Przedwczesne wygaszanie ochrony
Zaniżenie kategorii działań ochronnych podczas wizyty w Smoleńsku i
Katyniu, brak właściwego rekonesansu, wygaszenie ochrony przed stwierdzeniem
zgonu prezydenta – to najpoważniejsze zaniedbania BOR wskazane przez dwóch
byłych oficerów tej formacji uczestniczących w posiedzeniu parlamentarnego
zespołu smoleńskiego.
Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia
2010 roku w Smoleńsku przyjął jednogłośnie uchwałę skierowaną do premiera o
odwołanie w trybie natychmiastowym gen. Mariana Janickiego z funkcji szefa BOR i
Jerzego Millera ze stanowiska wojewody małopolskiego. Wniosek złożył Andrzej
Duda, były podsekretarz stanu Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. –
Uważam, że ani generał Janicki, ani pan Miller nie powinni już nigdy więcej
pełnić funkcji publicznych. To jest niegodne, by gen. Janicki piastował dalej
funkcję szefa BOR – podkreślił Andrzej Duda. Tomasz Kaczmarek (PiS) przypomniał,
że tuż po exposé premiera zadał mu pytanie o odwołanie Janickiego. Otrzymał
wówczas odpowiedź gen. Adama Rapackiego, że nie ma ku temu przesłanek. Rapacki
tłumaczył Kaczmarkowi, że decyzję o odwołaniu generała może podjąć minister
spraw wewnętrznych i że nie można go odwołać, bo toczy się w prokuraturze
postępowanie w sprawie, a nie w stosunku do konkretnej osoby. – Tak było wtedy.
Dziś pan Janicki powinien zostać natychmiast odwołany. Mam jednak wrażenie, że
pan minister Cichocki roztoczył nad nim parasol ochronny – powiedział Kaczmarek.
W posiedzeniu zespołu uczestniczyło dwóch byłych funkcjonariuszy BOR: ppłk
Tomasz Grudziński, zastępca szefa BOR od działań ochronnych w latach 2006-2007,
oraz pirotechnik mjr Robert Terela. Obaj szeroko odnieśli się do opinii
biegłych, którzy na wniosek prokuratury sporządzili ekspertyzę odnoszącą się do
odpowiedzialności BOR za działania ochronne 7 i 10 kwietnia 2010 roku. – Generał
Paweł Bielawny, któremu prokuratura postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków
służbowych i poświadczenia nieprawdy, jest fachowcem. Nie mogłem dlatego
uwierzyć – po przeczytaniu 20 punktów z opinii biegłych – że popełniono aż tyle
błędów – mówił Grudziński. W jego ocenie, błędów jest zbyt wiele, by mówić
jedynie o bałaganie w Biurze Ochrony Rządu. – Uważam, że obecny szef BOR złamał
ustawę o BOR już w pierwszym punkcie opinii biegłych, mówiącym o braku nadzoru
nad zabezpieczeniem wizyt. To, co mnie oburzyło szczególnie, to zaniżenie
kategorii działań ochronnych wizyt. Nikt nie ma prawa tego robić. To mógłby
zrobić tylko minister spraw wewnętrznych, zmieniając ustawę lub na piśmie
nakazując to Janickiemu – uznał Grudziński. Były wiceszef BOR za niedopuszczalny
uznał brak właściwego rekonesansu. – Za niesprawdzenie samych tras przejazdu
kolumny prezydenta powinien być "kryminał" – mówił.
Za bezpośrednią ochronę VIP odpowiada zaledwie 5 proc. funkcjonariuszy, 95
proc. pozostałych za całą resztę na miejscu. – Dziwię się, dlaczego postawiono
tylko zarzuty gen. Bielawnemu. Dla mnie zagadką jest to, że BOR nie upomniało
się o to, by pojechać na rekonesans z kimś z Kancelarii Prezydenta. Dlaczego nie
postawiono zarzutów ministrom z kancelarii premiera. Mam wrażenie, że to nie
były zaniedbania, że ktoś nieoficjalnie próbował pomniejszyć rangę wszelkich
wizyt prezydenta poza granicami kraju. Mówię to z pełną świadomością –
stwierdził ppłk Tomasz Grudziński.
– Mam wrażenie, że zacierana jest rola grupy przygotowawczej. Nieprawdą jest,
że BOR nie zabezpiecza lotnisk wojskowych, je również zabezpiecza. Sam byłem
odpowiedzialny za takie zabezpieczenia – wskazywał drugi gość zespołu mjr Robert
Terela. Pirotechnik zwrócił uwagę na kilka faktów, które według niego mają
istotne znaczenie. Akcentował, że nieprawdą jest, iż BOR odpowiada tylko za
ochronę bezpośrednią VIP, BOR sprawdza wszystko, począwszy od samolotu i pasa
startowego, trasy przejazdu kolumny VIP, po butle powietrzne w samolocie i
termosy z wodą z cateringu. Jego zdaniem, funkcjonariusze wycofują się z pewnych
swych czynności sprawdzających tylko wtedy, gdy strona gospodarza dopina
wszystko na ostatni guzik. – Gdy widzimy, że gospodarz wykonuje należycie swoje
zadania, zapewnia formę ochrony, która nas zadowala, wycofujemy się. Tak było np.
na lotnisku w Berlinie, gdy lądowaliśmy z prezydentem. Niemiecka policja
kryminalna, która miała w swoim zakresie działania ochronne, zabezpieczyła
wszystko należycie. Nie sądzę jednak, by można to było porównać do sytuacji na
lotnisku smoleńskim – mówił Terela.
Zwrócił też uwagę na różnicę czasową miedzy lądowaniem samolotu Ił-76 a
Tu-154M. Już sam fakt, że ił próbował lądować w niewielkiej odległości czasowej
przed tupolewem, było według Tereli niedopełnieniem działań ochronnych
gospodarza. Odniósł się również do funkcjonującego w mediach przekazu, jakoby
iłem leciały auta kolumny prezydenckiej. Gdyby tak było – mówił – nie byłoby
czasu na wyprowadzenie tych pancernych pojazdów i ich odpowiednie sprawdzenie. –
Wyprowadzenie pojazdów z samolotu długo trwa. Może pan prezydent miał czekać w
samolocie na kolumnę lub lecieć na lotnisko zapasowe? A może to miała być forma
pielgrzymki na piechotę? To jest dla mnie bardzo zastanawiające – podkreślił
Terela. Równie zastanawiające dla pirotechnika było zdjęcie z ciał
funkcjonariuszy BOR kamizelek ochronnych i zostawienie ich Rosjanom oraz
pośpiech w uznaniu prezydenta za zmarłego. – Na temat kamizelek kuloodpornych
wypowiadałem się już na łamach "Naszego Dziennika". Dziwię się, dlaczego zostały
one zdjęte z funkcjonariuszy i zostały w Rosji. Przecież to bardzo ważny dowód.
Dziś nie wiadomo, gdzie są, co się z nimi stało. Inną ważną rzeczą jest fakt, że
formalna ochrona pana prezydenta wygasa dopiero w momencie stwierdzenia jego
zgonu i przekazania jego ciała, nikt na to nie zwrócił uwagi – skwitował Terela.
Obaj oficerowie podkreślili też, że nie można porównywać obu wizyt z 7 i 10
kwietnia 2010 roku, ponieważ każda wizyta jest inna i powinno się je badać
oddzielnie. I odrębnie wyciągać wnioski.
W posiedzeniu zespołu wzięli udział bliscy ofiar, m.in. Ewa Kochanowska,
Beata Gosiewska, Andrzej Melak.
Piotr Czartoryski-Sziler
