Przekraczający granice

Stało się. Niemcy z wielką ulgą przyjęli dymisję prezydenta Christiana
Wulffa. Publicysta Hugo Mźller-Vogg określił tę decyzję jako mocno "spóźnioną",
w końcu urząd prezydenta zakłada, że będą go pełnili ludzie uczciwi i cieszący
się autorytetem moralnym. Najwidoczniej dokładnie tego zabrakło Wulffowi, z
którym Mźller-Vogg przeprowadził przed pięcioma laty wywiad rzekę zatytułowany
"Lepsza jest prawda".

Zbyt wiele osobisto-biznesowych implikacji Wulffa trafiło w poprzednich
tygodniach, głównie za przyczyną dziennika "Bild", do wiadomości publicznej:
przyjęcie pomocy od przedsiębiorcy na zakup prywatnego domu, przyjmowanie
zaproszeń urlopowych oraz rabatów na zakup samochodu, zarzut przyjęcia korzyści
majątkowej w związku z finansowaniem obchodów po wygranych wyborach
prezydenckich. Z chwilą gdy prokuratura w Hanowerze 16 lutego wnioskowała o
uchylenie immunitetu Christianowi Wulffowi, aby móc wszcząć postępowanie o
przyjmowanie łapówek i przekupstwo, miarka się przebrała. Wydarzyło się to, co
powinno nastąpić już dawno. Po niespełna dwóch latach prezydent opuszcza Zamek
Bellevue.

Rozpatrujący kazus Wulffa obserwatorzy są zgodni, że zgubiły go nie tylko
bardziej lub mniej rażące przypadki naruszenia obowiązującego prawa. Bo któremu
demokratycznie wybranemu politykowi, w epoce usług i rabatów, nie zdarzy się
chociaż raz stracić orientacji, kiedy musi zapłacić za coś sam, a kiedy komuś
wolno zapłacić za niego? Były prezydent Dolnej Saksonii wywołał agresywne
reakcje wtedy, gdy broniąc się, przyjął taktykę "salami". Z jednej strony Wulff
obiecywał transparentność w odpowiadaniu na wszystkie stawiane mu pytania, a z
drugiej strony próbował naciskać na dziennikarzy. Wprawdzie okazał skruchę,
przedstawiając siebie jako kogoś, kto dopiero uczy się być prezydentem. Ale
urząd prezydenta nie jest nauką zawodu. "Learning by doing" [nauka przez
działanie – przyp. red.] w tym przypadku nie wchodzi w rachubę. Albo jest się
moralnie stabilną osobowością, albo nie.

I na tym właśnie polega tragiczny aspekt życia Christiana Wulffa, który –
pochodząc z prostej rodziny – zawsze przedstawiał się jako zagorzały katolik i
trochę inny typ polityka. Jawił się jako ktoś przyzwoity, odporny na pokusy
świata polityki. Nic więc dziwnego, że opinia publiczna była bardzo zaskoczona,
kiedy w 2006 r. Wulff rozwiódł się po 18 latach małżeństwa. Na dodatek wcześniej
za to samo nie wahał się krytykować innych polityków. Przy drugiej żonie jego
styl życia stał się bardziej rozrywkowy, a jego wypowiedzi niejasne. W pierwszym
wielkim przemówieniu 3 października 2010 r. sporym zaskoczeniem było
stwierdzenie Wulffa, że islam jest częścią Niemiec. A podczas mowy powitalnej na
Zamku Bellevue we wrześniu 2011 r. zwrócił się do Papieża Benedykta XVI z
pytaniem o to, czy Kościół katolicki traktuje z miłosierdziem osoby, którym się
w życiu nie powiodło. To było przekroczenie pewnej granicy. Dziś wiemy, że
jednej w wielu.

tłum. Bogusław Rąpała

drukuj