Krok w kierunku państwa federacyjnego
Najgorętszym zwolennikiem podatku od transakcji finansowych, czyli tzw.
podatku Tobina, dla wszystkich krajów unijnych albo chociaż dla strefy euro jest
Nicolas Sarkozy. Prezydenta Francji skrytykowali, co symptomatyczne, francuscy
bankowcy i przedsiębiorcy, którzy uważają, że podatek ten uderzyłby w rodzimą
gospodarkę i zniszczył Paryż jako centrum finansowe. Wprowadzenie podatku
popiera również Jean-Claude Juncker, szef eurogrupy skupiającej ministrów
finansów krajów strefy euro, oraz Angela Merkel, kanclerz Niemiec, i Wolfgang
Schäuble, niemiecki minister finansów, choć sprawa jest mocno dyskusyjna wśród
reszty niemieckiego rządu, a krytykują go niemieckie środowiska finansowe. Za
podatkiem opowiadają się także politycy z Włoch, Austrii, Belgii i Hiszpanii.
Skorzystają pozaunijne centra finansowe
Nowemu podatkowi sprzeciwia się natomiast David Cameron, premier Wielkiej
Brytanii, który obawia się, że spowoduje on ucieczkę międzynarodowego kapitału z
londyńskiego City. Cameron zapowiedział, że zawetuje propozycję ustanowienia
tego ogólnounijnego podatku, chyba że… taki podatek wprowadzi reszta świata.
Co ciekawe, oprócz Wielkiej Brytanii przeciwko podatkowi od transakcji
finansowych opowiedzieli się zwykle nadmiernie fiskalni Skandynawowie. Duńscy
politycy twierdzą, że spowoduje on spowolnienie wzrostu gospodarczego i utratę
setek tysięcy miejsc pracy. Podobnie uważają politycy szwedzcy. Mianowicie w
Szwecji podatek ten został wprowadzony w latach 80., ale okazał się bardzo
niekorzystny i w końcu go zlikwidowano. Anders Borg, szwedzki minister finansów,
przypomniał, że jego kraj zrezygnował z pobierania podatku od transakcji
finansowych po tym, jak około 90-99 procent przedsiębiorstw handlujących
papierami wartościowymi opuściło Szwecję. W rezultacie kraj nie miał z tego
podatku niemal żadnych wpływów. Borg dodał, że w skali Unii Europejskiej podatek
ten doprowadzi do ucieczki firm do USA i Azji. Jedno jest pewne: wprowadzenie w
Unii Europejskiej podatku od transakcji finansowych będzie korzystne dla
pozaunijnych centrów finansowych, takich jak Nowy Jork, Genewa, Hongkong (według
najnowszego Indeksu Stabilności Finansowej Światowego Forum Ekonomicznego w
Genewie już teraz Hongkong przeskoczył cztery pozycje do góry i stał się
najważniejszym centrum finansowym świata, pozostawiając w tyle nowojorską Wall
Street i londyńskie City), Singapur, Tokio czy Szanghaj.
Unia szuka pieniędzy
Aby zadowolić Brukselę, polskie Ministerstwo Finansów już pracuje nad
wprowadzeniem w naszym kraju podatku od transakcji finansowych, który miałby dać
sektorowi publicznemu dodatkowe 700 mln zł rocznie. Jednak zdaniem polskich
bankowców ze Związku Banków Polskich, wprowadzenie tego ogólnounijnego podatku
zahamuje rozwój sektora bankowego w Polsce, a co za tym idzie – rozwój polskiej
gospodarki. To kolejne obciążenie finansowe dla banków, które w Polsce i tak już
oprócz normalnych podatków płaconych przez przedsiębiorstwa uiszczają także
m.in. opłaty stabilizacyjne, dodatkowe opłaty na system nadzoru czy na Bankowy
Fundusz Gwarancyjny. Z kolei – jak uważa Bartosz Wyżykowski, ekspert PKPP
Lewiatan – nałożenie nowych obciążeń podatkowych w odniesieniu do instytucji
finansowych zbiegnie się w czasie z koniecznością podwyższenia kapitałów wielu
banków, a jednoczesne opodatkowanie transakcji finansowych zmniejszy możliwości
instytucji finansowych zwiększenia swoich kapitałów. Podatek będzie stanowił
dodatkowe obciążenie, które odbierze bankom środki pieniężne, a jego
konsekwencją będzie wzrost cen usług bankowych, polis ubezpieczeniowych, a także
kosztów oszczędzania na emeryturę w funduszach emerytalnych.
Unia Europejska jednak się tym nie przejmuje, bo nerwowo szuka pieniędzy,
które wszelkimi sposobami próbuje wydobyć z gospodarki, i pojawiają się mniej
lub bardziej absurdalne pomysły z tym związane. Argumentacje za wprowadzeniem
podatku od transakcji finansowych są różne. Profesor James Tobin, amerykański
ekonomista i noblista, który pierwotnie zaproponował ten podatek, uważał, że
powinien on zostać przeznaczony na walkę z nierównościami społecznymi. Teraz
mówi się, że podatkiem tym banki spłacą pieniądze, które otrzymały od
podatników, kiedy znalazły się w tarapatach w czasie kryzysu. Z drugiej strony
nowy podatek ma zostać przeznaczony na pomoc dla zadłużonych krajów unijnych.
Natomiast eurodeputowani chcą, by dochody z tego podatku szły na finansowanie
unijnych projektów. – Kiedy kupuje się mieszkanie, w każdym kraju płaci się
podatek. Kiedy idzie się do supermarketu po jedzenie, płaci się podatek. Kiedy
dokonuje się transakcji finansowej, nie płaci się podatku. Kto to rozumie? Kto
to akceptuje? – argumentował z kolei prezydent Sarkozy. Pewne jest natomiast to,
że na skutek wprowadzenia tego podatku znowu jakaś część pieniędzy wypłynie z
efektywnego sektora prywatnego na rzecz nieefektywnego sektora publicznego, co
oznacza dalsze powiększanie władzy Lewiatana. To samobójstwo w obecnej sytuacji
kryzysowej, gdy należy promować wzrost gospodarczy, a nie nakładać nowe
obciążenia na biznes, który jako jedyny ten wzrost może napędzać.
Podatkiem w suwerenność
Pomijając szkody dla gospodarki, jakie nowy podatek może wyrządzić,
niebezpieczny wydaje się fakt, że podatek od transakcji finansowych ma być
pierwszym podatkiem, z którego dochody mają bezpośrednio wpływać do unijnego
budżetu, a nie przechodzić najpierw przez budżety krajowe, tak jak to się
aktualnie dzieje z finansowaniem działań Unii. To nie tylko kolejny krok w
kierunku ściślejszej integracji państw członkowskich, ale należy przede
wszystkim zauważyć, iż właśnie zbieranie podatków na swoim terenie jest jednym z
najważniejszych elementów suwerenności. Tak więc to istotny krok w kierunku
przekształcania federacji państw w państwo federacyjne o nazwie Unia Europejska.
Za wprowadzeniem podatku od transakcji finansowych optują też amerykańscy
politycy z Partii Demokratycznej. Z analizy kongresowego komitetu podatkowego
wynika, że podatek w wysokości 0,03 proc. od transakcji finansowej dałby w ciągu
10 lat 350 mld dolarów dochodu. – To bardzo dobry sposób na uzyskanie
dodatkowego dochodu – powiedział Tom Harkin, amerykański senator z Partii
Demokratycznej. – Szczerze mówiąc, mogę się założyć, że nikt nawet nie poczułby
wprowadzenia takiego podatku – dodał zuchwale senator. Tej propozycji jednak
ostro sprzeciwiają się bardziej trzeźwo myślący politycy z Partii
Republikańskiej.
Propozycja Komisji Europejskiej zakłada, że od 2014 roku sprzedaż akcji i
obligacji byłaby opodatkowana stawką 0,1 proc., a kontrakty pochodne stawką 0,01
procent. Szacuje się, że przychody z tytułu nowego podatku wyniosłyby około
55-57 mld euro rocznie, jednak biorąc pod uwagę szwedzkie doświadczenia, kwoty
te są wzięte z sufitu. Tymczasem z wyliczeń urzędników tej samej Komisji
Europejskiej wynika, że podatek ten uszczupli gospodarki Unii Europejskiej kwotą
pomiędzy 61 a 216 mld euro! Analizy ekspertów Oxera, brytyjskiej agencji
konsultingowej, mówią o obniżeniu wzrostu PKB nawet o 2 procent! Z kolei
brytyjska Izba Lordów wyliczyła, że koszty gospodarcze podatku od transakcji
finansowych byłyby od pięciu do dwudziestu razy wyższe niż planowane z niego
przychody, a wiele firm przeniosłoby się za granicę, by uciec przed fiskusem.
Natomiast według brytyjskiego Instytutu im. Adama Smitha, podatek ten
kosztowałby tylko brytyjską gospodarkę 25,5 mld funtów rocznie (prawie 75 proc.
zysków z obrotu derywatami na terenie UE trafia do Londynu, a po wprowadzeniu
podatku rynek ten skurczyłby się o 90 proc.). Same te wyliczenia pokazują, że
wprowadzenie tego podatku to kompletny absurd.
Tomasz Cukiernik
prawnik, ekspert Instytutu Globalizacji
