Zabrakło politycznego tsunami
Z dr. Jarosławem Flisem, adiunktem na Wydziale Zarządzania i Komunikacji
Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Jacek Dytkowski
Czym tegoroczna kampania wyborcza różniła się od poprzednich?
– Mieliśmy nietypową strategiczną sytuację w tej kampanii. Z czymś takim jeszcze
się nie spotkaliśmy. Zwykle kampanie toczyły się tuż po tzw. trzęsieniu ziemi.
To znaczy, że niedługo przed wyborami parlamentarnymi dochodziło do politycznego
wstrząsu. Zwykle szedł wtedy w drzazgi jakiś obóz polityczny albo pojawiała się
fala tsunami, jak Akcja Wyborcza Solidarność, łącząca różne ugrupowania. W
efekcie dotychczasowe wybory oznaczały tylko skonsumowanie tego, co się już
posypało w gruzy. Sytuacja polityczna kraju w jakimś kierunku się układała, z
grubsza większość ludzi czuła, w którą stronę ona zmierza. Oczywiście, nie było
pewne w stu procentach, jak się wszystko skrystalizuje, ale generalny trend był
wyraźnie wyczuwalny. Natomiast obecna kadencja parlamentu, pomimo światowego
kryzysu i katastrofy smoleńskiej, była do tej pory jedyną stabilną.
Funkcjonowała ta sama koalicja, premier i opozycja. Dwie główne partie
opozycyjne: Prawo i Sprawiedliwość oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej, miały
różne epizody po drodze, ale de facto ich tożsamość nie została naruszona. Nie
było trzęsienia na początku, lecz nastąpiło ono w wieczór wyborczy. Można było
spodziewać się każdej ewentualności, że koalicja całkowicie straci władzę albo
ją bez żadnych zmian zachowa. Tego typu sytuacja jeszcze nigdy po 1989 r. nie
miała miejsca, bo nikt nie liczył, że AWS zachowa władzę w 2001 r., SLD w 2005
r., a PiS samodzielną większość w 2007 roku.
Miało to wpływ na strategię poszczególnych sztabów?
– Choć sytuacja była nietypowa, każda z partii próbowała podejść do niej,
korzystając z wcześniejszych doświadczeń. I było to dość niebanalne zarówno w
samych działaniach, jak i zmianach w przyjmowanych strategiach. Początkowo
Platforma Obywatelska próbowała znaleźć jakieś inne podejście w obliczu –
opisywanych przez media – badań wskazujących na "wypalenie się paliwa
antypisowskiego". Do tej pory jednak przywykła ona wygrywać wszystkie wybory
dzięki temu, że Jarosław Kaczyński, prezes PiS, sam straszy jej elektorat swoją
osobą. Przyjęła więc pozycję wyczekującą, by na jego ataki zareagować tak jak do
tej pory. Czekała zatem na to, jak zareagować, wykorzystując dodatkowo swoją
przewagę partii władzy, która zawsze w czasach kryzysu jest "ostoją
stabilności". Jednakże najważniejsze było, że czekała na moment dogodny, by
ustawić się w pozycji "obrońcy normalności". Sama stabilność to trochę mało, bo
pojawiło się spore grono otwarcie zawiedzionych i rządowi trudno było znaleźć
jakichś swoich szczególnych entuzjastów. Stąd czekanie na ruch ze strony PiS,
żeby móc zaprezentować się jako "obrońca normalności", jak to bywało za dawnych
lat.
Postępowanie sztabowców PiS nie ułatwiło zadania?
– Strategia tego ugrupowania – niezależnie od tego, jak dalece Jarosław
Kaczyński odciął się od tego, co robił w ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej –
była taka, że nie prowadzimy kampanii, tworząc atmosferę "nienormalności".
Zachowujemy się tylko jak normalna opozycja w zwyczajnym kraju, tzn. nie
oskarżamy swoich oponentów o grzechy śmiertelne: "dezintegrację Narodu
Polskiego", tworzenie "kondominium rosyjsko-niemieckiego" czy wreszcie "zdradę o
świcie". Wytykamy natomiast grzechy pospolite władzy, czyli: nieudolność,
zaniedbania, błędne priorytety – podobnie jak czyniłaby opozycja np. w Danii. W
związku z tym szansa ustawienia się PO w roli "obrońcy normalności" gwałtownie
spadła. Wyborcy, którzy nie są skłonni wierzyć w radykalne diagnozy, ale bolą
ich "pospolite grzechy" władzy, rzeczywiście zaczęli przesuwać się w stronę PiS.
Nie byli zrażani retoryką stosowaną przez to ugrupowanie wcześniej, a zmieniała
się ich ocena sprawności rządzenia.
Zabrakło bezpośredniego starcia dwóch największych konkurentów do przejęcia
władzy w Polsce: premiera Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego. Rzutowało to
na wynik wyborów?
– To jest obniżenie standardów walki wyborczej. Uzasadnienia, jakimi motywował
swą decyzję prezes Kaczyński, brzmią zdecydowanie niewiarygodnie. Jego
rezygnacja z debaty z premierem Tuskiem ma charakter decyzji taktycznej,
naprawdę wątpliwej. Kaczyński mówił, że nie chciał w ten sposób "dostarczać
paliwa antypisowskiego". Z takiego uzasadnienia wynika, że to on jest
najważniejszym dostarczycielem "paliwa antypisowskiego", a nie PiS jako takie.
Jest faktem, że w 2007 r. dopóki na billboardach nie pojawiał się Kaczyński,
lecz plakaty z przekazem: "Stop korupcji", PiS radziło sobie bardzo dobrze w
sondażach. Gdyby to przyjąć za prawdę, to nasuwa się pytanie, po co w ogóle się
pokazuje, dlaczego są billboardy z jego wizerunkiem i w jakim celu idzie do
programu red. Tomasza Lisa. Jeżeli byłby konsekwentny, to powinien prowadzić
kampanię, w której nie byłby główną twarzą.
Dziękuję za rozmowę.
