„Armenia” – grupa do zadań specjalnych

Dnia 13 grudnia 1981 r., z chwilą wprowadzenia stanu wojennego,
"Solidarność" została zdelegalizowana, a część jej działaczy – internowana.
Pozostali nie zawiesili jednak swojej aktywności. Przeszli do podziemia. Zaczęli
tworzyć struktury przeznaczone zarówno do prowadzenia działań bieżących, jak i
podejmowania akcji w sytuacjach ekstremalnych. Taką właśnie grupą była "Armenia"
podlegająca kierownictwu "Solidarności" Regionu Mazowsze i działająca w ścisłej
konspiracji. Niewiele osób – nawet w opozycji – wiedziało o jej istnieniu. Tak
było aż do 1989 r., a nawet dłużej. Jej działacze przerwali milczenie całkiem
niedawno.

Grupa nieodpowiedzialnych wyrostków

"Grupa nieodpowiedzialnych wyrostków", jak nazywał ich Jerzy Urban,
rozprowadzała ulotki, malowała napisy na murach, osłaniała demonstracje
patriotyczne bądź unieszkodliwiała wozy milicyjne poprzez wylewanie na ulice
dziesiątków litrów oleju. – "Armenia" nie była partią polityczną. Była to grupa
"do roboty". Przyjęliśmy założenie prowadzenia działalności długofalowej –
wspomina szef grupy Wojciech Stawiszyński.

Działacze podziemia starali się wyrwać funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa
z poczucia bezkarności i odebrać im anonimowość. Stąd też akcje wpuszczania do
ubeckich mieszkań przez dziurkę od klucza za pomocą strzykawki kwasu masłowego o
wyjątkowo ohydnej woni czy naklejanie na klatce schodowej kartek z napisem:
"Korepetycje! Specjalista… imię i nazwisko… – uczy kolaboracji!".

– Zomowcy czy milicjanci po pacyfikacji demonstracji wracali sobie do swoich
koszar i szli spać. My natomiast nigdy nie mieliśmy pewności, jak wrócimy do
domu i czy w ogóle nam się to uda – opowiada działacz "Armenii" o pseudonimie
"Marines". Tego typu akcje nie były jednak wymierzone w szeregowych milicjantów,
ale w decydentów. – Chcieliśmy naszym strachem podzielić się z tymi, którzy
wydawali rozkazy – tłumaczy "Marines".

Oprócz bieżącej działalności "Armenia" stworzyła także "zaplecze eksperckie"
dla podziemnej "Solidarności". Kilkuosobowa grupa socjologów pod kierownictwem
dr Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, pod kryptonimem "Zespół", prowadziła badania
socjologiczne. Grupa ta co miesiąc sporządzała raporty o aktualnych nastrojach
społecznych. Było to możliwe dzięki istnieniu w różnych zakładach pracy "siatki"
kilkudziesięciu informatorów podziemia.

Najszerzej zakrojonym przedsięwzięciem "Armenii" była akcja "Grobla", czyli
przygotowanie do podziemnego zjazdu "Solidarności". Wiele osób pracowało nad nią
prawie rok. Kilka dni przed planowanym zjazdem aresztowano jednak Zbigniewa
Bujaka i innych działaczy opozycji. Do zjazdu niestety nie doszło.
 

"Solidarność" żyje

Bardzo ważną gałąź działalności "Armenii" stanowiło nadawanie komunikatów i
audycji Radia "Solidarność". Umożliwiało ono docieranie z informacją do większej
grupy odbiorców, niż było to możliwe poprzez kolportaż ulotek czy prasy
podziemnej. – Dzięki radiu mogliśmy pokazać, że żyjemy, że się nie poddaliśmy –
mówi jego szef Wojciech Stawiszyński. Przełomem stało się wykorzystanie
nadajnika "Bolek i Lolek". Umożliwił on umieszczanie na telewizyjnym pasku
napisów, takich jak: ""Solidarność" żyje" czy "Urban znów kłamie". Na fonię
"wchodził" z kolei nadajnik "Berta". – Każdy typ urządzenia miał swoją nazwę –
pierwszy nazywał się "Gienia", kolejny "Gordon", następny – "Berta". Nadajników
typu "Gienia" wyprodukowaliśmy około 40 sztuk, typu "Gordon" minimum 20 –
opowiada szef radia. Z czasem podziemne radio zaczęło reklamować się także w
rządowej telewizji. Dzięki umiejętnościom technicznym chłopaków z "Armenii" tuż
przed rozpoczęciem nadawania radiowych programów na telewizyjnym pasku pojawiał
się napis: "Włącz radio – audycja Radia "Solidarność"".

Akcje "Armenii" miały czasem wymiar humorystyczny. Pewnego dnia działacze
grupy umieścili w widocznym miejscu Warszawy "Dzieła zebrane" Lenina z
adnotacją, co sądzą o tych pracach. Innym razem – w biały dzień, pośród tłumu,
zawiesili na murze Barbakanu sporą kukłę gen. Jaruzelskiego. Wzbudziło to
niebywałą radość udręczonych represjami stanu wojennego mieszkańców stolicy.
Przygotowania do akcji trwały kilka dni, samo działanie natomiast – około 30
sekund. Kukła Jaruzelskiego wisiała mniej więcej pół godziny, milicjanci
patrolujący okolicę byli wściekli i bezradni, sprawcy zamieszania natomiast
ulotnili się natychmiast z miejsca zdarzenia, zauważeni jedynie przez małego
chłopca, któremu kazali szybko uciekać. – Byliśmy "konspiracją w konspiracji".
Trudno nas było namierzyć, i o to też chodziło – wspomina "Marines".

Pij – będziesz czerwony

Działacze podziemia solidarnościowego korzystali z doświadczenia swoich
starszych kolegów. Członkowie "Armenii" odbyli kilka spotkań z żołnierzami
"Parasola". Nie były to typowe szkolenia, ale raczej pogadanki. – Żołnierze ci
uczulali nas na pewnego rodzaju zjawiska, udzielali rad – wspomina "Czarny".
Pierwszą zasadą było to, żeby nie lekceważyć przeciwnika. Drugą – żelazna
punktualność. Trzecią – przeprowadzanie wizji lokalnych i opracowywanie różnych
wariantów działania.

Konspiracja nie była zabawą. Każda wpadka groziła poważnymi konsekwencjami. Z
tego też powodu w grupie obowiązywała żelazna zasada – żadnego alkoholu w czasie
przygotowań do akcji i podczas samych działań. – Jednemu z naszych kolegów
musieliśmy wręcz postawić jasny warunek – albo działasz z nami, albo pijesz –
mówi "Czarny". To wystarczyło. Na ulicach rozklejano hasła: "Pij – będziesz
czerwony" czy "Jeszcze Rosja nie zginęła, póki my pijemy". – Robiliśmy to
kierowani świadomością, że rozpijanie Narodu należy do starych sposobów
stosowanych przez państwa zaborcze, aby dany naród sobie podporządkować –
opowiadają członkowie "Armenii".

Jak podkreślają nasi rozmówcy, w działaniach kierowali się przede wszystkim
sercem, rozumem i "wilczym instynktem". Każde środowisko opozycyjne było
oczywiście inwigilowane. Jak zaznacza Wojciech Stawiszyński, z dokumentów
znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że "Armenii" szczęśliwie
udało się uniknąć przeniknięcia agentów do jej wewnętrznych struktur. Zdarzało
się, że w szeregach grupy pojawiał się ktoś, kto zachowywał się dziwnie bądź
prowokował do podejmowania akcji umożliwiających postawienie członkom grupy
zarzutów o dopuszczanie się pospolitych przestępstw. Z takimi ludźmi zrywano
współpracę. "Czarny" dzieli się refleksją: – Do dziś zapala mi się czerwone
światełko, kiedy w rozmowie z kimś wyczuwam fałsz. Zostało mi to z tamtych lat.

Lista brakujących filmów

W dzisiejszej Polsce część bohaterów walki o niepodległość – i to nierzadko
tych najbardziej zasłużonych – wciąż pozostanie nieznana. Działacze "Armenii" są
ludźmi bardzo skromnymi i naturalnymi, nie budują legend na swój temat, uważają,
że zrobili po prostu to, co do nich należało. W mediach i na salonach brylują
natomiast "dyżurni opozycjoniści", odcinający kupony od swojej – a czasem i
cudzej – działalności. – Około dwóch lat temu na różnych stronach internetowych
zaczęły się ukazywać opisy naszych akcji, pod których wykonaniem podpisywali się
zupełnie inni ludzie – mówi "Czarny", jeden z filarów "Armenii". Dopiero to
stało się dla członków tej grupy bodźcem do rozpoczęcia spisywania wspomnień.
Wcześniej nie chcieli tego robić, aby nie popadać w "kombatanctwo". Niektórzy ze
względu na trudne przeżycia woleli nie wracać pamięcią do tamtego czasu, dla
innych z kolei było to trudne ze względu na liczbę lat, jakie upłynęły od stanu
wojennego.

– Staramy się unikać opierania na dokumentach "drugiej strony barykady"
(czyli na materiałach bezpieki) i po prostu oddać głos ludziom – wskazuje
"Czarny". W dalekiej perspektywie planowana jest publikacja wspomnień członków
grupy. Zbieranie relacji o działalności "Armenii" ma ogromne znaczenie – głównie
ze względu na zafałszowanie obrazu stanu wojennego. Niektórzy politycy,
dziennikarze, a nawet historycy dążą do tego, żeby wybielić autorów wojny
wypowiedzianej "Solidarności". Nieprawdziwy jest także obraz tych lat utrwalony
w masowej wyobraźni. Zdaniem "Czarnego", brakuje spektakli teatralnych czy
filmów, które właściwie oddawałyby tamten czas. – "Rozmowy kontrolowane" to
jedna wielka kpina – mówi. – Odnoszę wrażenie, że przedstawianie stanu wojennego
jako wydarzenia nieco może uciążliwego, ale w sumie niegroźnego, jest komuś na
rękę – dodaje.

Jak podkreślają opozycjoniści, podobny mechanizm dotyczy także działalności
Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych czy II Korpusu gen. Władysława Andersa.
Lista brakujących filmów jest, ich zdaniem, bardzo długa. – Naszej działalności
nie można oczywiście porównywać do lat okupacji, ale jednak wiadomo, co za nią
groziło – opowiada "Czarny". – Przekonaliśmy się o tym naocznie – szczególnie na
przełomie roku 1982/1983, kiedy jedna z osób działająca z nami w "Armenii"
zginęła tragicznie w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Mowa tu o śp.
Jadwidze Kryńskiej, "Jadwidze", aresztowanej, przesłuchiwanej, poddawanej przez
UB szantażowi aresztowania córki i odebrania wnuczki. "Jadwiga" nie wydała
nikogo, jednak tuż po wypuszczeniu jej z aresztu znaleziono ją martwą pod oknem
szpitala, w którym się ukrywała. Okoliczności jej śmierci do dziś okrywa
tajemnica. Inny działacz "Armenii", "Suchy", także został w tym czasie
aresztowany. Biło go i torturowało sześciu ubeków. Milczał, grał na zwłokę,
dając tym samym czas reszcie grupy na zatarcie śladów bądź ukrycie się.

Sztafeta pokoleń

Jak wspominają akcje "Armenii" członkowie tej grupy po trzydziestu latach,
które minęły od czasu wprowadzenia stanu wojennego? – Uważam, że było warto
działać w podziemiu. Myślę, że większość z nas ma poczucie, że gdyby postąpiła
wtedy inaczej, czułaby dyskomfort – mówi "Michał". Nasi rozmówcy podkreślają, że
decyzja o wstąpieniu do konspiracji była całkowicie dobrowolna, nikt nikogo do
niczego nie namawiał. – Chciałem się znaleźć we właściwym miejscu o właściwym
czasie i robić to, co do mnie należy, zgodnie ze swoim sumieniem – opowiada
"Marines". Motywem rozpoczęcia działalności antykomunistycznej stała się przede
wszystkim chęć wyrażenia sprzeciwu wobec zbrodni stanu wojennego. – Dla
większości z nas było to przekroczeniem Rubikonu. Wcześniej oczywiście także
doskwierało nam, że komuna trzyma nas za twarz, natomiast nie sposób było nie
zareagować na wprowadzenie stanu wojennego – tłumaczy Wojciech Stawiszyński.
Wielu działaczy podziemia rozpoczynało działanie z myślą nie tylko o sobie, ale
i o przyszłych pokoleniach. – Myślałem o tym, że jeśli będę miał kiedyś dzieci i
jeśli zapytają one, co wtedy robiłem, będę mógł odpowiedzieć na to pytanie bez
wstydu – wspomina "Marines". I rzeczywiście – ciągłość pokoleń została
zachowana. Tak jak kiedyś działacze "Armenii" uczyli się od żołnierzy
"Parasola", podobnie i dzisiaj ich dzieci wynoszą patriotyzm z domu. – Mój syn
non stop słucha teraz Kaczmarskiego. Nie namawiałem go do tego, broń Boże, sam
się zaraził – śmieje się "Michał".
Siłą opozycji w stanie wojennym były bezinteresowność i poczucie wspólnoty.
Wielu działaczy "Armenii" utrzymuje kontakt do dziś. – Spotykamy się raz, czasem
kilka razy w ciągu roku – na ogół przy okazji świąt Bożego Narodzenia czy
Wielkanocy. Coś tam w końcu razem przeżyliśmy – uśmiecha się "Czarny".

Nie szarp lwa za wąsy

Zdaniem "Michała", o fenomenie "Solidarności" zdecydowało skupienie się ludzi
na kilku podstawowych wartościach: "Bóg – Honor – Ojczyzna". Do tych trzech słów
powinniśmy dzisiaj powrócić. Mimo że są rozczarowani Okrągłym Stołem i często
nie poznają swoich kolegów z dawnych lat i zupełnie nie rozumieją ich obecnych
postaw, działacze "Armenii" nie żałują lat spędzonych w opozycji. Polska jest im
droga także dziś – zabierają głos w sprawach dotyczących życia publicznego – np.
w obronie szkalowanych przez Lecha Wałęsę historyków – prof. Sławomira
Cenckiewicza i dr. Piotra Gontarczyka.

Polska budzi się często niespodziewanie. Jak mówi "Czarny": – Jest takie
egipskie powiedzenie: "Nie szarp lwa za wąsy". Jego zdaniem, nasz Naród już
wiele razy "szarpano za wąsy", grano nam na nerwach, ale w pewnym momencie
przychodziło coś, co przelewało czarę goryczy. Działacze "Armenii" uważają, że
mimo iż mogliby powtórzyć słowa klasyka: "Nie o take Polskie walczyliśmy", to
jednak patriotyzm w naszym Narodzie nie zginął. – Nie daj Boże, żeby coś takiego
jak stan wojenny miało znowu nas spotkać. Gdyby jednak tak się stało, na pewno
znalazłyby się grupy, które podjęłyby podobną działalność do naszej. A może
wymyśliliby coś jeszcze innego? – zastanawia się "Czarny".

Dawni opozycjoniści stoją na stanowisku, że w dzisiejszej Polsce ci, którym
na czymś zależy, powinni przestać tracić czas na jałowe spory i zacząć budować
wokół siebie wartościowe środowiska – nie z myślą o dniu dzisiejszym ani nawet o
jutrzejszym, ale mając w perspektywie długofalowy efekt. Nie jest to łatwe,
wymaga determinacji i dużej odporności. – Pocieszam się jednak myślą, że kiedy
tworzyła się II Rzeczypospolita, żołnierze Marszałka Piłsudskiego także byli
przeganiani z miast, do których wchodzili, albo wyśmiewani jako ci, którzy
"burzą spokój" – przypomina "Michał". "Czarny" dodaje: – Dzisiaj mamy możliwość
oddziaływania na wszelkie grupy społeczne. Korzystajmy zatem z tego. Róbmy
swoje.

W naszym społeczeństwie sporo jest obecnie wrogości, przypisywania sobie
nawzajem złych intencji i szerzenia podziałów w środowisku patriotycznym.
Tymczasem bez wspólnego działania niewiele można zrobić. Zdaniem działaczy
"Armenii", zamiast dryfować, zastanawiając się, na który – prawy czy lewy –
brzeg zostaniemy wyrzuceni, powinniśmy przejąć inicjatywę. I koniecznie działać
razem, nie przeciwko sobie. Jak wspomina "Michał": – Spośród sporządzonych przez
nas "antysystemowych" napisów w pamięci utkwił mi zwłaszcza jeden, namalowany na
murze cmentarza Bródnowskiego: "Nie ma wolności bez "Solidarności"".
Wielokrotnie go zamalowywano, a on wciąż pojawiał się na nowo.

Agnieszka Żurek

 

drukuj