Fakty sobie Miller sobie
Ze Zdzisławem Moniuszką, ojcem Justyny Moniuszko, stewardesy, która
zginęła na Siewiernym, rozmawia Adam Białous
Jest jakiś nieuzasadniony logicznie opór, na jaki napotykają
wszystkie próby uczynienia najmniejszego nawet wyłomu w oficjalnej narracji w
sprawie katastrofy smoleńskiej. Jak Pan sądzi, dlaczego?
– Widzę, że kiedy tylko ujawniane są nowe fakty dotyczące katastrofy
smoleńskiej, "rusza maszyna przykrywająca prawdę". Jej twarzami, oprócz
rządzących polityków, są na pewno dyżurni eksperci od spraw lotniczych. Może
dlatego tak bardzo drażnią mnie ich dziwne wywody, że służbę wojskową odbyłem w
jednostce lotniczej i mam jako takie pojęcie o awiacji. Tłumaczenia tych
ekspertów serwowane opinii publicznej stają się coraz bardziej śmieszne. Bo czy
nie śmieszą słowa jednego z nich, który pierwszą przyczynę katastrofy opisuje w
ten sposób: "Gdyby nie wystartowali, toby się nie rozbili"? To zdanie rodem z
kabaretu albo z bajki, w której czytamy: "Gdyby kózka nie skakała, toby nóżki
nie złamała". Dziwne, że przedstawiciele rządu i dyżurni eksperci nie zauważają,
iż "przykrywanie prawdy" w ich wykonaniu jest coraz bardziej niedorzeczne, a
wręcz śmieszne.
To samo zjawisko dotyczy członków komisji ministra Millera
próbujących za wszelką cenę stworzyć pozory, że nic się nie zmieniło po
upublicznieniu ekspertyzy IES.
– Z moich obserwacji wynika, że jedynie stopniują ciężar swoich oskarżeń
wobec pilotów. Przed wyborami Jerzy Miller – jak tylko mógł – łagodził te
bezpodstawne oskarżenia, które sam wcześniej przedstawił. Przed wyborami mówił
publicznie, że piloci wszystkie procedury wypełnili jak trzeba, ale zabrakło im
po prostu szczęścia. Winę rozkładał na kontrolerów lotu, na warunki pogodowe czy
inne czynniki. Natomiast zaraz po wyborach, kiedy się okazało, że rządzący dalej
będą rządzić, wrócił na ścieżkę wytyczoną przez MAK, rzucając ciężkie oskarżenia
wobec pilotów. To samo robi teraz, po publikacji odczytów zapisów z czarnych
skrzynek dokonanych w krakowskim instytucie. Dla członków komisji Millera one
jakby nic nie znaczą. Dalej klepią to samo: "Winna była załoga". Naprawdę boję
się, co jeszcze ci panowie z komisji mogą wymyślić. Pewne jest natomiast, że
uparcie dążą do tego, by nadal wszystko, co związane jest z katastrofą, dalej
kręciło się w zaklętym kręgu hipotez.
Co Pana najbardziej drażni w przekazach medialnych dotyczących sprawy
katastrofy?
– Najgorsze jest to ciągłe naciąganie, przykrywanie prawdy przez tzw.
medialnych ekspertów. Dla przykładu: przecież komisja Millera wyraźnie
stwierdziła, że Tu-154M podczas tragicznego lotu był samolotem wojskowym. A
dobrani eksperci w mediach głoszą jakąś fantastyczną teorię transformacji,
której podczas tego rejsu miał ulec samolot, czyli lecąc, zmieniał się z
wojskowego w państwowy i odwrotnie. Wynika z tego również, że gdyby np. minister
Radosław Sikorski leciał samolotem bojowym F-16, to taka maszyna z ministrem na
pokładzie również nie mogłaby być uznana za samolot wojskowy. A może dopiero
wówczas, gdyby otworzyła ogień?
Po konferencji prokuratury widzimy, jak "pieczołowicie" komisja
Millera badała sprawę katastrofy. Zastanawia się Pan, jak wyglądały inne
elementy badania tego gremium?
– Dla mnie ta komisja nigdy nie była wiarygodna. Kiedy na spotkaniu
dziennikarzy z członkami komisji Millera zadano pytanie, w jaki sposób zbadano
wrak, padła rozbrajająco szczera odpowiedź, że "dokonano oglądu". Czyli że
odbyło się to – jak to się mówi – "na Bolka oko". W ten sposób i ja mogę śmiało
powiedzieć, że zbadałem wrak samolotu, bo też go widziałem i oglądałem. Ale od
ekspertów badających wrak wymaga się przecież czegoś więcej – na pewno dokonania
szczegółowych ekspertyz szczątków wraku. Podobnie żenująca była analiza zapisów
czarnych skrzynek, które przeprowadził MAK. Wynika z niej, że słuchano tych
zapisów "na Bolka ucho" – jeden usłyszał to, inny coś zupełnie innego, a i tak
wyszło, że generał Błasik był w kabinie i terroryzował pilotów.
Wynik ekspertyzy krakowskich biegłych zaskoczył Pana?
– Uważam, że ekspertyza jest rzetelna. Mam jednak nadal pewne wątpliwości,
czy Rosjanie przekazali nam całość nagrania. Moje obawy – nie wiem, czy słuszne
– wynikają z wielkiej liczby zawirowań, jakie przeszły te nagrania. Wszyscy
pamiętamy przecież, jak to podczas kopiowania nagrań maszyna nagrywająca miała
awarię i część nagrania gdzieś zniknęła. Te nagrania najpierw się pojawiały,
potem znikały i odwrotnie. Na pewno bardzo się cieszę, że odczyt zapisów
przeprowadzony przez krakowski instytut oczyścił dobre imię generała Andrzeja
Błasika. Pamiętam, jaki toksyczny wpływ na panią Ewę Błasik, wdowę po generale,
miały te oszczerstwa kierowane przez MAK i komisję Millera wobec jej śp. męża.
Teraz, kiedy fachowa analiza krakowskiego instytutu obaliła te niesprawiedliwe i
bezpodstawne osądy, widzę, że pani Błasik odżyła, jakby zdjęto jej krzyż z
ramion. Doceniam również zachowanie prokuratorów wojskowych, którzy mieli odwagę
przeprosić ją osobiście.
Dziennikarskie głowy rozpala problem brzozy. Dla komisji Millera
zderzenie z tym drzewem to aksjomat.
– Nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, więc trudno mi jednoznacznie
wyrokować w tej sprawie. Brzozę, o której mowa, widziałem, kiedy byłem na
lotnisku w Smoleńsku. Była złamana na wysokości 4.-5. metra. Zdziwiło mnie
bardzo, że jej złamana część, która nie oderwała się od pnia, leżała niezgodnie
z kierunkiem lotu samolotu, ale prostopadle do tego kierunku. To niezgodne z
prawami fizyki. Nie mogłem też sobie wytłumaczyć, w jaki sposób gałęzie na
złamanej części brzozy wyglądały na nienaruszone. Przecież gdyby uderzyło w nie
skrzydło samolotu, na pewno by je połamało.
Większość materiału dowodowego to rosyjskie dokumenty. Może to rodzić
wątpliwości co do jego wiarygodności i jakości?
– Prokuratorzy byli tam zaraz po katastrofie przez trzy dni, czy więc nie
mogli wykonać fachowej dokumentacji, m.in. fotograficznej. A teraz muszą opierać
się na jakichś przebranych, mało czytelnych kopiach zdjęć rosyjskich. Rosjanie
przekazują polskiej prokuraturze to, co chcą przekazać, a o tych materiałach
dowodowych, których przekazać nie chcą, mówią, że zaginęły. Dopiero wówczas,
kiedy uznają, że w danej chwili można już je Polakom dać, zaginione dowody
cudownie się odnajdują. Tak jest np. z nagraniami wideo ukazującymi prace
kontrolerów lotu. Miało ich nie być, a jednak są i – jak to zapowiedzieli
Rosjanie – zostaną nam przekazane. Mam wrażenie, iż strona rosyjska czasami sama
gubi się w tych "grach dowodami". Wygląda to tak, jakby sama traciła czasami
orientację, co nam przekazała, a czego jeszcze nie. Dlatego pewnie chce teraz
spotkać się z naszymi prokuratorami w Warszawie, aby m.in. to sprawdzić. Nasza
prokuratura wojskowa nadal ma jednak niewielkie szanse na to, iż w oparciu o te
wyselekcjonowane materiały dowodowe uda jej się wyjaśnić przyczyny katastrofy
smoleńskiej. Mogłyby one wzrosnąć, gdyby skorzystano z pomocy prawdziwych
fachowców i ekspertów, którzy uczciwie chcą wyjaśnienia tej sprawy. Sporo ich
zgromadziło się w komisji posła Antoniego Macierewicza. Czy prokuratorzy
wojskowi nie mogliby zacząć z nimi poważnej współpracy?
Dziękuję za rozmowę.
