań niż te, które narzuca rząd. Szczególnie groźnym zjawiskiem jest swego rodzaju kneblowanie opozycji np. poprzez dyktowanie jej, kogo może desygnować do sejmowych komisji, w tym tak ważnej, jak Komisja ds. Służb Specjalnych, ponieważ to ona powinna kontrolować, jakie działania służby specjalne podejmują wobec obywateli. Rządzący podobnie zachowywali się podczas posiedzeń komisji nadzwyczajnych, powoływanych do badania sytuacji patologicznych w państwie polskim. Tymczasem jeszcze kilka lat temu dobrym zwyczajem było, że właśnie na czele takich komisji stawał poseł z największej partii opozycyjnej, aby kontrolować osoby sprawujące władzę. Takie działania naruszają standardy funkcjonowania państwa demokratycznego.

A co najbardziej niepokoi na płaszczyźnie kulturalno-medialnej?

– W tej dziedzinie wytwarzana jest presja, która pośrednio oddziałuje na kształtowanie opinii publicznej. Ilustracją tego zagrożenia było zachowanie przewodniczącej sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej podczas czwartkowego posiedzenia. Zademonstrowała ona dobitnie, jak władza nie dopuszcza opozycji do głosu, jak ignoruje racje merytoryczne i demonstruje swoją przewagę w Sejmie. Wynik głosowania i tak był przesądzony arytmetyką poselską, ale opozycja mogła przedstawić społeczeństwu swoje racje (przebieg obrad był transmitowany przez stacje telewizyjne) – do tego jednak nie chciano dopuścić. Wszak decyzja KRRiT o odmowie przyznania Telewizji Trwam koncesji na nadawanie na platformie cyfrowej ma charakter polityczny, a nie merytoryczny – nie można więc było dopuścić, by tę prawdę poznali obywatele, by zobaczyli, że deklarowany pluralizm medialny jest czystą propagandą.

Opisane przez Pana nadużycia władzy to nie jedyne dziedziny postępującego autorytaryzmu w wydaniu PO.

– To prawda. W oświadczeniu nie poruszaliśmy np. nieprawidłowości dostrzegalnych w dziedzinie sądownictwa. Niektóre wyroki, które zapadają w sprawie rozliczeń z okresem PRL, a także dotyczące różnych afer, jak również opieszałość polskich sądów w rozstrzyganiu spraw oraz wydawanie przez nie wyroków rażąco niesprawiedliwych, jeśli sprawy mają kontekst polityczny – wskazują na niewłaściwe funkcjonowanie sądownictwa. Chodzi zwłaszcza o sposób rozpatrywania spraw z pogranicza biznesu i jego kontaktów ze światem polityki. Ujawniające się patologie w tej dziedzinie utrudniają tymczasem rozwój gospodarczy w Polsce.

To znamienne, że PO, która wcześniej straszyła, iż PiS „psuje demokrację”, dziś wkracza na drogę autorytaryzmu…

– Po ponad 4 latach okazało się, że zarzuty stawiane PiS o nadużycia władzy są całkowicie bezpodstawne, a prowadzone postępowania zostały jedno po drugim umorzone. Dzieje się to jednak niemal w całkowitej ciszy medialnej. Gdy zaś kierowano zarzuty pod adresem PiS, były one nagłaśniane przez większość mediów całymi tygodniami, a nawet latami.

Prawdziwą dyskusję uznaje się za nieważną i przyznaje priorytet własnym racjom przekazywanym przez media. Do społeczeństwa docierają w efekcie fałszywe informacje o tym, co dzieje się w Polsce. Źle informowane społeczeństwo nie może podejmować racjonalnych decyzji, a władza niekontrolowana patologizuje się. A to w dalszej perspektywie jest bardzo groźne.

Ostrzegają Państwo przed polityką obecnych władz, która wręcz odstrasza obywateli od państwa, co skutkuje tym, że nie identyfikują się z nim. Państwo pod rządami koalicji PO – PSL przestaje służyć obywatelom?

– Niewątpliwie obecne władze nie traktują wszystkich obywateli jednakowo, czyli dzieli się nas na osoby pierwszej i drugiej kategorii w dostępie do rynku pracy, życia politycznego i publicznego oraz możliwości swobodnego komunikowania się i przekazywania wartości, według których pragniemy kształtować życie publiczne w naszym państwie.

Czy o tym świadczy pojawienie się znanego z PRL zjawiska „drugiego obiegu” medialnego i kulturalnego?

– Jeżeli w państwie uważanym za demokratyczne pojawia się drugi obieg informacyjny, a także artystyczno-dokumentacyjny, zwłaszcza w odniesieniu do sposobu wyjaśniania katastrofy smoleńskiej (wydarzenia o skali tragedii narodowej), to oznacza, że reguły demokratyczne są w kardynalny sposób łamane. Przypomina się sytuacja ze stanu wojennego.

Znów spotykamy się ze zjawiskiem znanym z czasów PRL, czyli „filmami-półkownikami” [od półek archiwów, na których długo zalegały, ponieważ były niezgodne z linią partii -red.]. Jest wiele takich produkcji, które choć ukończone, nie są dopuszczane do emisji publicznej ze względu na zawarte w nich treści. Chodzi zwłaszcza o filmy na temat katastrofy smoleńskiej oraz rzeczywistego przebiegu wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu, gdzie przy Pałacu Prezydenckim czuwali obrońcy krzyża, takie jak „Mgła”, „Krzyż”, „Przebudzenie”. Podobnie traktuje się filmy o polskich bohaterach, np. o „Roju” [st. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz – red.], które w złym świetle pokazują byłych „włodarzy” PRL. Ich emisja w mediach publicznych jest blokowana, a przecież media te mają służyć obywatelom, mają pełnić misję m.in. edukacyjną i formacyjną. Władze odmawiają też finansowania ważnych dla polskiej kultury lub tożsamości środowisk politycznych „niszowych” pism, które – pozbawione dotacji – wegetują na rynku medialnym. Nie żałuje się natomiast pieniędzy na wspieranie pism i środowisk lewicowych, lewackich i liberalnych.

AKO, któremu patronuje śp. Prezydent Lech Kaczyński, zwraca uwagę także na problemy piętnowane przez niego, a więc brak dbałości o interes państwa. Wyrażają Państwo też zaniepokojenie sposobem wyjaśniania katastrofy smoleńskiej…

– Nasz klub przyjął patronat śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby pokazać, że świat wartości i sposób uprawiania polityki, dbania o polski interes narodowy, który prezentował były szef państwa, był nam bardzo bliski. Dlatego bardzo duże znaczenie ma dla nas zgodne z prawdą wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej i jesteśmy żywo zainteresowani wskazaniem jej prawdziwych przyczyn. W tym kontekście jesteśmy pełni uznania dla prac sejmowego zespołu ds. wyjaśniania tej katastrofy pod kierownictwem posła Antoniego Macierewicza oraz presji, jaką wywierają w tej sprawie prawicowe media. Dzięki ich determinacji i uporczywym działaniom zdemaskowano „prawdy” MAK-u i komisji Jerzego Millera. Jesteśmy też pełni uznania dla niektórych środowisk naukowych w Polsce i poza granicami naszego kraju, które, nie poddając się presji politycznej, z dużym zaangażowaniem dążą do wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Dziś trzeba jasno stwierdzić, że podstawą w tym procesie jest uzyskanie kluczowych dowodów, a więc czarnych skrzynek i wraku samolotu, oraz ponowne sprawdzenie terenu katastrofy.

Oświadczenie ma charakter otwarty i jest także apelem do rządzących?

– Tak, po to wyliczaliśmy nieprawidłowości, które wywołują nasze obawy, aby pobudzić rządzących do refleksji i spróbować skłonić ich do zmiany zachowań. Choć niestety ostatnie decyzje władz, podjęte zwłaszcza na czwartkowym, skandalicznie prowadzonym posiedzeniu sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, nie dają na to nadziei. Bulwersujące jest zwłaszcza zachowanie przewodniczącego KRRiT Jana Dworaka, człowieka wywodzącego się z jądra środowiska decydującego o kształcie polskiego życia publicznego. Mamy jednak nadzieję, że przyjdzie moment refleksji i nastąpi przemiana ich postaw i działań.

Dziękuję za rozmowę.


drukuj