Demontaż wolności

Ameryka ma obecnie dwóch głównych wrogów wolności. Pierwszym jest
terroryzm islamski, drugim – koncepcja wolności oparta na kontrakcie społecznym,
promowana przez amerykańską lewicę

Agresywna lewica dzierży władzę w USA. Przejęła Kongres, władzę sądowniczą,
media i banki, ma sojusznika w prezydencie. "Oświecony socjalizm" niszczy
indywidualną wolność, a społeczeństwo spycha w stronę totalitaryzmu.
25 maja br., kongresman Ron Paul (członek Izby Reprezentantów z ramienia Partii
Republikańskiej) wygłosił przemówienie na forum Kongresu USA. Zaczął je od słów:
"Do trumny republiki amerykańskiej wbijany jest ostatni gwóźdź. Jednak Kongres
zupełnie nie reaguje, choć nasze wolności na naszych oczach gwałtownie nikną.
Proces ten jest nakręcany przez nieuzasadniony strach i brak wiedzy o tym, jakie
jest prawdziwe znaczenie wolności. Jest on nakręcany także przez mity
ekonomiczne, fałszywe rozumowania i dobre intencje".

Postępująca dezintegracja
Jako przykłady zanikania amerykańskich wolności Paul wskazał po pierwsze –
powtarzające się odrzucanie zasady prawa i oferowanie panaceów, takich jak
opieka socjalna, na wszystkie problemy Amerykanów, oraz po drugie –
jedynowładztwo, które nadaje prezydentowi dyktatorskie prerogatywy, takie jak
możliwość zlecania zabójstw obcokrajowców oraz obywateli amerykańskich,
możliwość przeszukiwania i aresztowania bez odpowiednich nakazów,
przetrzymywanie w areszcie bez procesu, wypowiedzenie wojny bez zgody Kongresu i
inne.
Paul pytał: "Kto by pomyślał, że współczesne pokolenie i Kongres będą przyglądać
się bezczynnie tak szybkiej dezintegracji republiki amerykańskiej?". Oskarżył
Rezerwę Federalną o wspieranie i nakłanianie do dezintegracji poprzez
dodrukowanie pieniędzy i zgodę na "nieograniczone wydatki, niekończące się długi
oraz szczególną promocję kredytów". Dodał, że niektóre akty wydane przez Kongres
zwiększą, a nie zmniejszą uprawnienia prezydenta w zakresie prowadzenia wojny
pomimo śmierci Osamy bin Ladena i możliwości zakończenia konfliktów zbrojnych w
Iraku, Afganistanie i Pakistanie.
Paul utrzymuje, że od czasu wojny w Korei (wypowiedzianej jedynie na podstawie
rezolucji ONZ, nie zaś, jak jest to wymagane w konstytucji, na podstawie
deklaracji o wypowiedzeniu wojny wydanej przez Kongres) ranga przedstawicieli
Kongresu Stanów Zjednoczonych została wyraźnie osłabiona mimo podejmowanych na
przestrzeni kilku ostatnich dekad prób jej wzmocnienia. Zdaniem Paula, Kongres
przygląda się bezczynnie, jak trzy główne kompetencje amerykańskiego Konwentu
Konstytucyjnego (zagwarantowanie wolnego handlu pomiędzy stanami, zniesienie
papierowego pieniądza i uczynienie ze złota i srebra legalnego środka
płatniczego oraz ograniczenie władzy wykonawczej co do możliwości rozpoczęcia
wojny bez konieczności uzyskania zgody Kongresu) są ignorowane bądź
unieważniane. Paul błędnie jednak twierdzi, jakoby złoto i srebro były obecnie w
Stanach Zjednoczonych nielegalnym towarem – nie są wprawdzie legalnym środkiem
płatniczym, ale Amerykanie mogą je posiadać. Zdaniem Paula, rząd wykorzystuje
klauzulę mówiącą o handlu międzystanowym do tego, żeby utrudniać, a nie ułatwiać
prowadzenie wolnej wymiany handlowej; a także prezydentowi pozostawia wyłączne
prawo do wszczęcia wojny – coś, co Paul nazywa "wielkim ciosem wymierzonym w
istotę naszej republiki".
Kongresman Paul stwierdził, że dopóki te tendencje nie zostaną szybko
powstrzymane, to jest jasne, że "los republiki amerykańskiej będzie
przypieczętowany". Według niego, "najsmutniejszym aspektem tej tragedii jest to,
że wszystkie straszne zmiany są wprowadzane w imię patriotyzmu i obrony
wolności". Pełni dobrej woli Amerykanie są wprowadzani w błąd polegający na
wmówieniu im, iż patriotyzm wymaga, żeby dla zachowania bezpieczeństwa
poświęcili wolność. Według Paula, "nic nie może być dalsze od prawdy".
Jeszcze smutniejsze jest – zdaniem Ron Paula – to, iż Amerykanie są przekonani,
że wrogowie Ameryki atakują nas z powodu naszych wolności, a nie z powodu naszej
z gruntu wadliwej polityki zagranicznej, która pociągnęła za sobą uzasadnione
pretensje i zapoczątkowała wobec nas przemoc. Dopóki tego nie zrozumiemy, będą
prowadzone bez końca nienazwane i niewypowiedziane wojny, a nasze wspaniałe
doświadczenie wolności dobiegnie kresu.

Lewica w natarciu
Jestem pod wielkim wrażeniem licznych prób Rona Paula obudzenia Amerykanów i
uwrażliwienia ich na współczesne zagrożenia dla naszej wolności. I choć zgadzam
się z jego główną tezą, że zasadniczą przyczyną zmniejszania się pola
amerykańskich wolności jest nieuzasadniony strach i niewiedza na temat
prawdziwego znaczenia wolności, to jednak niektóre przesłanki użyte przez niego
w celu poparcia tej tezy uważam za półprawdy i nadmierne uproszczenia.
Myślę na przykład, że po głębszym zastanowieniu chętnie zgodziłby się ze mną, że
drugie zdanie jego wypowiedzi jest fałszywe. Kongres amerykański nie przygląda
się bezczynnie temu, jak na naszych oczach zanikają nasze wolności. Przecież Ron
Paul jest członkiem Kongresu i nie zaprzecza utracie wolności, bo wyraźnie to
dostrzega. I jak niektórzy kongresmani energicznie się temu przeciwstawia. Ale
co gorsza, wielu z nich, głównie liberalnych Demokratów i Republikanów, czynnie
wpłynęło na ograniczenie tych wolności. I nadal to robią.
Jestem zdania, że nie uczynią oni nic, aby ten proces powstrzymać. Do czasu
ostatnich wyborów Kongres zdominowany był przez agresywną lewicę, której wielu
członków było marksistami, radykalnymi przeciwnikami wojny w Wietnamie, którzy
stali kiedyś na czele gwałtownych protestów studenckich w amerykańskich szkołach
i na uniwersytetach. Obecnie przejęli oni kontrolę nad Kongresem, a amerykański
prezydent jest ich sojusznikiem. Po otrzymaniu takiego prezentu nie pozostają
bezczynni, pozwalając innym na rozmontowanie amerykańskiej wolności. Aktywnie
biorą udział w tym demontażu, zastępują tradycyjne rozumienie wolności jej
oświeceniową koncepcją socjalistyczną – wersją wolności według Rousseau – taką,
jaką generał Will tchnął w rządy terroru w okresie rewolucji francuskiej.
Niektórzy republikańscy kongresmani próbują obecnie pokryć część strat
spowodowanych przez realizowanie tej koncepcji, niemniej jest to zadanie
karkołomne, jako że wiele z tych osób to także socjaliści – tyle że w poglądach
bardziej umiarkowani niż wychowankowie lewicy, którzy kontrolują Kongres i Biały
Dom. Przeżywają oni trudny czas, gdyż próbują określić, z czym właściwie mają
walczyć i jakich metod powinni w tej walce używać.

Oblicza oligarchii
Ron Paul myli się także wtedy, kiedy martwi się schyłkiem republiki
amerykańskiej. Nie mówię tego po to, żeby zdezintegrować nasz kraj, prawdą jest
jednak, że republika amerykańska, jeżeli kiedykolwiek funkcjonowała, przestała
istnieć 100 albo więcej lat temu. W istocie jednak na tyle, na ile jestem w
stanie zaobserwować, na Zachodzie nie istnieje obecnie żadna republika i żadna
nie istniała tu od wieków, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Zwyczajne przestrzeganie
zasad prawa, niestawianie nikogo ponad nim nie stanowi o tym, że dany system
polityczny staje się republiką. Królestwa, systemy arystokratyczne także mogą
być życzliwie paternalistyczne.
Nowoczesne zachodnie państwa narodowe ugruntowały podstawę swego istnienia,
zanim formalnie powstały, a to dzięki pokojowi westfalskiemu (1648), który miał
położyć kres wojnom religijnym w Europie przez wprowadzenie zasady "cuius regio,
eius religio ("czyje panowanie, tego religia"). To z kolei przyczyniło się do
utrwalenia w sposobie myślenia zachodnich rządów zasady suwerenności, która
nadawała nowy sens doktrynie o pochodzących od Boga uprawnieniach króla. Teraz
zasada ta znaczyła, że władcy są ponad naturalnym prawem moralnym i nie są
zobowiązani do przestrzegania reguł prawa międzynarodowego.
Gdy po upadku monarchii powstały państwa narodowe, prezydenci i premierzy tych
nowych ciał politycznych po prostu zastąpili doktrynę praw królewskich
nowoczesnym rozumieniem suwerenności: państwa narodowe są ponad prawem. Krótko
mówiąc, współczesne prawo międzynarodowe jest oparte na teorii suwerenności,
która uznaje, że racją prawa jest siła, ale to powoduje, że ogół przepisów
międzynarodowych jest logicznie niespójny. Stąd pojawia się problem, że
jakiekolwiek współczesne państwo narodowe musi zwracać się do prawa
międzynarodowego, aby wyjaśnić, jak stosować zasady wojny sprawiedliwej w
kontekście współczesnych konfliktów międzynarodowych.
Przed końcem XVIII wieku prawie cała Europa była zadłużona u zachodnich
finansistów (w bankach międzynarodowych i u przemysłowców). W większości
przypadków dług jest rodzajem słabości, może prowadzić do zniewolenia.
Szczególnie dług międzynarodowy może skutkować tym, że dany naród stanie się
przedmiotem kontroli zagranicznych polityków. Wywiera ona niepożądany wpływ
zagranicznych instytucji na lokalne banki, religię, media i edukację. Zachodnia
finansjera użyła swoich pieniędzy do tego, żeby uzyskać kontrolę nad wszystkimi
głównymi partiami politycznymi w Europie i jej koloniach.
To sprawiło, że w Europie powstały rządy oligarchiczne (sprawowane przez wąską
grupę) bądź plutokratyczne (sprawowane przez bogatych), a nie republikańskie.
Mogły to być lepsze lub gorsze oligarchie aż po zdecydowanie złe despotyzmy (jak
w przypadku Adolfa Hitlera, Benita Mussoliniego czy Józefa Stalina).
Europejskie rządy wiele zaczerpnęły ze zwyczajów szlachty, arystokracji,
konkurujących ze sobą oligarchii i wzajemnie się zwalczających plutokracji. W
jakimś sensie politycy stojący na czele rządów europejskich nigdy nie stracili
cech władców feudalnych. Feudalni panowie przekształcili się w szlachtę, potem w
arystokrację, a następnie stali się wielkimi bankierami, prawnikami i
międzynarodowymi przedsiębiorcami. Ale wszyscy nadal – w mniejszym bądź większym
stopniu – zwalczają Papieża.

Mafia polityczna
Stany Zjednoczone powstały w pewnej mierze jako reakcja części zachodnich
biznesmenów na scentralizowany system kontroli kultury europejskiej, jaka była
udziałem europejskich arystokratów i plutokratów dzięki posiadaniu wielkiej
własności. Biznesmeni ci uświadomili sobie, że stworzenie prawdziwego rządu
republikańskiego jest właściwie niemożliwe, że taki rząd zawsze ma tendencję do
przekształcania się w oligarchię, a ta w rządy tłumu. Aby temu zapobiec oraz w
celu ochrony Amerykanów przed scentralizowanymi formami rządów oraz religijnymi
bądź biznesowymi monopolami, których zakładnikiem bywała Europa, amerykańscy
rewolucjoniści pragnęli stworzyć rząd oparty na rozdzieleniu władzy,
decentralizacji rządu, małym biznesie oraz własności prywatnej. Mówiąc w
skrócie, zdali sobie sprawę, że władza kontrolowana przez współzawodnictwo i
podział kompetencji, sprawowana przez władców feudalnych, jest prawdopodobnie
najlepszą formą rządów, jaką możemy osiągnąć na tej ziemi.
Rząd Stanów Zjednoczonych jest w znacznym stopniu skorumpowany. Podobnie
amerykańskie sądy. Wielu naszych najlepszych polityków i sędziów można kupić za
określoną cenę. Gdyby ONZ także nie była tak skorumpowana, poprosiłbym
obserwatorów z jej ramienia o przybycie do nas i monitorowanie naszych wyborów
(wysłaliby nam najprawdopodobniej Jimmy´ego Cartera). W przeważającej mierze
członkowie Kongresu są reprezentantami interesów wąskich grup finansowych. Z
pomocą medialnej propagandy ich głównym zadaniem jest pozyskanie mas, aby
przyjęły za swój program, który został wypracowany na poziomie międzynarodowym
przez dyplomatów, przemysłowców i międzynarodowych bankierów. Przykładem tego,
jak mogą działać skorumpowani politycy w Stanach Zjednoczonych, a wie o tym
prawie każdy starszy Amerykanin, może być wzrost ich wpływów w okresie
prohibicji [obowiązywała w USA jako prawo federalne w latach 1920-1933 – przyp.
red.]. Pod koniec lat 60. ubiegłego wieku mafia w Stanach Zjednoczonych miała
wielu swoich sędziów i polityków. Kontrolowała wtedy m.in. dystrybucję prasy w
wielu większych miastach. Było to możliwe dzięki temu, że prasa dostarczana była
należącymi do niej samochodami i rozprowadzana poprzez należące do niej stoiska
prasowe. Kontrolowała także wiele związków zawodowych, takich jak Teamsters – od
zawsze związany z Partią Demokratów. A teraz pytam: czy w taki sposób działa
rząd republikański?
Odpowiedź brzmi oczywiście "nie". Mimo to tak właśnie wygląda realna sytuacja
polityczna w Stanach Zjednoczonych. Wystarczy zapytać jakiegokolwiek
przedstawiciela Polonii mieszkającego w Chicago lub Nowym Jorku o to, czy mówię
prawdę. Wpływ mafii na świat mediów dostarczających informacji
najprawdopodobniej zmniejszył się na przestrzeni kilku ostatnich dekad, jednak
kontrola właścicieli banków nad politykami, sędziami i głównymi mediami, wcale
nie zmalała.

W stronę totalitaryzmu
Biorąc to wszystko pod uwagę, zastanówmy się, jakie główne przesłanie Ron Paul
próbuje skierować do Amerykanów. Nie w tym rzecz, że grozi nam utrata republiki.
Idzie raczej o to, że to, co lewica chciała przeprowadzić od dziesięcioleci,
jest realizowane przez obecny rząd, który dąży, by po pierwsze – całkowicie
zmienić amerykańskie rozumienie ludzkiej wolności, to znaczy, z indywidualnego
prawa nadanego przez Boga Stwórcę na socjalistyczne uprawnienie nadane przez
Centralny Komitet Planowania; po drugie – by zastąpić dominujące amerykańskie
rozumienie wolności jako naturalnej władzy indywidualnej ludzkiej duszy pojęciem
wolności traktowanym jako kolektywistyczny, socjalistyczny kontrakt, który
powstał dzięki rewolucji francuskiej i jej rządom terroru; a wreszcie po trzecie
– by zlikwidować rozdział władz w państwie, który od momentu powstania był w
Stanach Zjednoczonych główną ostoją ochrony osobistej wolności przed
politycznymi despotami.
Aby stawić czoło obecnemu problemowi, Amerykanom potrzeba czegoś więcej niż
wprowadzanie ich w błąd tezą o tym, jakobyśmy tracili republikę w sensie
politycznym. Grozi nam przyjęcie totalitarnego rozumienia wolności. Aby
uświadomić sobie, jak należy walczyć z tym złem, powinniśmy nauczyć się
właściwie je nazywać. Ameryka ma obecnie dwóch głównych wrogów wolności.
Pierwszym z nich jest terroryzm islamski (którego zasady wpłynęły na zasady
rewolucji francuskiej wskazane przez Rousseau), drugim zaś – koncepcja wolności
oparta na kontrakcie społecznym promowana przez amerykańską lewicę.
W celu zwalczenia zła u jego źródeł proponuję Amerykanom i nie-Amerykanom
kupienie i przeczytanie najnowszej książki najlepiej sprzedającej się autorki
"New York Timesa", Ann Coulter, pod tytułem: "Siły demoniczne: W jaki sposób
liberalna mafia zagraża Ameryce" (wydanej w Nowym Jorku przez Random House,
Inc., Crown Forum, w 2011 roku). Coulter jest jedynym znanym mi amerykańskim
komentatorem politycznym, który do głębi rozumie, w jaki sposób filozofia
Rousseau i rewolucja francuska, pod którą przygotowała grunt, są głównym źródłem
"oświeconego socjalizmu" (liberalizmu) i wszystkich patologii, jakie spowodował
on na Zachodzie na przestrzeni ostatnich kilku wieków. W skrócie rzecz ujmując,
lewica uwielbia rządy tłumu (stara się je promować), a także degenerację
moralną, gdzie to tylko możliwe, dzięki czemu umacnia swą kontrolę nad główną
władzą polityczną. Nadrzędnym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych nie jest
dzisiaj groźba utraty republiki. Jest nim groźba utraty indywidualnej wolności
wskutek dominacji politycznego sutenerstwa po rządy tłumu. To Ann Coulter, a nie
Ron Paul, lepiej rozumie ten problem i daje lepszą receptę, jak go rozwiązać.

 

Prof. Peter A. Redpath prezes Zarządu International Étienne
Gilson Society

tłum. prof. Piotr Jaroszyński, Agnieszka Żurek

drukuj