Media publiczne urządowione

Rok temu, wykorzystując sytuację po katastrofie smoleńskiej, prezydent
elekt Bronisław Komorowski doprowadził po raz pierwszy w historii do rozwiązania
składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w wyniku równoczesnego odrzucenia
jej sprawozdań przez Sejm, Senat i prezydenta. Jednocześnie w parlamencie
przeprowadzono głosami koalicji rządowej PO – PSL i "opozycyjnego" SLD szybką
nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji, która umożliwiała skrócenie
kadencji rad nadzorczych mediów publicznych, wybranie nowych i większy wpływ
rządu na ich skład. Cel był jeden: wyrugować z władz mediów publicznych
wszystkich funkcyjnych, dziennikarzy i publicystów o konserwatywnej wrażliwości,
oskarżanych przez nową koalicję medialną PO – SLD – PSL o sympatyzowanie z PiS i
nadmierną krytykę rządu Donalda Tuska.

W ciągu trzech jesiennych miesięcy z anteny TVP zniknęło kilkanaście znanych,
popularnych nazwisk i kilkanaście programów, w których wrażliwość konserwatywna,
prawicowa miała prawo obecności. Tak szybkiej i dogłębnej czystki jeszcze w
historii TVP nie przeprowadzono.
Jednocześnie zaczął się kontredans nowego podziału wpływów trzech koalicyjnych
partii w publicznych mediach. Nie wiedzieć czemu, PO zgodziła się na równowagę
tych wpływów z SLD poprzez wybór takiej samej liczby członków KRRiT związanych z
oboma środowiskami. A to oznaczało, iż mimo przewodniczenia Krajowej Radzie
przez związanego raczej z PO, a przede wszystkim z prezydentem, Jana Dworaka
żadna poważna decyzja personalna w tych mediach nie mogła zostać podjęta bez
zgody SLD czy związanego z tą partią Stowarzyszenia Ordynacka z przemożnym
wpływem Włodzimierza Czarzastego i Roberta Kwiatkowskiego. Zamiast zgodzić się
na ukształtowanie KRRiT w formule 2-1-1-1 (PO – PiS – SLD – PSL), co dawałoby
politykom PO możliwość manewru w każdej ważnej sprawie, a i prawicowej opozycji
umożliwiłoby obronę przynajmniej części solidnej debaty publicznej, Platforma
skazała się na dyktat ludzi lewicy.
Na tym polega tajemnica obecnej akcji parlamentarnej PO: odrzucić sprawozdanie z
działalności nowej KRRiT i ponownie wybrać jej skład. Prawdopodobnie chodziło o
"utarcie nosa" SLD w mediach, zmuszenie jego ludzi do ustępstw, a może nawet
jeszcze bardziej o zachłanne zawłaszczenie tych mediów przez ludzi PO z lekkim
udziałem PSL.

Co na to prezydent?
Przez ostatnie dwa tygodnie wszyscy zastanawiali się, jak do tego planu tym
razem ustosunkuje się Bronisław Komorowski. Nie pomyliłem się, gdy pytany o to
wyrażałem przekonanie, że prezydent sprawozdanie KRRiT przyjmie. Opierałem swoje
przypuszczenie na kilku przesłankach. Po pierwsze, Bronisław Komorowski szuka
każdej okazji, by tanim kosztem, bez istotnego naruszania interesów zaplecza
politycznego, z którego się wywodzi, czyli PO, wyróżnić się i pokazać, że może
mieć w jakiejś sprawie inne zdanie. Z pewnością pamięta on poniżającą deklarację
Donalda Tuska, że prezydentura to w gruncie rzeczy figuranckie "pilnowanie
żyrandola" i chce pokazać, że dysponuje realną, odrębną władzą. Dlatego wyznaczy
termin wyborów na inny dzień, niż sugerowała to formalna uchwała PO, dlatego
prawdopodobnie wyznaczy jeden dzień wyborów, a nie dwa, jak chciała Platforma, i
dlatego przyjął sprawozdanie KRRiT, choć partia ta chciała jego odrzucenia.
Jednak w rzeczywistości są to gesty, które niewiele prezydenta kosztują i nie
powodują gwałtowanego konfliktu z PO.

Konserwatysta przez małe "k"
Po drugie, akcja PO w sprawie KRRiT była wymierzona w lewicę, w SLD. Tymczasem
Bronisław Komorowski jest tym politykiem, który jeszcze będąc w PO, opowiadał
się za współpracą, a nie konfrontacją z lewicą (w imię wspólnej walki z PiS).
Ten "konserwatysta" przez małe "k", jak sam się określał w prezydenckich
prawyborach i wyborach, stworzył zaraz po nich najsilniejszy dziś lewicowy
ośrodek władzy politycznej w Polsce. Wskazują na to niemal wszystkie jego ważne
decyzje personalne w Kancelarii Prezydenta. W tym sensie należy rozumieć słowa
premiera Jarosława Kaczyńskiego, że Bronisław Komorowski "został wybrany przez
Polaków przez nieporozumienie", gdyż nie sądzę, że 9 mln naszych rodaków, którzy
na niego zagłosowali w drugiej turze, wiedziało, iż ten człowiek "bliski
Kościołowi", ojciec pięciorga dzieci, historyk, działacz antykomunistyczny w
PRL, z pochodzenia ziemianin, właśnie stworzy taki lewicowy ośrodek. Trudno więc
było spodziewać się, by w takim otoczeniu prezydent słyszał namowy do twardej
konfrontacji z lewicą w mediach publicznych.

Z ław rządowych do TVP
Po trzecie wreszcie, przedstawicielami bliskimi PO w nowej KRRiT są po prostu
bliscy współpracownicy, jeśli nie przyjaciele obecnego prezydenta – Jan Dworak i
Krzysztof Luft. Ekspertyzy prawne nie dawały tymczasem pewności, czy do kolejnej
Rady będzie mógł ich powołać ponownie. Z pewnością nie był przez nich samych
zachęcany do rozwiązania obecnego składu Rady.
Prezydent wziął więc teraz główną odpowiedzialność za ład medialny, a ściślej
mówiąc, ład w mediach publicznych w Polsce. A ład ten polega m.in. na tym, że do
dwóch dotychczasowych, wieloletnich patologii, które toczyły media publiczne
przez lata, czyli nadmiernej komercjalizacji ich programów (kosztem wypełniania
misji) i upartyjnienia ich władz, dołożono jeszcze trzecią, dotąd niespotykaną –
"urządowienie" ich władz. Słabo został zauważony i oceniony fakt, że po raz
pierwszy w historii najwyższe stanowiska w TVP objęli ludzie wprost z ław
rządowych, i to też z wysokiego szczebla rządu. W 3-osobowym nowym zarządzie TVP
znalazł się Marian Zalewski, były wiceminister rolnictwa, a prezesem Zarządu
Spółki Telewizja Polska SA został Juliusz Braun, dotychczasowy dyrektor
Departamentu Strategii i Analiz w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa
Narodowego. Z kolei Jacek Weksler, były wiceminister kultury i dziedzictwa
narodowego, objął stanowisko dyrektora biura koordynacji programowej TVP. Nawet
jeśli uznać, że mają oni doświadczenie medialne (bo mają), to jednak na taki
skrót i brak "higieny politycznej" w obejmowaniu stanowisk w TVP dotąd nikt
sobie nie pozwalał. Należy o tym pamiętać, gdy wciąż słyszy się z ust polityków
PO o "powrocie normalności", "odpolitycznieniu" czy "odpartyjnieniu" mediów
publicznych.
Prezydent Komorowski i politycy PO powinni wszak wiedzieć jedno. Konserwatywny
nurt opinii publicznej, reprezentowany przez wielu niezwykle profesjonalnych i
znanych dziennikarzy i publicystów, jest już tak potężny, że nie da się go
całkowicie zdusić, jak zrobiono to w TVP. Powołuje nowe instytucje medialne (ich
sukcesy obserwujemy w ostatnich tygodniach ku zaskoczeniu wszystkich), jest już
najsilniejszy w portalach internetowych traktujących o polityce, dominuje w
blogosferze, potrafi w swoistym "drugim obiegu" zebrać audytorium 1-5 mln widzów
dla filmów dokumentalnych (!), które puszczane w głównych telewizjach
ogólnodostępnych nigdy takiego wyniku by nie osiągnęły (choć dotyczyły sprawy,
która w normalnym kraju byłaby w nich pokazywana). Zatem obecnym strażnikom
politycznej poprawności i politycznej cenzury w mediach publicznych warto
uzmysłowić, że nurt ten prędzej czy później wleje się z powrotem do tych mediów,
czy im się to podoba, czy nie. Nikt nie będzie o to prosił, po prostu tak się
stanie.

 

Jarosław Sellin

drukuj