Świat przemocy?

Wprawdzie nie udało się prof. Janowi Hartmanowi wejść do Sejmu razem z
towarzyszem sekretarzem Leszkiem Millerem, to jednak już od dawna współtworzy on
naszą społeczną przestrzeń. Może to mieć dla nas dużo większe znaczenie niż jego
obecność na głosowaniach w parlamencie.

Swoją akademicką aktywnością, w tym także za pomocą swojego podręcznika do
etyki "Wiedza o etyce" (współautorstwa prof. Jana Woleńskiego), Pan Profesor
wypromowuje co roku całą rzeszę owych słynnych "młodych, wykształconych, z
wielkich miast", mających również zaskakujące te same poglądy w większości
spraw. Hartman "zasłynął" w Polsce nade wszystko akcją odbierania doktoratu ojcu
Tadeuszowi Rydzykowi. Wygląda zatem na to, że nie tylko nie wolno już przyznawać
katolikom geotermii i miejsca na multipleksie, ale nadszedł także czas
reglamentowania według tego samego klucza doktoratów, habilitacji i profesur.
Ale może inną wizję świata – świata szacunku wobec osoby, każdej osoby – forsuje
Pan Profesor w swojej działalności naukowej? Cóż zatem czytamy na ten temat w
jego podręczniku do etyki? Lekturę trzeba zacząć od początku, czyli od rozdziału
dotyczącego pierwszego i najdelikatniejszego miejsca naszej biografii, którym
jest nasz bytowy początek. Owym "drzewem życia" jest ludzka płciowość, mocą
której wkraczamy w istnienie. Najpierw tutaj należny jest człowiekowi szacunek,
czyli nieinstrumentalne traktowanie. Niestety, tego wymagania Hartman nie stawia
dziedzinie ludzkiej płciowości. Opisuje on ją natomiast jako sferę męczącego i
zazwyczaj niemożliwego do zaspokojenia pragnienia seksualnego: "tylko niewiele
osób może mieć tyle stosunków płciowych i z tak wieloma partnerami, jak sobie
tego życzą". Człowiek to zatem dla Hartmana "boleśnie sfrustrowany" w swoich
pragnieniach erotoman, chociaż pielęgnujący także inne pragnienia i dbający o
pogodzenie ich wszystkich. Na tym założeniu oparta jest etyka seksualna Hartmana.
Logika małżeństwa i relacji erotycznej to nie jest dla niego logika miłości,
czyli najpierw logika nieinstrumentalnego traktowania drugiej osoby, czyli
życzliwości, troski o drugą osobę. Małżeństwo miałoby być sferą egoizmu,
poszukiwania własnych interesów, bo instytucją "dającą możliwie największej
liczbie osób szansę na częściową realizację potrzeb seksualnych, a tym samym
prowadzącą do w miarę równomiernego rozłożenia deficytu seksualnego i utrzymania
go na znośnym poziomie". Patrząc z tej perspektywy, autor uważa homoseksualizm
za bezproblemowy, zagadnienie jakoby już nieobecne w etyce, a realnym moralnym
wyzwaniem miałaby być "homofobia": postępowanie tych, którzy "obrażają i
dyskryminują osoby homoseksualne", jakoby zachowanie "moralnie odrażające",
zajmujące "miejsce zaraz za rasizmem". Zamiast jednak naukowo określić sensowne
kryteria owej "dyskryminacji", podręcznik szkolny preparuje kolejnego wroga
ludzkości wedle pewnie kryterium "za czy przeciw" homoseksualizmowi. Po epoce
walki z wrogami klasowymi i rasowymi Hartman zapowiada zatem czas ścigania "homofobów".
Pewnie także odpowiednie służby zajmą się środowiskami naukowymi, odbiorą
doktoraty, habilitacje i profesury. Już przecież to przerabialiśmy w PRL, a
pozostało nam sporo utytułowanych fachowców od takich czystek. Są w dalszym
ciągu aktywni, piszą recenzje, przyznają granty. W swojej analizie archiwalnych
dokumentów prof. Piotr Jaroszyński ("Człowiek w kulturze", nr 21 2011) podaje,
że na 29 wniosków habilitacyjnych z KUL aż 20 Wydział Spraw Wewnętrznych PRL
zaopiniował negatywnie, określając tych naukowców jako "katolickich
doktrynerów", "klerykałów", "wojujących katolików", "fanatyków". Za pomocą
takich "recenzji" zablokowano habilitację m.in. słynnego dzisiaj prof.
Mieczysława Gogacza, "nietolerancyjnego", a na wykładach "tendencyjnie i
złośliwie podważającego słuszność ideologii marksistowskiej". Czyżby czas się
zatrzymał?

 

Marek Czachorowski

drukuj