Rejs w nowe życie
Bezdomni na fali – tak Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej nazwała
niezwykły pomysł budowy pełnomorskiego jachtu przez bezdomnych, którymi od lat
się opiekuje. To jeden z projektów pomocy tym ludziom w pokonywaniu ich
problemów. Pomoże im wypłynąć w nowy rejs…
Pensjonat Św. Łazarz, prowadzony przez KMPS, nie przypomina już smutnej historii
upadłej fabryki Ursus. W pięknie odnowionych pomieszczeniach godne schronienie
znajduje blisko 100 bezdomnych, choć – jak mówi dyrektor KMPS Adriana Porowska,
rocznie przewija się ich ponad 300. Obok pensjonatu stoi drugi budynek należący
do misji, a między nimi wzrok przykuwa jakby gigantyczny namiot pokryty
niebieską plandeką. Pod nim duma i jednocześnie wyzwanie warszawskich bezdomnych
z Ursusa – prawdziwy, pełnomorski jacht… w budowie.
Jacht pomógł odnaleźć ojców
– To będzie szkuner kaflowy o wyporności 35 ton i powierzchni ożaglowania 170
m kwadratowych. Statek ma obecnie długość 18,5 m, ale ona jeszcze wzrośnie, bo
wydłużymy bukszpryt (belka dziobowa). Główny maszt będzie miał 15 m wysokości –
mówi z dumą kpt. Waldemar Rzeźnicki, kierownik budowy s/y (z ang. skrót nazwy:
jacht żaglowy) "Ojciec Bogusław". Taka funkcja widnieje na jego wizytówce. –
Najpierw były różne pomysły co do nazwy. Ale od chwili śmierci o. Bogusława
Palecznego przyjęliśmy taką roboczą nazwę. I jeśli Prowincja Ojców Kamilianów ją
zatwierdzi, tak pozostanie. Należy mu się to – podkreśla, poważniejąc kpt.
Rzeźnicki.
Opieka o. Bogusława jest odczuwalna niemal na każdym kroku. – Zdarzenia,
które nas spotykają, są tak "wycelowane", że trafiają dokładnie w nasze
potrzeby, więc nie jest możliwe, że są po prostu dziełem przypadku – podkreśla
kapitan, patrząc na mnie znacząco.
To właśnie założyciel Misji rozpoczął budowę jachtu, choć właściwie wszystkie
prace przy jego budowie wykonują bezdomni, ale pod okiem fachowców. Nazwiska
podopiecznych pracujących przy budowie statku umieszczane są na stronie
internetowej (www.ojciecboguslaw.pl). – W ten sposób dzieci odnajdują niekiedy
swoich ojców. Dzięki temu już mieliśmy kilka zapytań od internautów, czy taki, a
taki pan rzeczywiście pracuje przy budowie i przebywa w pensjonacie – opowiada
kierownik budowy.
Po latach rozłąki jednego z budowniczych – pana Leszka, odnalazła w
pensjonacie Św. Łazarz córka. Jego małżeństwo rozpadło się jeszcze za PRL. Przez
20 lat był bezdomny. Dziś przyznaje, że również przez alkohol. Przed kilkoma
miesiącami trafił do pensjonatu w Ursusie. – Trochę z ciekawości – opowiada.
Został, bo pomoc okazała się bardzo skuteczna. – Od sześciu miesięcy nie piję.
Wiele rzeczy zaczęło się układać. Odzyskałem kontakt z córką. Dałem jej słowo,
że teraz już będę trzeźwy. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, bo zawsze się
bałem, że nie dotrzymam obietnicy. Wierzę, że teraz dam radę – mówi spokojnie.
Obecnie właśnie córka jest dla niego największym wsparciem w terapii. – Nie jest
łatwo. Na każdym kroku łapię się na tym, że coś robię nie tak. Ale staram się
iść do przodu. Jestem indywidualnie prowadzony przez terapeutkę. Kiedyś nie
wierzyłem, że to coś daje. Ale rzeczywiście przynosi efekty – dodaje.
Efekty przynoszą też poszukiwania pracy. Pan Leszek z nadzieją opowiada o
znalezieniu bardzo atrakcyjnej dla niego oferty etatu instruktora jazdy konnej i
hipoterapeuty. To byłoby spełnieniem jego marzeń. Jeszcze w latach 80. zajmował
się hipoterapią, dziś chciałby do tego wrócić.
W ten sposób jacht straci jednego z budowniczych, ale zapewne pozyska nowych.
Ich lista aktualizowana na stronie – kronice budowy statku, jest dowodem
wdzięczności, ale także… historią "przepływania" podopiecznych-budowniczych do
normalności.
Uodpornić się na burze
Kierownik budowy prowadzi nas na drugą burtę jachtu, przy której wznosi się
wysokie, solidne rusztowanie. Wspinamy się na statek. Po stromej drabince
schodzimy pod pokryty już kilkoma warstwami farby pokład.
– Tu będzie mesa, a tu kambuz, czyli kuchnia, całkiem spora – kpt. Rzeźnicki
kreśli w powietrzu obraz przyszłych pomieszczeń nad metalową konstrukcją jachtu.
Otwory pod naszymi stopami to zbiorniki na paliwo, wodę i ścieki. Z kolei
pokazując na pustą obecnie przestrzeń w tylnej części jachtu, wyjaśnia, gdzie
będzie reprezentacyjna kabina kapitańska, służąca także dwóm oficerom, ale
również do przyjmowania gości. Na jachcie znajdzie się pięć dwuosobowych kabin i
dwie łazienki oraz magazyn, który – ku mojemu zdziwieniu – ma pomieścić liny i
inny sprzęt żeglarski. – A tu będzie zejście do siłowni, gdzie niedługo
zamontujemy nasz silnik – kapitan wskazuje na spory właz, przez który, jak się
okazuje, można zejść jeszcze niżej.
Opisując konstrukcję jednostki, doświadczony wilk morski podkreśla, że musi
być ona solidnie zbudowana, by wytrzymała nawet silne burze. – To jest duży,
dzielny statek. Jego konstrukcja, opracowana przez doświadczonego konstruktora
inż. Bogdana Małolepszego, który unikał trendów współczesności, ma wytrzymać
naprawdę dużo – nie ukrywa dumy kpt. Rzeźnicki. – W czym szkodzi
"współczesność"? – dopytuję. – Nowoczesne statki są tak projektowane, by szybko
pływały, ale często kosztem odporności na trudne warunki, przede wszystkim
sztormy – tłumaczy kapitan.
To porównanie ilustruje też historię życia wielu jego budowniczych –
bezdomnych. Gdy wynurzamy się znowu na zabezpieczony płytami pilśniowymi pokład
szkunera, spotykamy schludnie ubranego 40-latka. Wymienia kilka zdań z
kapitanem. – Jestem tu dopiero od trzech tygodni. Zajmuję się malowaniem jachtu,
a właściwie zajmowałem się, dopóki temperatury przekraczały znacznie 0 st. C. –
wyjaśnia pan Dariusz, nowy pensjonariusz. Niższe temperatury nie pozwalają na
malowanie kadłuba specjalnymi i bardzo drogimi farbami, które – jak większość
dotychczas wykorzystanych przy budowie jachtu materiałów – są dowodem
niezwykłego serca właścicieli polskich firm.
Pan Dariusz od lat pracuje w branży budowlanej. Jeździł tam, gdzie była
praca. – Kiedy siostra wyszła za mąż i przyszły na świat dzieci, zostawiłem jej
mieszkanie, w którym została też mama… Nie chciałem przeszkadzać, zresztą i
tak nie zgadzaliśmy się z siostrą – wspomina smutno. Dopóki zarobki na to
pozwalały, mieszkał w hotelach, choć i tam zdarzały się konflikty. Gdy przyszły
kłopoty, trafił na ulicę. – Znalazłem się przy moście Siekierkowskim… – rzuca
krótko.
Na szczęście trafił na pracowników KMPS, pomagających bezdomnym w ramach
streetworkingu, czyli pomagania im tam, gdzie mogą ich znaleźć pracownicy
socjalni. Najpierw nie chciał skorzystać ze wsparcia, uważał, że sam sobie
poradzi. – Przyjechałem tu tylko wykąpać się. Nie myślałem, że zostanę. Ale
akurat było wolne miejsce. Zdecydowałem się. Jestem jak na razie bardzo
zadowolony – podkreśla pan Dariusz. Obecnie liczy na pracę w branży budowlanej.
Jest zarejestrowany w urzędzie pracy. W oczekiwaniu na wiosenne ożywienie na
budowach pomaga przy tworzeniu jachtu. Ta praca pozwala mu oderwać się od
problemów i… kontaktów z innymi bezdomnymi. – Wolę pracować, nawet na okrągło
– rzuca krótko.
Kłopoty w relacjach z otoczeniem to – jak zauważa Adriana Porowska, typowe
problemy bezdomnych. – Każda osoba, która zgłasza się do nas, została bezdomna z
co najmniej kilku powodów. Ale najpoważniejszą przyczyną jest wyizolowanie
społeczne tych osób, brak kontaktu z przyjaciółmi, rodziną, resztą społeczeństwa
– wyjaśnia.
Organizacja życia w pensjonacie jest oparta na konsekwentnym przestrzeganiu
regulaminu stworzonego wspólnie z mieszkańcami. Bezdomini pracują jako
wolontariusze na dyżurach przy sprzątaniu, pomagają w codziennych obowiązkach,
także przy budowie jachtu – pasji wielu z nich. To sposób pokonywania bariery we
wzajemnej komunikacji. – Ci ludzie, oprócz tego, że pomagają w budowie statku,
wracają do życia. Po pewnym czasie szukają pracy i zwykle ją znajdują –
podkreśla kpt. Rzeźnicki. Na przykład najlepsi spawacze z ośrodka pracują dziś w
Holandii. Spoglądając na przechodzących bezdomnych, dodaje znacząco: – Widać po
nich, że ta praca dobrze im robi, uśmiechają się częściej. To część
wynagrodzenia. Tego nie można kupić za żadne pieniądze.
Od pracy do pracy
Schodzimy z wysokiego rusztowania, kapitan prowadzi nas do sąsiedniego
budynku. Betonowa podłoga, nieotynkowane ściany. Przypomina mi się moje
poprzednie i ostatnie zarazem spotkanie z o. Bogusławem Palecznym przed czterema
laty. Jego marzenia o przekształceniu drugiego biurowca po zakładach Ursusa w
szpital dla bezdomnych dotąd się nie spełniły – przemyka mi smutna myśl.
Wraz z nastaniem zimy tutaj właśnie przeniosły się roboty przy jachcie.
Dochodzimy do dużego pomieszczenia, również pozbawionego tynku. Nad
wielofunkcyjną obrabiarką do drewna pochyla się trzech mężczyzn. – Coś się
zepsuło – rzuca przez ramię kapitanowi jeden z nich. Drugi, nieco zdenerwowany,
idzie po narzędzia potrzebne do naprawy. Pan Karol – jak mówi o sobie –
pracownik "od wszystkiego", mgr inż. technologii żywności pochodzenia morskiego,
już od czterech lat pomaga przy budowie jachtu. Od 2007 roku trzykrotnie był
przyjmowany do placówki. Wraz z innymi pracuje przy wycinaniu drewnianych
elementów na wyposażenie statku. – Musimy wyciąć co najmniej kilkaset listew
potrzebnych do mocowania np. ścianek działowych na jachcie – wyjaśnia.
Choć pan Karol nie planuje podróży jachtem, z zapałem angażuje się w budowę.
– Po prostu lubię pracować, rozruszać szare komórki – rzuca szybko. Sam woli
pływać małą łódką po którymś z pomorskich jezior i być niezależnym…
Historia jego bezdomności jest podobna do innych opowieści o samotności,
utracie sensu życia. – Pracodawcy nie bardzo chcieli zatrudniać mnie na umowę.
Mieszkałem w różnych hotelikach, a potem trafiłem tutaj – informuje. Dziś ważne
jest dla niego to, że mimo swoich 58 lat znowu ma szanse na znalezienie pracy,
zapewne w branży chemicznej. – Ważne jest to, że mam zameldowanie. Bez tego
trudno jest podpisać umowę o pracę – zwraca uwagę na wydawałoby się prosty
warunek, a jednak tak trudny do spełnienia przez bezdomnych.
Nagle rozmowę przerywa ostry dźwięk obrabiarki. – O, naprawili – wyjaśnia
kapitan Rzeźnicki. Pan Karol wychodzi do pracy, a kierownik budowy jachtu
prezentuje jego przyszłe serce – wyremontowany silnik SW400, który – jak
zastrzega – będzie pełnił funkcję pomocniczą. – Ten jacht to będzie przede
wszystkim żaglowiec – podkreśla kpt. Rzeźnicki. To tym bardziej ważne dla
budujących i właściciela jachtu, bo "póki co, wiatru jeszcze nie
opodatkowano"… Pokazuje projekt statku, na którym pięknie prezentujące się
wysokie żagle wyglądają, jakby czekały już tylko na wiatr.
Miłość do żagli
O dalsze etapy prac, należące już do elektryka i hydraulika, kierownik budowy
się nie martwi. – Pan Sławek jest wręcz genialny – mówi z uśmiechem kpt.
Rzeźnicki.
Niewysoki, może 50-letni mężczyzna, zaznacza z błyskiem w oku, że już czeka
na rozpoczęcie pracy i… nowego rejsu. – Gdy pół roku temu pan kapitan zabrał
mnie w podróż wyczarterowanym jachtem, przeżyłem szok. Popłynęliśmy na Gotlandię
i do wybrzeży Litwy. Rejs trwał tydzień. Teraz mógłbym nie schodzić z pokładu do
końca życia. Jeszcze jako nastolatek chciałem mieszkać na łodzi – wspomina z
nostalgią w głosie pan Sławek.
Poorana zmarszczkami twarz na chwilę się rozjaśnia, gdy mężczyzna opowiada o
jachcie. Pracuje przy jego budowie od stępki (główny element konstrukcyjny
przebiegający wzdłuż statku), czyli od 2007 r., kiedy po raz pierwszy trafił do
pensjonatu. – Znalazłem się tu z powodu konfliktu rodzinnego spowodowanego przez
wódkę. Nie ukrywam tego – mówi wprost. Pomógł mu o. Paleczny i pracownicy
socjalni. Ich wysiłki w końcu przyniosły efekt. – Od roku nie piję. Dochodzę
teraz do siebie. Gdyby nie pomoc ośrodka, nie dałbym rady – przyznaje. Po
śmierci o. Palecznego była chwila niepewności, co będzie z jachtem i planami
wyprawy morskiej. Jednak gdy wszystko szło tak jak wcześniej, podopieczni
odetchnęli z ulgą. W dodatku jacht również zaczął "rosnąć", a praca przy jego
budowie pozwalała nie tylko oderwać się od własnych problemów, ale też dawała
namiastkę lepszego świata, może tego z marzeń z lat młodzieńczych. To często
bardzo ciężkie zajęcie przywraca wiarę we własne siły i przygotowuje do powrotu
do normalnego życia. – Liczę teraz na znalezienie pracy, choć nie mam jeszcze
aktualnych uprawnień elektrycznych. Kurs kosztuje 4 tys. zł – mówi pan Karol.
Po cichu liczy na to, że znajdzie pracę jeszcze przed wiosną. Co wtedy z
budową jachtu? – Nawet gdy znajdę pracę, nadal będę pomagał – deklaruje
stanowczo, dodając, że marzy też o wyruszeniu w rejs. Jednak największym jego
marzeniem jest własny dom.
Tam i z powrotem
– Pan Sławek byłby świetnym mechanikiem pokładowym – zapewnia kpt. Rzeźnicki.
Gdy pytam o termin ukończenia budowy jachtu i wypłynięcia w rejs, wybucha
głośnym śmiechem. – Pan jak wszyscy – kwituje.
Pokazując na statek i wyliczając, jak wiele materiałów jeszcze potrzeba, a
jak mało z nich KMPS jest w stanie kupić, kapitan zwraca uwagę, że trudno
przewidzieć ten termin, bo zależy on w dużej mierze od ofiarności producentów. –
Chciałbym zakończyć budowę za dwa lata. Mamy na to szansę, bo najtrudniejsze
rzeczy związane z budową kadłuba praktycznie już za nami. Wkrótce zakończymy
prace przy jego zabezpieczaniu i zostanie nam najprzyjemniejsza część:
urządzanie jachtu – tłumaczy.
Część firm już obiecała a to przekazanie szyb (niemal pancernych) do jachtu,
a to izolację termiczną kadłuba, itd. Kierownik budowy "Ojca Bogusława"
przyznaje jednak, że masztów jeszcze nie ma. – Już kieruję myśli do Kęt, gdzie
jest tłocznia aluminium. To najlepszy, moim zdaniem, zakład w tej branży w
Polsce, który wytwarza rury potrzebne nam na maszty. Potrzebujemy też ścinków ze
stali nierdzewnej, z których można wykonać elementy m.in. mocowań, które
wykonuje się właśnie z takiego materiału – wylicza.
Na dobrą sprawę 60 procent robót jest już wykonanych, statek przeszedł
pierwsze testy jakości. – Wszystkie morskie instytucje klasyfikacyjne, które
muszą zatwierdzić taką budowę, dały nam dobre i bardzo dobre oceny. Dzięki temu
statek będzie miał wszystkie wymagane certyfikaty – zapewnia kpt. Rzeźnicki.
Dopytuję o cel wyprawy. Cztery lata temu o. Bogusław myślał o Karaibach.
Kapitan znowu się uśmiecha. – Popłyniemy tam i z powrotem – mówi tajemniczo.
To trochę jak życie wielu pensjonariuszy – przemyka mi przez myśl. Po
burzliwych kolejach losu płyną pod dobrym kapitanem w rejs, który pomaga im
wrócić – do pracy, domu, czasami opuszczonej rodziny. Ważne, że mają szansę
wrócić…
Mariusz Bober
