Złudne marzenia o euro

Wydawało się, że obecne problemy strefy euro skutecznie na lata wyleczą
polskich polityków z marzeń o zastąpieniu złotówki europejską walutą. Nic
bardziej mylnego. Wygląda na to, że możliwość debaty w gronie kilkunastu
bankrutów jest ważniejsza niż polski interes.

Niepełna prezydencja
Premier Donald Tusk obecnie jedzie na tym samym wózku co premier Wielkiej
Brytanii David Cameron. Obydwaj nie są zapraszani na spotkania dotyczące strefy
euro, a chcieliby. Prezydent Francji wobec brytyjskiego premiera wypowiedział
nawet słowa, których autorstwo przypisuje się Jacques´owi Chiracowi wobec
Polski: "Straciliście dobrą okazję, by siedzieć cicho". Niezrozumiałe jest,
dlaczego tak bardzo Tusk czy Cameron chcieliby uczestniczyć w debatach nad
bankrutem, jakim jest wspólna waluta. W tym momencie najlepiej byłoby zostawić
Francuzów, Niemców oraz resztę państw ze swoimi problemami, które sami wywołali.
To, że kilka osób w Polsce może poczuć niesmak w wyniku jakiejś niepełnej
prezydencji Unii Europejskiej, jest naprawdę marginalne.

Euro a demokracja
Słowacja, nasz południowy sąsiad, euro przyjęła w 2009 roku i prawdopodobnie,
poza kilkoma unioentuzjastami, przeklina ten moment do dziś. Euro miało wpływ w
tym małym kraju nie tylko na gospodarkę, ale przede wszystkim na demokrację. Oto
premier Iveta Radicowa od wielu miesięcy sprzeciwiała się uczestnictwu Słowacji
w Europejskim Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF), który ma za zadanie
wspomóc bankrutujące kraje eurostrefy (głównie Grecję). Argumentowała, że
dlaczego biedny słowacki emeryt ma wspomagać 3 razy bogatszego greckiego
emeryta. Nie ma żadnej logiki w tym, by biedniejszy kraj wspomagał lenistwo
kraju bogatszego. Od początku głośno mówiła, co nie podobało się Brukseli, o
tym, że nie przyłoży ręki do ograbienia słowackich podatników (chociaż później
głosowała za przyjęciem propozycji Unii, to jej partia wyłamała się z dyscypliny
partyjnej). Głosowanie nad planem wstąpienia do EFSF odbyło się 11 października
i było porażką dla Brukseli. Słowacja nie zgodziła się na wystawienie gwarancji
na 7,7 mld euro do funduszu. Od każdego Słowaka byłoby to 1400 euro,
niewyobrażalna kwota. W demokracji po takim głosowaniu byłoby po sprawie. Ale
przecież Unia Europejska nie jest zbudowana na demokratycznych zasadach,
powtarzano już negatywne referendum w Irlandii dotyczące traktatu lizbońskiego,
można więc i zmusić maleńki kraj w Tatrach do zrzutki na rozpasanie greckich
polityków. Następnego już dnia minister spraw zagranicznych Francji Alain Juppe
wyraził nadzieję na ponowne głosowanie słowackich parlamentarzystów. Jeszcze
tego samego dnia szef słowackiej opozycji, socjalista Robert Frico, wyraził chęć
ponownego głosowania nad udziałem Słowacji w EFSF. Dwa dni później, 14
października przyjęto gwarancje na EFSF. Cały proces przypomina dokładnie to, co
się działo z traktatem lizbońskim w Irlandii. Jeżeli głosowanie jest nie po
myśli uniokratów, to powtarza się je, stosując wszystkie możliwe metody nacisku,
aż do skutku. Jeżeli potrzebne byłoby i trzecie głosowanie, to pewnie by się ono
odbyło. Sam przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso kontrolował
wydarzenia w Bratysławie. Skutkiem całego zdarzenia jest pytanie o sens
demokracji, gdy o losach milionów chcą decydować komisarze europejscy, a
demokratyczna kontrola jest im całkowicie nie na rękę. Skutki polityczne na
Słowacji są takie, że premier Radicova złożyła dymisję z urzędu, a przyspieszone
wybory odbędą się wczesną wiosną przyszłego roku.

Prezydent chce euro
Po tego typu wydarzeniach na Słowacji każdy nowy kraj powinien uciekać od strefy
euro jak najdalej. Pomijając negatywne skutki dla gospodarki, euro niesie ze
sobą utratę resztek suwerenności. Nie zważając na wydarzenia u naszego
południowego sąsiada, Narodowy Bank Polski zorganizował w dniach 21-22
października w ramach naszej prezydencji w UE konferencję międzynarodową: "Ku
większej integracji i stabilności Europy: wyzwania dla strefy euro oraz Europy
Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej". Konferencję oprócz prezesa NBP
Marka Belki oraz prezesa Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Tricheta
zaszczycił również wystąpieniem Bronisław Komorowski. Warto wczytać się w słowa
wypowiedziane przez prezydenta, gdyż niosą one deklaracje co do polskiej
przyszłości. Powiedział on: "Pragniemy aktywnie brać udział w reformowaniu
ustroju unii walutowej, uczestnicząc – podobnie jak pięć innych krajów spoza
strefy euro – w Pakcie Euro Plus oraz aktywnie współkształtując nowe zasady
zarządzania gospodarczego. (…) Jest to istotne z punktu widzenia nie tylko
naszych chęci, ale także woli uczestniczenia w unii walutowej w przyszłości".
Ponadto stwierdził, że wprowadzenie euro przyczyniło się do powstania 14
milionów nowych miejsc pracy.
Dlaczego polski prezydent tak bardzo chce aktywnie uczestniczyć w reformowania
strefy euro, nawet nie będąc jej członkiem? Jeżeli gwarancje wystawione przez
Słowację mają opiewać na 7,7 mld euro, to Polska musiałaby wystawić gwarancje na
około 50 mld euro, a więc prawie 220 mld złotych (w tym roku wszystkie wpływy do
budżetu państwa mają wynieść ok. 273 mld złotych). Co takiego kieruje
najwyższymi władzami państwowymi, że lekceważą interes swoich wyborców, a widzą
tylko zachcianki brukselskich komisarzy? Czy Polska musi w każdym swoim momencie
dziejowym wysługiwać się obcym mocarstwom, tylko w zamian za uścisk dłoni i
poklepanie po ramieniu dla paru polityków? Czy dla Komorowskiego ważniejsze od
interesu Polaków jest ratowanie bankrutującej Grecji, żyjącej ponad stan z
kredytów zaciąganych we francuskich i niemieckich bankach i rozleniwionej do
granic możliwości, gdzie emerytura jest wciąż trzykrotnie wyższa od polskiej?
Czy polski podatnik ma być wyciśnięty jak cytryna do ostatniej kropli soku po to
tylko, by Grecja dostała nagrodę za swoją socjalistyczną politykę rozpasania na
koszt innych?

Euro zbankrutuje
Wydawało się, że kryzys finansowy, który szczególnie dotknął niektóre państwa
strefy euro, potęgując kłopoty wśród również zdrowych gospodarek, na stałe
wyleczył polskich polityków z marzeń o wspólnej walucie. Jeszcze do 2008 r.
przeciwników euro nazywano oszołomami. Gdy okazało się, że euro to nie panaceum
na wszystkie bolączki, do głosu doszedł nurt sceptyczny wobec likwidacji
złotówki. Okazuje się, że była to tylko chwilowa gra, a najwyższe władze
państwowe ciągle planują przeniesienie miejsca prowadzenia polityki monetarnej z
Warszawy do Frankfurtu nad Menem (gdzie siedzibę ma Europejski Bank Centralny).
Może prezydent Komorowski uwierzył w swoje słowa o 14 milionach miejsc pracy,
które rzekomo są wynikiem powstania wspólnej waluty. Jest to o tyle dziwne, że w
2001 roku, tuż przed wprowadzeniem euro, średnie bezrobocie w 17 krajach, które
obecnie mają euro, wynosiło 8,1 proc., w 2010 r. było to już 10,1 procent. Skąd
zatem Komorowski wziął dane o 14 milionach nowych miejsc pracy, pozostanie
pewnie jego tajemnicą, której będzie strzegł jak ekspertyz w sprawie OFE. Warto
natomiast, by prezydent Polski skonfrontował fakt, że dług państw strefy euro w
2001 r. wynosił 4,98 bln euro, podczas gdy na koniec 2010 roku było to już 7,82
bln euro (wzrost prawie o 60 proc.). I tu można znaleźć bezpośrednią przyczynę
działania euro. Koszty kredytu w strefie euro są katastrofalnie niskie.
Międzybankowe stopy ustalane przez Europejski Bank Centralny oscylują wokół 1
proc. (w Polsce jest to 4,25 proc.). To powoduje, że bardzo łatwo się pożycza.
Tylko że pożyczki kiedyś trzeba oddać. Dostęp Grecji do taniego kredytu skończył
się katastrofą. Jeszcze dwa lata przed przystąpieniem do euro stopy procentowe
ustalone przez Bank Centralny Grecji wynosiły 7 procent! Żadna gospodarka nie
wytrzyma obniżki stóp procentowych o pięć, sześć punktów w 2 lata. Dodatkowym
obciążeniem są chore regulacje bankowe, które pozwalały bankom pożyczać państwom
strefy euro pieniądze bez tworzenia rezerw. Uważano, że takie pożyczki nie niosą
ze sobą żadnego ryzyka. W związku z czym banki pożyczały każde możliwe środki,
nie zwracając uwagi ani na aktualną sytuację finansową Grecji, ani na
potencjalne ryzyko (które wg zaleceń EBC w ogóle nie istniało). Wszystkiemu jest
winny fakt, że europejscy politycy próbowali oszukać podstawowe prawa rynku,
które powinno przypominać się na każdym kroku: nie da się prowadzić jednakowej
polityki monetarnej dla państw o różnym stopniu rozwoju oraz kultury. Być może
tani kredyt jest dobry dla gospodarki oraz narodu niemieckiego, który cechuje
się rozsądnym myśleniem. Ale na pewno nie jest dobry dla państw południowych,
gdzie w wyniku taniego kredytu wzrosła tylko konsumpcja oraz ogólne zadłużenie.
Pieniądze te zostały po prostu przejedzone. Dlatego takie problemy mają dziś
Grecja oraz Włochy i Hiszpania z Portugalią. Euro jest też wynikiem bankructwa
Irlandii. Gospodarka ta została po prostu przegrzana. Wysoki wzrost gospodarczy
spotęgowany przez tani kredyt spowodował wprost przegrzanie koniunktury (głównie
w budownictwie, gdzie ceny nieruchomości rosły w zastraszającym tempie, aż do
momentu gdy liczba oddanych budynków znacznie przekroczyła możliwości zakupowe
Irlandczyków).
Gdyby zgodnie z intencją prezydenta wprowadzić w Polsce euro, to mielibyśmy albo
wysoką inflację (do tego prowadzi tani kredyt), albo z czasem niższy wzrost
gospodarczy oraz wyższe bezrobocie. Co gorsza, podstawowe narzędzie
oddziaływania na gospodarkę, jakim jest prowadzenie autonomicznej polityki
monetarnej (a trzeba jasno to zaznaczyć – Polska od początku XXI wieku prowadzi
jedną z rozsądniejszych polityk pieniężnych w Europie, i to głównie dzięki temu
przeszliśmy przez kryzys suchą stopą), zostałoby przesunięte do Frankfurtu nad
Menem. A nie oszukujmy się, nikt, absolutnie nikt w Europejskim Banku Centralnym
nie będzie prowadził polityki monetarnej z uwzględnieniem polskiego interesu.
Dlaczego? Bo potencjał gospodarczy Polski jest nieznacznie wyższy niż
najbogatszego landu w Niemczech Nadrenii Północnej-Westfalii. Polityka
prowadzona w EBC nastawiona jest na uwzględnienie interesu głównie Francji oraz
Niemiec. Pozostałe kraje mają marginalne znaczenie. Stwierdzenie, że ktokolwiek
we Frankfurcie nad Menem uwzględnia interesy małych krajów, jak np. Estonia czy
Słowenia, to niezły żart. Te państwa znaczą tyle dla strefy euro, co niemieckie
półmilionowe miasto (np. Brema). Przecież nikt normalny nie będzie liczył się w
kształtowaniu polityki monetarnej z takimi liliputami. Polska jest oczywiście
większa, ale gospodarczo znaczy tyle, co najbogatszy niemiecki land. I warto by
polscy decydenci sobie to uświadomili. Jeżeli utracimy kontrolę nad pieniądzem
używanym w Polsce, to tak naprawdę utracimy prawo do decydowania o tym, co
dzieje się w naszym kraju. Zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Czy naprawdę
takie są intencje prezydenta Komorowskiego?
Mayer Anzelm Rotschild powiedział kiedyś: "Pozwólcie mi tworzyć i kontrolować
pieniądze państwa, a nie będzie mnie obchodzić, kto tworzy w nim prawa".
Autonomiczna polityka monetarna oraz własna waluta elastycznie reagująca na
sytuację gospodarczą są podstawą zdrowego organizmu gospodarczego. W Polsce,
która przez kilka lat borykała się z gigantyczną inflacją, jeszcze do niedawna
wszystkie siły polityczne doskonale to rozumiały, czego wynikiem było
nieingerowanie polityków w niezależne ciało konstytucyjne, jakim jest Rada
Polityki Pieniężnej, odpowiedzialna wraz z prezesem NBP za kształtowanie
polityki pieniężnej. Dlaczego mamy zamieniać coś, co funkcjonuje wręcz idealnie,
na walutę, która stoi na skraju bankructwa?

 

Marek Łangalis
ekspert gospodarczy Instytutu Globalizacji

drukuj