Magma politycznego centrum

Jeśli prawica zwycięża w publicznym dyskursie jakiegokolwiek państwa,
to dzieje się tak z reguły nie w wyniku ofensywy propagandowej, ale
kompromitacji dotychczasowych bohaterów sceny politycznej. Gdy społeczeństwo
jest już zmęczone, zbulwersowane i poruszone aferami lub druzgocącą kraj
niekompetencją lewicy, szansę mają siły mówiące o tradycji, wartościach,
sprawiedliwości i narodowej dumie.

Historia początków węgierskiego Fideszu przypomina polską "wojnę na górze"
oraz konsekwencje Okrągłego Stołu i grubej kreski. Na wiosnę 1990 r., po
wyborach parlamentarnych, w ugrupowaniu doszło do rozłamu. Znaczna część
jego członków opowiadała się za zawarciem koalicji z postkomunistami i
wejściem do rządu. Na czele pozostałych deputowanych, którzy zdecydowanie
taki sojusz wykluczyli, stanął Viktor Orbán. Był już wtedy znaną postacią
węgierskiej sceny politycznej, ale nie czołową i decydującą. Rodacy
kojarzyli go z wystąpieniem podczas manifestacji, jeszcze w 1989 roku, w
którym jako pierwszy wysunął głośno postulat wyjścia z Węgier wojsk
sowieckich. W swoich poglądach wyraźnie wpatrywał się w przykład Polski – na
temat "Solidarności" napisał pracę magisterską. Ale w 1990 r. nie nadszedł
jeszcze jego czas. Bezkompromisowość ideowa kosztowała wówczas Orbána osiem
lat politycznej izolacji. W 1998 r. Fidesz zdobywa znaczące poparcie, a
Orbán zostaje premierem, jednak musi rządzić w koalicji kilku partii. Przy
tym podczas tamtej kadencji wybuchł konflikt związany z prawami mniejszości
węgierskiej na Słowacji. Pierwszy rząd Orbána miał dużo sukcesów, do których
należy zaliczyć wstąpienie Węgier do NATO i znaczną poprawę wskaźników
ekonomicznych. Jednak konflikty polityczne spowodowały, że w kolejnych
wyborach prawica podzieliła się, a władzę przejęli socjaliści i liberałowie.
Te cztery lata Węgrzy zapamiętają jako okres wyjątkowej nieudolności rządu i
oznak kryzysu. Nowy premier, socjalista Ferenc Gyurcsány, doprowadził do
praktycznego przejęcia koncernu paliwowego MOL przez Gazprom i zgody na
prowadzenie Gazociągu Południowego przez Węgry. Błędne posunięcia
ekonomiczne spowodowały, że w Budapeszcie przez kilka tygodni trwały
rozruchy. Jednak lewicowa koalicja utrzymywała się przez dwie kadencje. W
tym czasie Fidesz pozostawał w opozycji, ale wyrósł na jej główną siłę,
czego dowodem były zwycięstwa w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Wreszcie w 2010 r. Węgrzy zobaczyli, że tylko partia Orbána posiada
niezależny program, który może doprowadzić do pokonania opanowującego kraj
kryzysu.

Fenomen Fideszu
Kampania wyborcza w kwietniu 2010 r. nie skupiała uwagi w Polsce –
przeżywaliśmy wówczas katastrofę smoleńską. Warto więc przypomnieć sobie,
jak doszło do tego, że konserwatywna prawica zdobyła 53 proc. głosów i w
wyniku tego dwie trzecie miejsc w Zgromadzeniu Narodowym (parlamencie).
Orbán szedł na wybory pod hasłem moralnej odnowy państwa. Towarzyszyć mu
miała zmiana polityki gospodarczej i głębokie reformy we wszystkich
dziedzinach, łącznie ze zmianą konstytucji. Idea duchowego odrodzenia miała
wyraźną religijną inspirację. Orbán, sam wierny Kościoła kalwińskiego
(ewangelicko-reformowanego), nie kryje, że ważny jest dla niego katolicyzm i
Jan Paweł II. Katolikami są też jego żona Anikó oraz ich pięcioro dzieci. –
Będę budować ojczyznę, tę przez małe "o", czyli państwo narodu węgierskiego,
tu, na tej ziemi, ale też Ojczyznę przez duże "O", Ojczyznę niebieską,
królestwo Boże. To wyższy sens i cel tego, co robię – powiedział.
Podstawą polityki gospodarczej ma być wsparcie rodzimego kapitału,
szczególnie małych i średnich przedsiębiorstw, ochrona tożsamości narodowej
i tradycji, rodzimej kultury i jej chrześcijańskiego oblicza. Orbán jest
zwolennikiem integracji europejskiej, ale też wyraźnego budowania
europejskiej tożsamości w oparciu o zasady chrześcijańskie. Podczas kampanii
wyborczej politycy Fideszu nie przejmowali się izolacją i krytyką w mediach,
zarzucających im ustami rozmaitych ekspertów populizm, radykalizm i
nacjonalizm. Sam Orbán poświęcił miesiące na podróże po kraju i kontakty z
obywatelami, których starał się przede wszystkim osobiście przekonywać do
swoich racji.
Ta kampania moralnego, narodowego oczyszczenia była na skalę europejską
bezprecedensowa. Jedynym zwycięstwem zdecydowanej prawicy w Europie poza
Węgrami jest sukces PiS i Lecha Kaczyńskiego pod koniec 2005 r. w Polsce,
niewątpliwie spowodowany kryzysem i aferami po rządach lewicy i
postkomunistycznego prezydenta przez poprzednie lata. Afera Rywina, afera
starachowicka, dziura budżetowa i inne problemy spowodowały, że Polacy
przestali (choć – jak się okazuje – na krótko) słuchać głosu medialnego
mainstreamu i zwrócili się do ugrupowań deklarujących chęć radykalnej zmiany
społecznej i ekonomicznej.
Jeśli jednak szukać uniwersalnego przykładu dla sukcesu prawicy, to
niewątpliwie klasycznym wzorem jest osoba Ronalda Reagana – prezydenta USA w
latach 1981-1989. Młody polityk, bardziej nawet działacz społeczny, także
zasłynął bezkompromisową, antykomunistyczną postawą. Krytykował nawet własną
(tzn. republikańską) administrację za bierność wobec niewoli państw Europy
Wschodniej znajdujących się pod wpływem ZSRS. Stał się też wrogiem
postępowych mediów, gdy jako gubernator Kalifornii sprzeciwiał się ekscesom
obyczajowej rewolty drugiej połowy lat 60. XX wieku. Jego poprzednik,
demokrata Jimmy Carter, wygrał wybory dzięki odwróceniu się wyborców od
republikanów po aferze Watergate, jednak był prezydentem słabym i
nieudolnym. Reagan, jako kandydat na najwyższy urząd w państwie, obiecywał
działania zdecydowane i skuteczne. Odwoływał się do tradycyjnych
amerykańskich ideałów: wolności, odpowiedzialności, prywatnej inicjatywy,
sprawiedliwości i rządów prawa. Zapowiadał obniżenie podatków i pobudzanie
inwestycji. Zaproponował też Ameryce plan o znaczeniu zupełnie historycznym:
pokonanie imperium zła, jak nazwał Związek Sowiecki. Ten cel, realizowany
poprzez wspieranie ruchów antykomunistycznych na całym świecie i program
wyścigu zbrojeń, został zrealizowany.

Kompromis lewicowej narracji
Niestety, rzadko kiedy politycy decydują się na tak zdecydowane poświęcenie.
Czasem u progu kariery mają naprawdę szczerą intencję realizacji prawicowych
ideałów w działalności publicznej. Potem jednak wszechobecna poprawność
polityczna, nacisk mediów i wpływowych osobistości, lęk przed wyśmianiem i
zarzutem radykalizmu powodują, że coraz częściej katolickie czy narodowe
postulaty są odsuwane na dalszy plan. Wejście w orbitę myślenia o
kompromisie i realizmie politycznym prowadzi do stopniowego przejęcia
lewicowej narracji ideowej i lewicowych rozwiązań.
Niekiedy nawet w zupełnie niesprzyjających okolicznościach politycznych
politykom udaje się jednak zachować swoją tożsamość duchową i polityczną.
Tak jest w Kolumbii, w której zdecydowana polityka walki z ubóstwem,
kartelami narkotykowymi i lewicowymi rebeliantami prowadzona jest coraz
skuteczniej i łączy się ze zwalczaniem korupcji oraz nepotyzmu. W
październiku 2008 r. władze z prezydentem Álvaro Uribe uczestniczyły czynnie
w poświęceniu kraju Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi. Duchowa
inspiracja ma pomóc rządzącym w konsekwentnym podążaniu drogą reform
opartych na rzeczywistych potrzebach społeczeństwa, wbrew popularnym w tym
rejonie świata tendencjom do lewicowych eksperymentów społecznych i
ekonomicznych. Podobny, umiarkowanie konserwatywny kierunek mają władze
rządzące od 1969 r. w Botswanie. Wówczas w pierwszych po odzyskaniu
niepodległości wyborach zwyciężył prawicowy kandydat Seretse Khama (obecnym
prezydentem jest jego syn Seretse Ian Khama). Botswana jest jedyną w Afryce
stabilną demokracją, państwem cieszącym się stałym wzrostem gospodarczym,
niewielką korupcją i brakiem skrajnej biedy, tak powszechnej w Afryce.
W Europie prawie wszystkie państwa to demokracje z systemem wielopartyjnym.
W każdym z nich jest ugrupowanie, które na lokalnej scenie politycznej jest
lokowane po prawej stronie. Ale nie oznacza to prawie nigdy takiego
konserwatywnego oblicza jak w przypadku Fideszu czy nawet polskiego PiS.
Partie, zwane obecnie chadeckimi czy ludowymi, miały naprawdę prawicowy
program, ale 30-40 lat temu. Teraz roztapiają się w magmie politycznego
centrum z postulatami, które trudno odróżnić od postulatów socjaldemokratów
czy liberałów. W Niemczech rządząca partia Angeli Merkel też jest prawicą –
co więcej, skrót CDU oznacza Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna. Gdy w
Holandii zalegalizowano eutanazję, "małżeństwa" homoseksualistów i wolny
handel narkotykami, też rządziła tam lokalna "prawica" ze słowem
"chrześcijańska" w nazwie partii. Odwrotnie jest w Portugalii, gdzie
najbardziej prawicowe ugrupowanie to Partia Socjaldemokratyczna. Nie można
więc patrzeć ani na nazwy, ani na historyczne dziedzictwo, lecz na obecny
program i działania ugrupowań sprawujących władzę. Te niestety na Starym
Kontynencie rzadko bywają wierne jego wielkiemu historycznemu dziedzictwu.
 

Piotr Falkowski

drukuj