Świat się rozgadał

Jeśli chcesz być aktorką, zrób to, czego nikt nie robi – mówi główny
bohater "Artysty" do swojej filmowej partnerki. Czy reżyserowi filmu
nominowanego do Oskara w 10 kategoriach udało się sprostać temu wyzwaniu? To
prawda, nieczęsto oglądamy na ekranach multipleksów czarno-białe filmy nieme.
Nieczęsto również spotykamy się z reżyserem, który ma odwagę zwolnić nieco akcję
swojego filmu, dostosować go do konwencji kina z początku wieku, ryzykując w
niektórych momentach nudę. Czy to jednak wystarczy, żeby film określić mianem
dzieła, a choćby – ważnego wydarzenia?

Mimo interesującego pomysłu, zabawy konwencją, świetnych zdjęć, dobrej
muzyki, a także niezłej gry aktorskiej (w tytułowej roli Jean Dujardin, na
szczególną uwagę zasługuje także doskonała rola Uggiego, który gra – ale jak
gra! – psa George´a Valentina) filmowi Michela Hazanaviciusa czegoś zabrakło.
Mimo że wielokrotnie w ciągu seansu uśmiechamy się i mimo że nie możemy nie
docenić wdzięku wielu nakręconych ujęć i absurdalnego humoru, jaki z nich nieraz
przebija, wychodzimy z kina bez poczucia zmarnowanego czasu, ale i bez
szczególnego wzruszenia. Być może wynika to ze zbytniego żonglowania konwencjami
– w pewnych momentach reżyserowi udaje się uzyskać efekt pastiszu, puścić oko do
widza, kiedy indziej natomiast efekty przemieszania konwencji przypominają
skutki mieszania różnych rodzajów alkoholu.

Główne wątki filmowe – niemożność odnalezienia się artysty z epoki kina
niemego w świecie udźwiękowionego obrazu oraz romans pełny burzliwych zwrotów
akcji wydają się dość banalne, co zapewne jest celowym zabiegiem – elementem
stylizacji. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że gdyby reżyser pozostał
jedynie w obszarze zabawy konwencją, tworząc dzieło lekkie, o walorach czysto
rozrywkowych, bardziej w konwencji musicalu niż dramatu, film by na tym zyskał.
"Artysta" został nakręcony bardzo starannie, można go polecić miłośnikom
pięknych strojów i wnętrz. Warto zwrócić uwagę także na oryginalne kadry
zdjęciowe.

Film Hazanaviciusa podobno nie bardzo spodobał się w Hollywood, co można
wytłumaczyć, przytaczając słowa jednego z bohaterów "Artysty": "Należymy do
innej epoki, George. Świat się rozgadał". Rzeczywiście, "Artysta" nie jest
filmem hollywoodzkim, chociaż patosu w nim nie brakuje, mamy pożar, pogoń, łzy,
a nawet wystrzał z pistoletu. Mamy także pieprzyk, pióra, brylantynę i
charakterystyczny wampirzy uśmiech spod przystrzyżonych równiutko wąsików.
Szkoda, że reżyser, decydując się na wybór konwencji zabawy formą, nie pozostał
jej wierny. Film mógłby z powodzeniem zostać skrócony o pół godziny – sto minut
kina niemego to jednak sporo. Spokojnie można było także skoncentrować się na
wątku nadejścia nowej epoki w kinematografii. Oczywiście, nie sposób kręcić
filmu niemego, nie ubarwiając go burzliwym romansem, historia miłości Valentina
i Peppy Miller (w tej roli nominowana do Oscara śliczna Bérénice Bejo) ma jednak
tyle wątków, że spokojnie mogłaby stanowić temat osobnego filmu, na przykład dla
miłośnika skomplikowanej psychologii w rodzaju Romana Polańskiego.

Wydaje się, że Hazanavicius spróbował opowiedzieć jednocześnie coś w rodzaju
"historii z morałem" (pycha zostaje ukarana, a w życiu nie sława jest
najważniejsza, ale miłość). Poważny przekaz zostaje jednak całkowicie rozbrojony
przez groteskową formę. Kabaretową, przerysowaną historię miłosną nagle jak
gdyby pozbawiono nadającego jej lekkość cudzysłowu. W efekcie dobre dwadzieścia
minut filmu w drugiej jego części niemiłosiernie się dłuży, a widzom zaczyna być
wszystko jedno, czy oni do siebie wrócą, czy ona zwiąże się z innym, czy może
tamten w końcu się zastrzeli – byle to się skończyło. Wydaje się, że
Hazanavicius także się "rozgadał". Kiedy wytrzymałość widowni wydaje się
kończyć, akcja "Artysty" nabiera jednak na nowo dynamiki, wraca wdzięk, humor i
lekkość, toteż w efekcie opuszczamy salę kinową uśmiechnięci. W kuluarach można
było usłyszeć sformułowane na gorąco podsumowanie: "Ale najlepszy był pies". I
nie sposób nie przyznać, że coś w tym jest.

Agnieszka Żurek

drukuj