Za budżet zapłacimy więcej

Projekt ustawy okołobudżetowej, którym w czwartek zajmował się Sejm,
wskazuje szereg miejsc i źródeł, skąd rząd chciałby pozyskać środki na
zbilansowanie wydatków budżetowych w przyszłym roku. Przewidziane w tym
projekcie "oszczędności" kosztem podatników to jednak stosunkowo niewielka część
środków mających dodatkowo zasilić w przyszłym roku budżet państwa, nad którego
nową wersją pracuje obecnie resort finansów. W projekcie budżetu w tej nowej
odsłonie możemy być pewni pojawienia się kolejnych obciążeń, które odczujemy na
własnej skórze.

Gdy pod koniec września br. rząd skierował do Sejmu projekt przyszłorocznego
budżetu, praktycznie wszyscy eksperci byli zgodni, że zawiera zbyt optymistyczne
prognozy, zwłaszcza jeśli chodzi o założony na 2012 rok wzrost gospodarczy – 4
procent. Ze strony rządzących jedynie minister gospodarki, wicepremier Waldemar
Pawlak otwarcie przyznawał, że przesłany do Sejmu projekt ma charakter
"techniczny" i – co powtarzała cała opozycja – że w związku z tym po wyborach
będzie musiał zostać zmieniony. Złożenia do Sejmu budżetu z nierealnymi
założeniami nie można było wtedy traktować jako pośpiechu ze względu upływający
30 września konstytucyjny termin skierowania do Sejmu budżetu, lecz jako
zagrywkę przedwyborczą, aby ubiegająca się o reelekcję partia rządząca nie
wystraszyła swoich wyborców ponurą wizją głębszego sięgnięcia do ich kieszeni.
Już jednak wobec ówcześnie złożonego projektu budżetu pojawiały się "oskarżenia"
choćby opiniujących projekt związków zawodowych, że ma miejsce próba
ograniczania deficytu "kosztem najuboższych Polaków", a opozycja zwracała uwagę
np., iż ponownie nie są waloryzowane kryteria dochodowe uprawniające do
świadczeń rodzinnych – osiągając wręcz poziom poniżej minimum egzystencji – w
wyniku czego z roku na rok maleje liczba uprawnionych do korzystania z tego typu
wsparcia. Jeśli taki budżet zaprezentowany został przed wyborami, to oznaczało,
że po wyborach musi zmienić się na jeszcze gorszy. Tym bardziej iż Polska pod
rządami Donalda Tuska objęta została przez Komisję Europejską – w wyniku wzrostu
poziomu zadłużenia – procedurą nadmiernego deficytu, a do Warszawy trafiały z
Brukseli ponaglenia, by rząd jak najszybciej wyjaśnił, w jaki sposób poziom
zadłużenia zamierza zniwelować.
Dopiero w listopadzie poznaliśmy projekt ustawy okołobudżetowej przewidujący
głębsze sięgnięcie do kieszeni obywateli. Budżet zostanie dodatkowo zasilony
środkami z podwyżki podatku akcyzowego na olej napędowy i biokomponenty. To ma
przynieść budżetowi 2,2 mld złotych. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, iż niechybny
wzrost cen paliw w wyniku zwiększenia ich opodatkowania może spowodować dalszy
wzrost cen w sklepach ze względu na podniesienie kosztów transportu. 245 mln zł
ma przynieść zwiększenie akcyzy na wyroby tytoniowe. Podwyżka akcyzy
usprawiedliwiana jest przez rząd koniecznością dostosowania się do wymogów
unijnych. Kolejne 380 mln zł ma wpłynąć w wyniku uszczelniania systemu
opodatkowania zysków z lokat bankowych. Ta operacja przynieść ma do budżetu
państwa 380 mln zł, a 30 mln "oszczędności" ma dać zamrożenie podstawy
obliczania składek na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych. Rząd oszczędzi
również na zamrożeniu płac w sferze budżetowej oraz wynagrodzeń sędziów i
prokuratorów. To tylko niektóre z "oszczędności", jakie rząd postanowił
zafundować obywatelom tuż po wyborach. Kolejne zostaną już uwzględnione w
ustawie budżetowej, którą rząd przyjmie dopiero w najbliższy wtorek. Premier
Donald Tusk nie był w stanie w czwartek z pewnością powiedzieć, jak ten budżet
będzie wyglądał. Ale najprawdopodobniej zapisana zostanie w nim prognoza 2,5
proc. wzrostu PKB wobec 4-procentowego w projekcie przygotowanym przed wyborami.
A to oznacza, że w przypadku spadku spodziewanego uprzednio tempa wzrostu pod
znakiem zapytania staje realność osiągnięcia założonych dochodów do budżetu.
Jednakże rząd nie może już zmienić wielkości założonego deficytu budżetowego.
Musi on pozostać na poziomie nie większym niż zapisany w pierwszym projekcie
budżetu skierowanym do Sejmu we wrześniu – 35 mld złotych. Rząd jednak szykuje
już kolejne "oszczędności". Jeszcze w tym roku ma być gotowy projekt
przewidujący podwyższenie składki rentowej. Premier zapowiedział, że projekt w
tej sprawie wraz z ustawą o podwyższeniu wieku emerytalnego chciałby
przeprowadzić przez Sejm "wczesną zimą" – do końca stycznia. Podwyżkę składki
rentowej premier Tusk zapowiedział w exposé. Wzrośnie ona o 2 punkty procentowe
po stronie pracodawcy, co oznacza faktyczną podwyżkę kosztów pracy i dodatkowo
zniechęci do zatrudniania pracowników. Zwiększenie składki rentowej płaconej
przez pracodawców o 2 punkty procentowe oznacza większe ich obciążenia z tego
tytułu o blisko 50 proc. – dotychczas pracodawcy płacą składkę rentową w
wysokości 4,5 proc. podstawy wymiaru. Na operacji zwiększenia składki rząd chce
zyskać 6,5 mln złotych.
 

Artur Kowalski

drukuj