Rosja w objęciach tandemu
W niedzielę, 4 grudnia br., odbędą się w Rosji wybory do Dumy Państwowej,
jednej z dwóch izb Zgromadzenia Federalnego. Skład drugiej izby – Rady
Federacji, wyłaniany jest w inny sposób, poprzez lokalne zgromadzenia
ustawodawcze. W Rosji nie ma wyborów w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż nie ma
realnej rywalizacji politycznej, a i wolność wyboru jest znacznie ograniczona.
Niemniej jednak regularnie co cztery lata w grudniu odbywa się głosowanie na
listy partyjne, a w marcu następnego roku – głosowanie na oficjalnego kandydata
na urząd prezydenta.
Słowem najlepiej opisującym sens polityki w Rosji jest "bezalternatywność".
Polityka w tym kraju polega bowiem na konsekwentnym likwidowaniu wszelkich
zagrożeń dla zachowania najwyższej władzy państwowej w rękach prezydentów oraz
przekazywania tej władzy wyznaczonym następcom. Owszem, w czerwcu 1991 roku
wybory prezydenckie wygrał Borys Jelcyn w konkurencji z kandydatami zgłoszonymi
przez partię komunistyczną. Problem polegał jednak na tym, że był on wtedy
przewodniczącym Rady Najwyższej i stał na czele złożonej koalicji, która od roku
rządziła już Rosją, pozostającą jeszcze w składzie Związku Sowieckiego. Podobna
sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. W 1996 roku dokonała się reelekcja
Jelcyna. W 2000 roku wybrany został Władimir Putin, który pełnił w tym czasie
obowiązki prezydenta. Po czterech latach urzędujący prezydent ponownie został
wybrany na to stanowisko. W 2008 roku prezydentem został specjalnie wyznaczony
"następca" – pierwszy wicepremier Dmitrij Miedwiediew, a Putin stanął na czele
rządu. W Rosji dwukrotnie prezydentem została osoba piastująca to stanowisko
(1996, 2004), dwukrotnie – osoba pełniąca ten urząd tymczasowo (1991, 2000) i
raz wyznaczony następca (2008). W wyniku zapowiedzianej na najbliższe miesiące
kolejnej rotacji miejsc na szczytach władzy zasada bezalternatywności zostanie
zapewne potwierdzona.
Organizm polityczny Pu-Me
Funkcjonujący od czterech lat tandem Putin – Miedwiediew możemy uznać za
dojrzałą postać organizmu politycznego, którego części składowe stanowią nie
tylko bezalternatywni – gdyż wyznaczeni przez poprzedników – prezydenci, ale
także bezalternatywne partie polityczne – gdyż kierowane są przez administrację
prezydenta, bezalternatywni gubernatorzy – gdyż mianowani są przez prezydenta,
bezalternatywne media i koniec końców, bezalternatywne komentarze polityczne –
gdyż zamawiane są przez administrację prezydenta. Organizm ten możemy od nazwisk
reprezentatywnych dla niego polityków określić terminem Pu-Me.
W dojrzewaniu organizmu Pu-Me ważne były lata 2003-2004, gdy Leonid Kuczma,
prezydent sąsiedniej Ukrainy, wpadł na pomysł "parlamentaryzacji ustroju
politycznego", przez co rozumiał on takie wzmocnienie roli Rady Najwyższej i
odpowiedzialnego przed nią rządu, aby ustępujący po zakończeniu dwóch kadencji
prezydent mógł z pełną satysfakcją dla swoich ambicji objąć stanowisko premiera.
Wyznaczył nawet na prezydenckiego następcę Wiktora Janukowycza. Pomysł ten tak
bardzo spodobał się Putinowi, że postanowił pomóc swojemu koledze. Efektem
rosyjskiej pomocy – jak pamiętamy – była "pomarańczowa rewolucja", która do góry
nogami wywróciła plan Kuczmy. Jednakże po czterech latach wymyślona na Ukrainie
idea rotacji miejsc w obrębie tandemu Kuczma – Janukowycz znalazła wdzięczne
naśladownictwo i skuteczną realizację w Rosji w postaci tandemu Pu-Me. Po drodze
przeprowadzona została prewencyjna kontrrewolucja systemowa, której celem była
pacyfikacja partii politycznych oraz takie utrudnienie dostępu do polityki, aby
wyeliminować wszelkie ryzyko związane z ewentualną rywalizacją. Znacznie
skomplikowano rejestrację partii politycznych, podniesiono próg wyborczy z 5 do
7 procent oraz zrezygnowano z mieszanego systemu wyborczego na rzecz
proporcjonalnej formuły wyborczej. Od 1993 roku połowę deputowanych wybierano w
jednomandatowych okręgach wyborczych. Na wszelki wypadek i na pokaz wsadzono do
więzienia przedsiębiorcę Michaiła Chodorowskiego, który zafascynowany pomysłami
Kuczmy zaczął w Rosji propagować wywrotową ideę rządu większości parlamentarnej.
Niepokój na Kremlu
W przeprowadzonym w grudniu 2003 roku głosowaniu na kandydatów do Dumy
Państwowej frekwencja wyniosła tylko 55,75 procent, zbliżając się niebezpiecznie
do najniższego wyniku odnotowanego w kryzysowym 1993 roku, gdy do urn wyborczych
poszło tylko 54,8 procent wyborców. Było to jednak dwa miesiące po rozpędzeniu
siłą Rady Najwyższej, a w 2003 roku w Rosji wszędzie królowała stabilizacja. Na
dodatek spośród tych, którzy pofatygowali się do punktów wyborczych, prawie 5
procent obywateli głosowało przeciwko wszystkim, gdyż taka możliwość istniała
jeszcze w prawie wyborczym. Wszystko to sygnalizowało apatię części rosyjskiego
społeczeństwa wywołaną brakiem alternatywy politycznej. Tendencje te utrwaliły
się w latach następnych.
Pogłębione badania socjologiczne już ok. 2005 roku zaczęły wykazywać zanik
fanatycznych zwolenników Putina, których miejsce zaczęli zajmować zwolennicy
tylko umiarkowani lub nawet nieco krytyczni. Trzeba pamiętać o tym, że Putin
jest politykiem pozbawionym charyzmy, to raczej umiejętnie "rozkręcony" brand.
Pod tym względem w dużym stopniu przypomina Łukaszenkę, którego popularność
zaczęła spadać już wiosną 2006 roku, a wstąpił on na białoruską scenę polityczną
pięć lat wcześniej niż Putin. Z wyników badań socjometrycznych przeprowadzanych
regularnie w Rosji przez Fundację "Opinia Społeczna" wynika, że wskaźnik
zaufania społecznego do Putina, który w latach 2007-2010 wahał się i wynosił od
66 do 70 procent, w pierwszej połowie 2011 roku osiągnął poziom 57 procent, a na
początku listopada obniżył się do 48 procent. Odpowiednio niższe, ale przy
zachowaniu identycznej dynamiki, były wyniki Miedwiediewa. Równolegle stopniowo
wzrastały wskaźniki braku zaufania do Putina: od 11 procent w 2007 roku do 24
procent na początku listopada 2011 roku. Zbliżone wyniki pokazało badanie
przeprowadzone w połowie listopada przez Ogólnorosyjskie Centrum Badania Opinii
Społecznej (WCIOM). Putinowi ufa 45 procent respondentów, a Miedwiediewowi – 32
procent. Zwraca na siebie uwagę stopniowy, ale długotrwały charakter tego
procesu, który świadczy o tym, że tandem Pu-Me nieuchronnie wstępuje w fazę
schyłkową, a prosta zmiana opakowania (rebranding) może okazać się niezwykle
trudna. Tym bardziej że cały potencjał tandemu nakierowany jest na eliminowanie
konkurencji, a nie na wyłanianie nowych liderów.
Wspólna Rosja
Analogiczna sytuacja braku alternatywy dotyczy także partii politycznych.
Zainicjowana przez administrację prezydenta próba rozszerzenia oferty wyborczej
o liberalną partię polityczną, która zachęciłaby do głosowania zamożnych
mieszkańców dużych miast, zakończyła się niepowodzeniem na skutek nacisków
polityków z partii Jedinaja Rossija, której dotychczasowym przewodniczącym był
Władimir Putin. Notabene nazwa tej partii jest niezwykle charakterystyczna, gdyż
słówko "jedinyj" może być tłumaczone na język polski zarówno jako jeden,
jednolity, wspólny lub jedyny. Nazwa "Jedinaja Rossija" nawiązuje zresztą do
naczelnego hasła rosyjskiego nacjonalizmu z początku minionego stulecia, zgodnie
z którym Rosja powinna być Jedinaja i Niedielimaja. Obok Wspólnej Rosji mogą
więc istnieć jedynie partie pomocnicze, w fasadowy sposób opozycyjne, które
zgodnie z logiką faz rozwoju organizmu politycznego jeszcze nie przystąpiły do
partii, w samej swojej nazwie zdradzającej zamiar zjednoczenia wszystkich.
Chociaż rozsądek podpowiada, że dla przedłużenia żywotności systemu konieczne
jest wprowadzanie stopniowych zmian i przygotowanie zmiany personalnej, to
słabość wszystkich instytucji politycznych i społecznych powoduje, że taka
korekta jest praktycznie zablokowana.
Głosowanie bez niespodzianek
W tej sytuacji głosowanie na listy partyjne 4 grudnia nie przyniesie zapewne
znacznych niespodzianek. Badania największej rosyjskiej firmy demoskopijnej
WCIOM pokazują stopniowy spadek w ciągu ostatniego miesiąca deklarowanego
poparcia dla Wspólnej Rosji z 45 procent 22 października do 40 procent 12
listopada. Poparcie dla Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej utrzymuje się
na poziomie 13-14 procent. Natomiast poparcie dla dwóch mniejszych partii
nieznacznie wzrosło, dla Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimira
Żyrinowskiego z 7 do 9 procent, a dla Sprawiedliwej Rosji (lewa noga partii
władzy) z 5 do 7 procent. Zasadnicze rezultaty zarówno wyborów do Dumy, jak i
wyborów prezydenckich są więc już jasne. Do wyjaśnienia pozostają tylko pewne
szczegóły. Nie wiemy jeszcze, o ile mandatów więcej uzyska partia komunistyczna.
Czy Sprawiedliwa Rosja pokona barierę 7 procent i wprowadzi swoich deputowanych
do Dumy? Czy Wspólna Rosja uzyska większość konstytucyjną, czy też od czasu do
czasu będzie musiała korzystać z pomocy Żyrinowskiego? Wszystko to są jednak
detale, ważne dla ekspertów. Wyjaśnienie ich nie przybliża nas do odpowiedzi na
dwa zasadnicze pytania. Pierwsze z nich dotyczy stopnia zużycia tandemicznego
organizmu Pu-Me, a drugie stopnia adekwatności lub nieadekwatności polityki w
Rosji względem oczekiwań społeczeństwa.
Marzenia o normalnym państwie
Na przełomie września i października 2011 roku Centrum Lewady zapytało swoich
respondentów o prognozowany rozwój wydarzeń w ciągu najbliższych 12 lat, a tyle
może zgodnie z konstytucją pozostawać Putin na stanowisku prezydenta. Ujawniły
one zaskakujące zjawisko – masową projekcję reformatorskich i demokratycznych
oczekiwań respondentów na Putina, który cieszy się zasłużoną opinią polityka
zachowawczego i autorytarnego. Otóż 68 procent respondentów oczekuje
"kontynuacji reform gospodarczych i politycznych", a 67 procent wierzy w
"rozwijanie wzajemnie korzystnych kontaktów z Zachodem". Poszanowania praw
człowieka oczekuje od Putina aż 42 procent badanych! Już dawno badania
socjologiczne nie pokazywały takiej otwartości Rosjan wobec Zachodu i gotowości
poparcia głębokich zmian politycznych i gospodarczych. Nagle, po wielu latach
stagnacji, okazało się, jak wielu ludzi w Rosji chce żyć w normalnym państwie, a
nie na ruinach imperium. Być może przed Rosją otworzyły się drzwi, w które
jednak nie zmieści się ten, kto będzie nadal podsycał atmosferę strachu i
zewnętrznego zagrożenia. Tak jak ostatnio uczynił to prezydent Miedwiediew.
Trudno jednak nie zauważyć, że oczekiwania społeczne są źle adresowane. Nie
wiemy jeszcze, kiedy i w jaki sposób ujawni się nieuchronne w takiej sytuacji
rozczarowanie.
Prof. Włodzimierz Marciniak
politolog Instytutu Studiów Politycznych PAN
