Raport jak ciepłe kluchy
Ze Zdzisławem Moniuszką, ojcem stewardesy Justyny Moniuszko, która zginęła
pod Smoleńskiem, rozmawia Adam Białous
Publikacja treści raportu ministra Millera była dla Pana wstrząsem?
– Z treści tego raportu właściwie nie dowiedziałem się niczego nowego, więc w
żaden sposób nie mógł on mną wstrząsnąć. Jest w nim dokładnie tyle, ile było
wiadomo już wcześniej. Nikogo w tym dokumencie jednoznacznie nie określa się
winnym spowodowania katastrofy. Najpierw wskazuje się złą pracę kontroli lotu,
żeby zaraz złagodzić to oskarżenie, mówiąc, że nie było w tym jej złej woli.
Nazwałbym ten raport takimi ciepłymi kluchami po obiedzie. Jedno, co mnie
zastanawia, to uporczywe trzymanie się tezy, że wszystkiemu winne było ślepe
patrzenie pilotów jedynie na wskazania wysokościomierza radiowego. Jakby byli
zahipnotyzowani. To niedorzeczność. Miałem nadzieję, że autorzy raportu podeprą
stawiane w nim tezy konkretnymi dowodami, czy to w formie nagrań, czy innych.
Tego zabrakło, dlatego cały ten raport uważam za zbiór hipotez, do tego
nieporadnie bronionych. Właściwie to nawet trudno się dziwić autorom, że ich
raport jest tak słaby, bo w jaki sposób można sporządzić rzetelny raport, jeśli
najpierw odda się główne dowody w sprawie stronie rosyjskiej, a później pisze
raport na podstawie materiałów wyselekcjonowanych przez Moskwę.
Z czego wynika słabość tego dokumentu?
– Pełno w tym raporcie sprzeczności. Raz mówi się jedno, a następnym
stwierdzeniem się temu zaprzecza. Raz podaje się, że samolot z posiadanym
systemem nie mógł automatycznie odejść na drugi krąg, a zaraz się stwierdza, że
jednak mógł. Sam pan minister Miller podczas prezentacji dokumentu używał
jakichś dziwnych porównań. Na pytanie dziennikarza, czy rzeczywiście zderzenie
skrzydła samolotu z niewielką brzozą mogło mu aż tak zaszkodzić, w odpowiedzi
użył porównania samolotu do samochodu i odpowiedział pytaniem na pytanie: A co
by było, gdyby rozpędzony samochód uderzył w takie drzewo? Moim zdaniem to
zupełnie nietrafne zestawienie. Po pierwsze, samolot waży kilkadziesiąt ton
więcej niż samochód. Po drugie, uderzył skrzydłem nie u najgrubszej i
najbardziej stabilnej podstawy drzewa, jak by to zrobił samochód, ale na
wysokości 6 metrów, gdzie brzoza była o wiele cieńsza i elastyczniejsza. Takimi
porównaniami można się tylko ośmieszyć. Najpierw wskazywano uparcie, że
największym błędem było włączenie autopilota. Teraz zmieniono już kurs i raport
ministra Millera wskazuje, iż głównym błędem pilotów było oparcie się podczas
próby lądowania na wskazaniach wysokościomierza radiowego.
Korzystanie z odczytów radiowysokościomierza uznano za najpoważniejszy błąd
załogi.
– Moim zdaniem to jakieś rozpaczliwe stawianie tezy, której nie da się logicznie
obronić. Piloci musieli brać pod uwagę również dane z wysokościomierza
barometrycznego. Domagali się przecież danych dotyczących ciśnienia od
kontrolerów lotu z lotniska w Smoleńsku. Świadczy o tym zapis ich rozmów z
czarnej skrzynki. Jest tam fragment, kiedy major Protasiuk prosi kontrolerów
lotu właśnie o podanie parametrów ciśnienia z lotniska. Na pierwszą taką prośbę
oni zupełnie nie reagują. Pilot ponawia prośbę pytaniem "Jakie jest ciśnienie,
jaka pogoda?". Na co osoba z kontroli lotu odpowiada szyderczo: "Jest zimno",
nie podając przy tym wskaźników ciśnienia. Powstaje pytanie, czy rosyjska
kontrola lotu w ogóle podała załodze polskiego samolotu ciśnienie, a jeżeli
podała, to jakie? Z tego, co mi wiadomo, w raporcie ministra Millera nie ma o
tym mowy. A czy jest to w stenogramach z czarnych skrzynek? Nic o tym nie
wiadomo. Wiadomo natomiast, że przy pierwszym nawiązaniu łączności z polską
załogą jaka major Protasiuk pyta od razu, jakie jest ciśnienie na lotnisku, z
czego wynika, że albo nie otrzymał tych danych z kontroli lotu, albo te, które
otrzymał, były zupełnie niewiarygodne. To właśnie jest kolejne pytanie, na które
nie odpowiedziano podczas prezentacji raportu: Jakie dane zostały wprowadzone do
systemu sterującego wysokościomierzem barometrycznym?
A oprócz wysokościomierzy, na jakie jeszcze kwestie w dokumencie komisji
zwrócił Pan uwagę?
– Zupełnie jest dla mnie nieprzekonujące twierdzenie raportu, jakoby pytano
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, na jakim lotnisku zapasowym ewentualnie można by
wylądować. Przecież – jak wynika z opublikowanych zapisów czarnych skrzynek –
załodze polskiego samolotu strona rosyjska nie podała zapasowych lotnisk. Jak
więc prezydent mógł decydować o tym, jakie lotnisko zapasowe wybrać – kiedy ich
nie znał. Jak również wiadomo, najbliższe lotnisko w Witebsku było 10 kwietnia
zamknięte, ponieważ po prostu w sobotę nie pracuje. Poruszony został wątek
formalnych braków w dokumentach pilotów. Brak pieczątek w dokumentach nie musi
wcale oznaczać, że ktoś nie zna się na wykonywanym fachu. Świadczyć może jedynie
o tym, że ktoś nie dopilnował, żeby ta pieczątka w porę została przyłożona.
Podobnie dziwna jest dla mnie teza zawarta w raporcie, że dowódca był
rozproszony podczas lądowania, bo musiał jednocześnie sterować samolotem i
rozmawiać po rosyjsku z kontrolą lotu, a wszystko dlatego, że nie było tzw.
lidera, który powinien tłumaczyć na język polski komunikaty płynące z lotniska.
Wcześniej jednak mówiono, że lider nie był potrzebny, bo i tak musiałby
rozmawiać z pilotem, co mogłoby go rozproszyć. Przecież tak czy owak uwagi
pilota, szczególnie tak wysokiej klasy jak Protasiuk, nie było w stanie
rozproszyć wykonywanie kilku czynności naraz. Podobnie z zarzutem zawartym w
raporcie, że gdyby piloci byli lepiej wyszkoleni, to być może lot zakończyłby
się szczęśliwie. Szkolenie trwa przez całe dziesięciolecia wykonywania danego
zawodu, a gdy ktoś odchodzi na emeryturę, jeszcze można mu zarzucić, że jest
niedoszkolony. Te wszystkie oskarżenia w raporcie są według mnie sztuczne.
Właściwie to można je postawić każdemu.
Odpowiadała Państwu forma zaproszenia na prezentację?
– Zaproszenie rodzin jedynie drogą e-mailową uważam za nieodpowiednie. Przecież
nie wszyscy muszą mieć dostęp do internetu, nie wszyscy muszą codziennie
sprawdzać pocztę e-mailową. Ja i żona dowiedzieliśmy się o tym zaproszeniu od
znajomej, która zadzwoniła do nas i powiedziała, że ono zostało przesłane drogą
internetową. Zanim je odebraliśmy, było już praktycznie za późno, żeby nawet
rozważać możliwość wyjazdu do Warszawy. Takie powiadamianie nas w ostatniej
chwili uważam za postawę niepoważną i lekceważącą. Dwa razy rodziny ofiar
katastrofy smoleńskiej pisały prośby do premiera o przedstawienie nam raportu
Millera jako pierwszym, bo uważamy, że mamy do tego pełne prawo. Premier nie
raczył nawet odpowiedzieć na żadne z tych pism. Czy można nie czuć się co
najmniej lekceważonym?
"Smoleńska tragedia uaktywniła pewną genetyczną skazę występującą u części
nadwiślańskiej ludności" – zdiagnozował w kontekście ogłoszenia raportu Tomasz
Lis w artykule wstępnym na łamach "Wprost". To według jego wykładni m.in.
gotowość cierpienia dla ojczyzny. Zastanawiam się, gdzie to wyczytał, bo w tym
dokumencie nie ma śladu po analizie DNA Polaków. Co więcej, Rosjanie nie
przekazali pełnej dokumentacji medycznej ofiar katastrofy.
– Choć sam raport został upubliczniony w sposób cywilizowany – wskazuje się w
nim domniemane przyczyny katastrofy, przy czym nikogo się całą winą za jej
spowodowanie nie obciąża, to teraz, po publikacji, można zauważyć, że wśród
wielu komentarzy szczególnie nagłaśnia się te, które jedynymi winnymi
spowodowania tej tragedii czynią pilotów. Tak jak sformułowane to zostało w
raporcie rosyjskiego MAK. Znów zaczęła się nagonka, bez przedstawienia
jakichkolwiek konkretnych dowodów, na tych, którzy bronić się już nie mogą.
Widać, że zaangażowano do tego osoby reprezentujące różne środowiska, jednak
można łatwo zauważyć, iż tym, co je łączy, jest ślepa chęć, za wszelką cenę,
przypodobania się władzy. Wypowiedzi w agresywnym tonie skierowane m.in. wobec
pilotów i tych, którzy ich bronią, domagają się prawdy na temat przyczyn
katastrofy, a jest to spora część społeczeństwa, słyszeliśmy więc w ostatnich
dniach z ust niektórych dziennikarzy, takich jak np. Tomasz Lis. Swoją
wypowiedzią o Polakach, którzy – jego zdaniem – posiadają jakąś "genetyczną
skazę", potwierdza, że nie szanuje swojego Narodu. Jednak pracując także w
publicznych mediach, chętnie bierze wypłatę, którą ci Polacy wypracowali.
Dlaczego, skoro w kraju nad Wisłą jest mu tak źle, nie wyjedzie za granicę? Za
haniebną uważam też wypowiedź gen. Leszka Cwojdzińskiego, którą znieważył pamięć
mjr. Protasiuka. Na podstawie jakich dowodów mówi on, że ten doskonały pilot nie
powinien być dowódcą lotu? Są to oszczerstwa, które ranią rodzinę mjr.
Protasiuka.
Dziękuję za rozmowę.
