Manipulacje smoleńskie
Od pierwszych minut po tragedii smoleńskiej rozpowszechniano niesprawdzone
informacje. Stało się to fundamentem w przekazach największych mediów, ale także
polityków, ministrów, urzędników.
Manipulowano faktami nie tylko na temat przebiegu katastrofy, ale potem
również w sprawie postępowania MAK i prowadzonego śledztwa prokuratorskiego,
wcześniejszych przygotowań do wizyty śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w
Katyniu, zabezpieczenia miejsca tragedii oraz wraku samolotu, telefonów i innych
istotnych dowodów, prowadzenia czynności śledczych.
Podawanie niesprawdzonych informacji było tarczą obronną rządzących przed
społeczeństwem, które domagało się prawdy. Sprawujący władzę wykorzystali do
tego największe media.
Tę sytuację w życiu publicznym opisuje fenomenalnie redaktor naczelny
kwartalnika "Kronos" Wawrzyniec Rymkiewicz w rozmowie z Filipem Memchesem: "W
Polsce nie mamy w tej chwili do czynienia ze zwykłym konfliktem politycznym.
Polskim życiem publicznym rządzi kłamstwo – straszliwe, przerażające Kłamstwo.
To Kłamstwo sprawia, że spór polityczny znika; jego miejsce zajmuje spór o
rzeczy ostateczne. (…) Mówię o Kłamstwie Smoleńskim. Tę sytuację można opisać
za pomocą Platońskiej alegorii jaskini. Więźniowie skuci łańcuchami oglądają
cienie na ścianie i uważają je za rzeczywistość".
Przypominając sobie dawne publikacje, trudno nie przyznać racji tym słowom.
Pierwsze minuty po katastrofie
Niesprawdzone informacje pojawiły się w pierwszych minutach po tragedii,
kiedy media zaczęły rozpowszechniać insynuacje, że samolot podchodził cztery
razy do lądowania, pilot był słabo wyszkolony, nie potrafił odczytać prawidłowej
wysokości i nie znał języka rosyjskiego.
Jarosław Kaczyński w rozmowie z "Gazetą Polską" z lipca 2010 r. ujawnił swoją
pierwszą rozmowę telefoniczną z Radosławem Sikorskim w dniu katastrofy. Kiedy
Sikorski poinformował go o tragedii, prezes PiS powiedział: "To jest wynik
waszej zbrodniczej polityki – nie kupiliście nowych samolotów. Na tym rozmowa
się skończyła". Po chwili Sikorski ponownie zadzwonił i stwierdził
kategorycznie, że katastrofa była wynikiem błędu pilota.
Sam Sikorski relacjonował, że nie przypomina sobie, by w czasie tej rozmowy
prezes PiS użył słowa "zbrodnicza". Jednocześnie de facto potwierdził relację
Jarosława Kaczyńskiego o tej rozmowie. Szef MSZ przyznał bowiem, iż mógł
powiedzieć, że "piloci nie powinni byli próbować lądować we mgle": "To, co
mogłem powiedzieć, to, co powiedział ambasador Bahr – to znaczy: nie powinni
byli próbować lądować we mgle. Nie miałem wtedy jeszcze sprecyzowanej opinii co
do przyczyn wypadku".
W tym kontekście warta zwrócenia uwagi jest informacja przekazana przez
Sławomira Petelickiego, byłego szefa jednostki GROM. W pierwszą rocznicę
katastrofy ujawnił on, że niedługo po tragedii rozesłano do czołowych polityków
Platformy Obywatelskiej wiadomość SMS o treści: "Katastrofę spowodowali piloci,
którzy zeszli we mgle poniżej 100 m.
Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił". Wskazywano, że autorem tej
wiadomości miał być ktoś z trójki: Donald Tusk – Paweł Graś – Tomasz Arabski.
Początkowo nikt nie komentował rewelacji, zainteresowani nie odpowiadali na
pytania w tej sprawie. Dopiero Andrzej Halicki poproszony o komentarz nazwał
informację "kłamstwem". Jednak uchylił się od odpowiedzi w sprawie wytoczenia
Petelickiemu procesu. Natomiast Paweł Graś bardzo oględnie, i to dopiero po
miesiącu, stwierdził: "To są kompletne brednie. Nie będę tego komentował. Mogę
powiedzieć tylko tyle, że oczywiście nie było żadnego rządowego SMS-a.
Ministrowie nie otrzymują SMS-em żadnych instrukcji dotyczących tego, jak mają
się wypowiadać".
Jednak zadziwiające jest to, że takie tezy pojawiły się w mediach natychmiast
po tragedii.
Rządowa propaganda sukcesu
Faktem jednak jest, że przez pierwsze tygodnie i miesiące media głównie
skupiły się na wskazywaniu rzekomych błędów pilotów, udowadnianiu ich winy,
rozwijaniu pobocznych wątków (np. sprawy lotu śp. prezydenta do Tbilisi w 2008
r.) i poszukiwaniu winnych po stronie polskiej. Odpowiedzialnością obarczano śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, śp. generała Andrzeja Błasika, dowódcę Sił
Powietrznych RP, śp. mjr. Arkadiusza Protasiuka, szefa załogi rządowego tupolewa.
Nie było odpowiedzi ze strony władz. Osoby zajmujące się postępowaniem
wyjaśniającym oraz śledztwem, premier, prezydent, ministrowie, urzędnicy,
posłowie PO milczeli lub chwalili się sukcesami w śledztwie smoleńskim.
Premier Tusk osobiście zapewniał społeczeństwo, parlamentarzystów, opinię
międzynarodową o doskonałej współpracy ze stroną rosyjską i braku zastrzeżeń.
Warto także przypomnieć, że premier Tusk wielokrotnie przekonywał o
słuszności wyboru konwencji chicagowskiej jako podstawy prawnej postępowania
MAK.
Kiedy 5 maja 2010 r. posłowie PiS złożyli projekt rezolucji sejmowej
zobowiązującej szefa rządu do zwrócenia się do Rosji o przekazanie Polsce
pełnego śledztwa smoleńskiego, ten bardzo pochlebnie ocenił to postępowanie: "W
naszej ocenie Rosjanie swoje postępowanie wypełniają jednak profesjonalnie".
Rewelacje Klicha
Co więcej, Tusk twierdził, że ewentualne "przekazanie całości śledztwa przez
stronę rosyjską stronie polskiej byłoby możliwe dopiero po podpisaniu wzajemnego
porozumienia dotyczącego takich przypadków". Jednak wspomniane przez premiera
porozumienie już istniało, zostało podpisane jeszcze w 1993 roku. Ujawnione
ostatnio przez "GP" nagrania rozmów Edmunda Klicha dowodzą, że szefostwo państwa
znało ten akt prawny. Nie było to jedyne przemilczenie. Tusk w odpowiedzi na
wspomniany projekt PiS przekonywał także, że rząd kontroluje sytuację, bo "mamy
tam obserwatora, który wszystko relacjonuje [tzn. Edmunda Klicha – przyp. P.B.].
Z dotychczasowych doniesień wynika, że współpraca przebiega bez zarzutu".
Tymczasem jak wynika nawet z "Uwag RP do raportu MAK", już wtedy strona polska
nie otrzymywała podstawowych dokumentów i było to skrupulatnie odnotowywane.
W tym kontekście należy zwrócić szczególną uwagę na wypowiedź Edmunda Klicha,
który w TVN24 przyznał: "Mogłem swoim działaniem wpłynąć na wynik wyborów
prezydenckich, ale nie chciałem". Były polski akredytowany przy MAK mówił: "Były
sytuacje zwrotne, bardzo trudne dla mnie. Być może moje zdecydowane działanie w
jednej z nich mogło wpłynąć na polityczny obrót spraw w naszym kraju. Chodzi o
jedną sytuację między turami wyborów prezydenckich. Moje działanie, gdybym się
zdecydował, mogło wpłynąć na dalszy ich przebieg. Nie chciałem jednak tego
robić".
Z wypowiedzi płk. Klicha niezbicie wynika, że ujawnienie w kampanii
prezydenckiej informacji, które znał, zaszkodziłoby kandydatowi Platformy
Obywatelskiej.
System manipulacji
Większość mediów przekazywała bez prób weryfikacji fałszywe informacje,
półprawdy, insynuacje, stanowisko jednej strony, komentarze wybranych
specjalistów, którzy wskazywali wyłącznie na winę pilotów, a także śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego i śp. gen. Andrzeja Błasika.
Powstał system manipulacji, w którym uczestniczyły stacje telewizyjne, prasa
codzienna, tygodniki, portale internetowe. System medialnego "kłamstwa
smoleńskiego" był akceptowany przez aktualnie rządzących państwem. W imię
doraźnych interesów politycznych nie reagowali należycie na oszczerstwa
rozpowszechniane poza granicami naszego kraju.
Medialna kampania dezawuowania rozpoczęła się chwilę po tragedii. Natychmiast
Rosjanie przekazali światu komunikat, że polscy piloci "cztery razy podchodzili
do lądowania". Tłumaczono, że załoga tupolewa dążyła za wszelką cenę do
wylądowania w Smoleńsku.
Propagowano również inne tezy, zdejmujące z rosyjskiej obsługi
odpowiedzialność za tragiczne wydarzenia z 10 kwietnia. W mediach twierdzono, że
urządzenia na lotnisku były sprawne i że lotnisko było dobrze przygotowane do
przyjęcia polskiej delegacji, chociaż jeszcze tego samego dnia białoruski
dziennikarz (sic!) zrobił zdjęcia rozbitym światłom na lotnisku. Rosjanie
próbowali również przekonać, że załoga wieży była dobrze przygotowana, tak jak
lotnisko w Smoleńsku. Dopiero ujawnienie w 2011 r. stenogramów rozmów z wieży
pokazało chaos panujący wśród Rosjan. Lansowano również tezę, że rosyjscy
meteorolodzy przekazali właściwe informacje o pogodzie, polscy piloci nie mieli
odpowiedniego doświadczenia, zaś rosyjscy nawigatorzy odradzali lądowanie i
odsyłali polski samolot na lotnisko zapasowe. Natomiast lot tupolewa określano
jako lot cywilny, zaś konwencję chicagowską najlepszą podstawą prawną do badania
katastrofy.
Tezy zbliżone do SMS-a
Jednocześnie w polskich mediach zaczęły się pojawiać sugestie o naciskach na
pilotów. Początkowo były to podprogowe insynuacje, pojawiające się jedynie w
tytułach, pytaniach do rozmówców, wyeksponowanych zdaniach. Miało to przygotować
odbiorców na zmasowany atak.
Należy zwrócić uwagę na szczególną rolę "Gazety Wyborczej" w prezentowaniu tez
lansowanych w następnych miesiącach. Już 12 kwietnia 2010 r. Marcin
Wojciechowski w "GW" w artykule pod bardzo wymownym tytułem "Piloci zdecydowali:
Lądujemy!" zastanawiał się, czy pilot konsultował z kimś decyzję o lądowaniu.
Następnego dnia Paweł Wroński zamieścił w "GW" rozmowę z pilotami z 36. SPLT.
Oto fragmenty niektórych pytań: "Kontroler lotów w Smoleńsku twierdzi, że polska
załoga nie "kwitowała", czyli nie potwierdzała wysokości podawanych z wieży.
(…) W spekulacjach pojawiły się informacje, że załoga nie radziła sobie z
liczebnikami w języku rosyjskim oraz o możliwej pomyłce w przeliczeniu miar
wysokości – u nas stosuje się stopy, a w Rosji metry (…)". Jednak kluczowe
było jedno z ostatnich pytań: "Czy jest możliwe, aby wywierać na pilota
presję?".
"GW" w specyficzny sposób zajęła się szukaniem odpowiedzi na to pytanie.
Przez szereg miesięcy publikowano wypowiedzi, wywiady, artykuły wskazujące na
podobieństwo tragedii w Smoleńsku z sytuacją w Gruzji z 2008 roku.
13 kwietnia 2010 r. wrocławski dodatek "GW" przeprowadził rozmowę z dr.
Tomaszem Szulcem, specjalistą ds. techniki wojskowej, adiunktem w Instytucie
Technologii Maszyn i Automatyzacji Politechniki Wrocławskiej.
Z perspektywy dwóch lat niezwykle interesujący jest fakt, że już
kilkadziesiąt godzin po katastrofie "GW" opublikowała wywiad z sugestiami, że
pilot nie był asertywny, katastrofa była wynikiem presji na załogę, z
porównaniem tragedii do sytuacji z Gruzji oraz z wyraźną tezą, że katastrofa
była wynikiem błędu człowieka.
Również w innych artykułach "GW" znajdują się ciekawe próbki tego
charakterystycznego stylu. W artykule "Lot PLF-101. Rekonstrukcja" z 21 kwietnia
2010 r. Wojciech Czuchnowski, Renata Grochal, Agnieszka Kublik, Aleksandra Pezda,
Paweł Wroński pisali: "Tragicznie zakończony lot prezydenckiego Tu-154M
rozpoczął się z 23-minutowym opóźnieniem i trwał dłużej od przeciętnego lotu
tego typu maszyny na trasie Warszawa – Smoleńsk. Ostatnie minuty będą kluczem do
rozwiązania zagadki katastrofy. (…) Samolot nie odleciał o czasie, bo spóźnił
się prezydent, który w piątkową noc długo rozmawiał ze współpracownikami. (…)
Kontroler lotu z lotniska Siewiernyj Paweł Plusnin: "Zobaczyłem, że pogoda
zaczyna się pogarszać. Zaproponowałem im lotnisko zapasowe. Oni odmówili"".
Praktycznie każde z powyższych zdań "GW" wymaga odpowiedzi – tupolew nie był
prezydencki, ale rządowy; nie było opóźnienia wylotu, gdyż nastąpił w okresie 30
minut ważności planu lotów; godzina wylotu nie miała wpływu na katastrofę; nie
było propozycji zapasowego lotniska i odmowy polskich pilotów na lot tamże.
Również i w tym tekście dziennikarze "GW" ponownie odnoszą się do sprawy
gruzińskiej. Co więcej, brak nagrań z czarnych skrzynek interpretowano na
niekorzyść śp. prezydenta Kaczyńskiego: "Czy teraz doszło do podobnej sytuacji
[jak podczas lotu do Gruzji – przyp. P.B.], z tą różnicą, że pilot uległ?
Prokurator generalny Andrzej Seremet od pierwszych dni po katastrofie mówił, że
w czarnych skrzynkach samolotu nie znaleziono zapisów świadczących o naciskach
na załogę. Ale – jak podała wczoraj prokuratura – treść nagrań poznamy
nieprędko" ("GW" z 21.04.2010 r.).
Sprawa gruzińska była wielokrotnie opisywana, miała dowodzić rzekomych
nacisków śp. prezydenta Kaczyńskiego na pilotów w trakcie lotu do Smoleńska.
"Debeściaki" mediów
Nagonce poddany został również dowódca załogi tupolewa śp. mjr Arkadiusz
Protasiuk. 14 lipca 2010 r. TVN24 podaje, że stacja "dotarła do kolejnego
fragmentu odczytanego stenogramu z ostatnich minut lotu prezydenckiego Tu-154".
Charakterystyczne, że TVN ponownie określa rządowego tupolewa mianem
prezydenckiego! Nieoficjalnie TVN24 dowiedziała się, że kilkadziesiąt sekund
przed katastrofą prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem śp. major Arkadiusz
Protasiuk miał wypowiedzieć: "Jak nie wyląduję/wylądujemy, to mnie
zabije/zabiją". Miał to być fragment, który wcześniej w stenogramie pojawił się
jako "niezrozumiały". Informacje przekazała Joanna Komolka z TVN. Tymczasem
prokuratura nie chciała się wypowiadać w tej sprawie, zaś dyrektor Instytutu
Ekspertyz Sądowych prof. Maria Kała poinformowała, że zdanie to "nie pochodzi od
nas" (za:
http://www.tvn24.pl/0,1664953,0,1,jak-nie-wyladujemy–to-mnie-zabijeja,wiadomosc.html).
Dwa dni później Łukasz Słapek (były dziennikarz TVP, który wcześniej pomówił
Patrycję Kotecką) w artykule zatytułowanym dość jednoznacznie: "Czy pilot
powiedział: "Patrzcie, jak lądują debeściaki"?", opublikowanym w dzienniku
"Polska. The Times" 16 lipca 2010 r., pisał, że "Polsce. The Times" udało się
ustalić, iż "na nagraniach czarnych skrzynek, które obecnie są analizowane przez
polskich ekspertów w Warszawie i w Krakowie, jest więcej tego typu wypowiadanych
zdań". Tymczasem żadnych takich wypowiedzi śp. mjr. Protasiuka nie odczytano na
taśmach czarnej skrzynki. Słapek sugerował również, że faktycznym dowódcą
tupolewa był śp. gen. Błasik, gdyż to on witał prezydenta przed wejściem na
pokład.
Atak na "polskie skrzydła"
Szczególnie brutalnie został potraktowany śp. gen. Andrzej Błasik, dowódca
Sił Powietrznych RP. Kampanię w tej sprawie rozpoczął przewodniczący Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych płk Edmund Klich.
W programie TVN "Teraz my!" z 24 maja 2010 r. powiedział Andrzejowi
Morozowskiemu i Tomaszowi Sekielskiemu: "Nie neguję, że była piąta osoba w
kabinie. Za informacje odpowiada Międzynarodowy Komitet. (…) Ja wiem, kto to
był. (…) Tak, to był generał Błasik".
Od tego momentu trwał medialny atak na śp. gen. Błasika. Dziennik "Izwiestia"
podał np., że "śmiertelnym lądowaniem dowodził dowódca Sił Powietrznych Polski".
Natomiast "Komsomolskaja Prawda" cytowała eksperta lotniczego płk. Wiktora
Timoszkina, który przypuszczał, że to polski generał Andrzej Błasik mógł
siedzieć za sterami tupolewa w momencie katastrofy (za:
http://www.fakt.pl/To-gen-Blasik-siedzial-za-sterami-tupolewa-,artykuly,73005,1.html).
Istotne jest, że media dopuszczały do programów głównie osoby formułujące
podobne manipulacje, niedomówienia i niedementujące oczywistych kłamstw. Przed
publikacją raportu MAK Edmund Klich w Radiu Zet 8 grudnia 2010 r. w rozmowie z
Moniką Olejnik mówił, że "do końca w kabinie był dowódca sił powietrznych. (…)
Wie pani, to trudno ocenić, jak długo [był w kabinie – przyp. P.B.], bo trzeba
by zarejestrować, kiedy wszedł, czy nie wychodził, w związku, ale fakt jest, że
był tam dłuższą chwilę".
W rosyjskim raporcie MAK kłamliwie pomówiono śp. gen. Błasika o spożycie
alkoholu. Premier Tusk nie reagował na tę kampanię oszczerstw. Honoru polskich
skrzydeł musiała bronić żona generała p. Ewa Błasik, której pomagał mec. Bartosz
Kownacki. Niewątpliwie rację miał również Antoni Macierewicz, przewodniczący
Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku,
który wskazywał, że atak na śp. gen. Błasika jest atakiem na polskie lotnictwo.
Już po publikacji MAK kolportowano w mediach kolejne niesprawdzone informacje
o rzekomej kłótni przed odlotem pomiędzy szefem lotnictwa a dowódcą załogi
tupolewa.
24 lutego 2011 r. stacja TVN24 podała, że reporter programu "Polska i Świat"
ustalił, że "przemysłowe kamery miały 10 kwietnia rano zarejestrować rozmowę
dwóch wojskowych – wyraźnie wzburzonych, kłócących się: generała Andrzeja
Błasika i kapitana Arkadiusza Protasiuka. Wojskowi mieli pokłócić się o wylot do
Smoleńska" (za:
http://www.tvn24.pl/12690,
1693929,0,1,klotnia-oficerow-przed-wylotem-do-smolenska,wiadomosc.html).
Informacje te powtórzyła "Gazeta Wyborcza" (26 lutego 2011 r.), która nawet
stwierdziła, piórami Agnieszki Kublik, Wojciecha Czuchnowskiego i Pawła
Wrońskiego, że jest "świadek, który słyszał, jak tuż przed wylotem
prezydenckiego Tu-154 dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik zwymyślał
kapitana samolotu Arkadiusza Protasiuka. Awanturę słyszał chorąży BOR. Ale nie
powiedział o niej prokuratorowi".
W połowie marca prokuratorzy wojskowi przyznali, że żadnej kłótni nie było.
Kłopoty za bezstronność
Na uwagę zasługują również publikacje duetu z "Rzeczpospolitej", Michała
Majewskiego i Pawła Reszki. Opublikowali oni cykl tekstów dotyczących tragedii
smoleńskiej, za który w październiku 2010 r. otrzymali nagrodę im. Andrzeja
Woyciechowskiego, założyciela Radia Zet. Uzasadniano, że był to "najlepszy
materiał dziennikarski, który wpłynął istotnie na świadomość Polaków". W tekście
"Zapis smoleńskiej katastrofy" z 1 czerwca 2010 r. twierdzili, że w kabinie był
śp. gen. Błasik, piloci chcieli wylądować za wszelką cenę, sugerowali naciski:
"Choć urządzenia ostrzegały, że zbliża się katastrofa, piloci prezydenckiego
tupolewa nie przerwali lądowania. Nadal nie można rozstrzygnąć, czy były naciski
na załogę. To wynika z opublikowanych we wtorek stenogramów rozmów z kokpitu
prezydenckiego samolotu, który rozbił się 10 kwietnia pod Smoleńskiem. (…) Nie
ma wątpliwości, że w ostatniej fazie lotu w kokpicie był gen. Andrzej Błasik,
dowódca lotnictwa. Jego głos jest zarejestrowany na dwie minuty przed wypadkiem.
Czy naciskał na pilotów? W stenogramach nie ma na to dowodów".
Rok później, w lipcu 2011 r., dziennikarze "Rz" pozytywnie ocenili, pomimo
licznych głosów krytycznych, raport komisji Millera, który głównie skoncentrował
się na sytuacji w polskim lotnictwie: "…zadaniem komisji Millera nie było
zwalenie odpowiedzialności na Rosję, lecz ustalenie, co spowodowało tragedię.
Zresztą Miller już wcześniej – po prezentacji raportu MAK – mówił o rosyjskich
błędach podczas długiej konferencji. Teraz fachowcy z komisji najwięcej miejsca
poświęcili temu, co działo się po polskiej stronie. Tu bałagan, brak
kompetencji, złe szkolenie, błędy były przerażające. (…) Winę ponoszą politycy
i urzędnicy. To oni spóźniali się z zamówieniami na loty i wpisywali na listy
pasażerów więcej osób niż miejsc w samolocie. Traktowali 36. pułk jak własną
firmę taksówkową. To oni patrzyli na wojskowych, którzy stawali na baczność i
przekazywali podwładnym rozkaz: "Wykonać". To wszystko opisał Miller. Nie ma się
co na niego obrażać".
O jakości pracy autorów "najlepszego materiału dziennikarskiego" świadczą
tylko te cytaty.
W mediach nagłaśniano również wypowiedzi atakujące śp. prezydenta
Kaczyńskiego za rozmowę z bratem. Lech Wałęsa twierdził, że rozmowa może być
kluczowa dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy, i zaapelował o ujawnienie jej
treści. Wtórował mu Janusz Palikot.
Media wielokrotnie odwoływały się do opinii "niezależnych ekspertów".
Większość z nich interpretowała jednak przebieg lotu na niekorzyść załogi
samolotu lub wskazując czynnik rzekomych "nacisków i presji". Głos w tej sprawie
zajmował m.in. Tomasz Hypki ze "Skrzydlatej Polski", który np. w dzienniku
"Fakt" mówił: "Przyczyną katastrofy była wina załogi i jej przeszkolenie. W
takich warunkach atmosferycznych nie powinni w ogóle podchodzić do lądowania".
Przypominając sobie powyższe artykuły, słowa, obrazy, trudno nie zastanawiać
się – jak wspomniany na samym początku Wawrzyniec Rymkiewicz – nad celem tych
publikacji, tekstów, reportaży, audycji. W sytuacji zmasowanego ataku na śp.
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, śp. gen. Andrzeja Błasika, polskich pilotów
niewiele mediów zachowało bezstronność i obiektywizm w relacjonowaniu tragedii
smoleńskiej – "Nasz Dziennik", Radio Maryja, Telewizja Trwam, "Gazeta Polska",
"Uważam Rze". I może właśnie dlatego mają kłopoty.
Piotr Bączek publicysta
