Inwektywy nie zmienią faktów
Z posłem Antonim Macierewiczem (PiS), szefem Zespołu Parlamentarnego ds.
Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku, rozmawia Marcin
Austyn
Spodziewał się Pan, że "biała księga" na temat tragedii smoleńskiej spotka
się z medialnym linczem?
– Problem w tym, że oprócz inwektyw nie słyszałem żadnej konstruktywnej krytyki
związanej np. z błędami w doborze materiału. Dotąd nie została zakwestionowana
ani prawdziwość żadnego dokumentu, ani metoda doboru materiału. Jesteśmy ludźmi,
więc mogły nam się przytrafić jakieś potknięcia. Jeśli zostaną one wykazane,
będę dążył do ich skorygowania. Na razie "biała księga" jest jedynym istniejącym
w Polsce dokumentem, który całościowo ujmuje problem tragedii smoleńskiej – od
jej genezy i zaniedbań związanych z budową bezpiecznej floty, po konsekwencje
związane z rezygnacją rządu Donalda Tuska z przywilejów Polski płynących z
porozumienia zawartego z Rosją w 1993 roku.
Księga krytykowana jest za rzekome "wymysły" na temat obezwładnienia samolotu
jeszcze w powietrzu. Tymczasem tę sprawę zaznaczył Międzypaństwowy Komitet
Lotniczy w swoim raporcie…
– Rosjanie bardzo fragmentarycznie przywołali opinię na ten temat, korzystając z
wyników analiz systemów TAWS i FMS, które przeprowadzili Amerykanie w firmie
producenta. MAK przywołał wyniki tych badań i nawet uwzględnił je w wykresie nr
25 raportu. Możemy tam odnaleźć wykres wysokości samolotu w ostatnich minutach
lotu. Wyraźnie na nim widać, że linia urywa się nad poziomem pasa.
To nie przeszkodziło Rosjanom twierdzić, że samolot do zderzenia z ziemią był
sprawny…
– MAK generalnie starał się nie fałszować faktów, co najwyżej ich nie podawał
lub je ukrywał. Jednak już w konkluzjach pewne elementy zostały całkowicie
pominięte.
Fakt, że mjr Arkadiusz Protasiuk podał komendę "odchodzimy", zdaniem krytyków
zespół… wymyślił.
– To zrobiło na mnie duże wrażanie. Tego rodzaju wypowiedzi pokazują, jak wielka
jest zaciekłość i stronniczość niektórych ekspertów. Wiemy, że jednym z
istotniejszych elementów polskiego stanowiska było odczytanie rzeczywistego
zapisu głosu mjr. Protasiuka pod nałożonymi w wersji rosyjskiej słowami. On nie
mówił – jak stwierdzili Rosjanie – "100 m w normie", tylko – "odchodzimy".
Kontrolerzy z lotniska Siewiernyj, mając do dyspozycji system RSL, mogli nie
znać wysokości samolotu?
– Dysponujemy ekspertyzami polskich nawigatorów, wojskowych kontrolerów lotu,
pracujących na najważniejszych polskich lotniskach, osób z wieloletnim
doświadczeniem zawodowym, także nauczycieli młodych adeptów sztuki lotniczej.
Oni jednoznacznie stwierdzają, że ten system pozwalał kontrolerom określić
wysokość samolotu.
Pana zespołowi zarzucana jest manipulacja informacjami o faktycznej
zawartości czarnych skrzynek Tu-154M. Skoro nie możemy mówić, że skrzynki były
fałszowane, to czy uprawnione jest twierdzenie, że fałszerstwa nie było?
Przecież oficjalnej ekspertyzy na ten temat nie ma.
– To jedno, a należy też przypomnieć, że kopie zapisów czarnych skrzynek, które
przywiózł z Moskwy minister Jerzy Miller na przełomie maja i czerwca 2010 roku,
były w pierwszych wydaniach pozbawione 17 sekund zapisu. Przekazuje się kopie,
co do których twierdzi się, że są wiernym i wiarygodnym obrazem oryginału, co
więcej – potwierdza się tę wiarygodność, a potem okazuje się, że brakuje 17
sekund. To jest fałszerstwo. Ponadto okazuje się, że taśma mieści 38 minut
zapisu w sytuacji, gdy nigdy taka praktyka nie miała miejsca, i twierdzi się, że
jest to wynik użycia innego nośnika niż standardowy. To się dzieje w odniesieniu
do materiału, który jest dokumentem lotu, dokumentem niejawnym. Nie można
dowolnie zmieniać nośników w skrzynkach. Tu się okazuje, że nikt nie wiedział o
zamianie taśmy. Dlatego mamy pełne prawo stwierdzić, że zapisy były fałszowane.
Jak traktować opinie, że wizycie towarzyszył bałagan organizacyjny, lotnisko
nie było przygotowane, ale wcześniej nikomu taki stan nie przeszkadzał?
– Świadczy to o tym, że akceptowana jest działalność na szkodę bezpieczeństwa
najważniejszych osób w państwie. Obowiązek dobrego przygotowania lotniska jest
częścią porozumienia międzynarodowego z 1993 roku, które wiąże Rosję w tym
zakresie. To był ich obowiązek, a zaniechanie jego wypełnienia oznacza złamanie
porozumienia, co wiązało się z konsekwencjami. Z tego też powodu rezygnacja
rządu ze stosowania porozumienia jest dla nas tak bardzo dotkliwa. Pozbawiło nas
to podstawy prawnej do domagania się rekompensat za niewypełnienie zapisów
porozumienia. Osoby prezentowane jako eksperci lekceważącymi wypowiedziami na
ten temat działają na szkodę bezpieczeństwa prezydenta i międzynarodowych
interesów Polski. Działają na korzyść tylko jednego państwa – Rosji.
Trywializowane jest też zignorowanie ostrzeżenia o potencjalnym ataku na
samolot, bo później okazało się, że nie chodzi o rządową maszynę. Można tak
postępować?
– Może "później" tak było, ale problem polega na tym, że informacja przyszła
"wcześniej". Obowiązkiem ABW było sprawdzenie, czy nie istniało realne
zagrożenie bezpieczeństwa prezydenta RP. To było obowiązkiem tych służb. Jego
niewypełnienie kompromituje tę służbę i powinno oznaczać dymisję jej
kierownictwa.
Dziękuję za rozmowę.
