Mikroślady zostałyby w kamizelkach
Z mjr. rez. Robertem Terelą, pirotechnikiem, byłym funkcjonariuszem Biura
Ochrony Rządu, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Prokuratorzy, wykluczając wstępnie hipotezę tzw. udziału osób trzecich,
powołali się na opinie biegłych z Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii,
którzy nie stwierdzili obecności w miejscu katastrofy materiałów wybuchowych,
toksycznych i radioaktywnych, jak również ponadnormatywnego promieniowania.
– W przytoczonym przez pana twierdzeniu brakuje informacji o zakresie
przeprowadzonych przez Wojskowy Instytut Chemii i Radiologii badań na
okoliczność wystąpienia określonych związków, substancji czy też pierwiastków.
Nie stwierdzono również obecności mieszanin i związków zdolnych do wybuchu,
jednocześnie niekwalifikowanych jako materiał wybuchowy. W czasie wybuchu, gdy
został użyty konwencjonalny materiał wybuchowy lub mieszanina zdolna do wybuchu,
promieniowanie jonizujące nie występuje, a przynajmniej nie jest możliwe do
zarejestrowania przez etatowe urządzenia BOR, mam tu na myśli monitor skażeń
radioaktywnych, gdzie moc dawki przed wybuchem i po nim była prawie identyczna.
Każdorazowo BOR wraz z innymi służbami wykonuje przed wylotem samolotu
rozpoznanie na okoliczność promieniowania radiologicznego. Nie potrafię
określić, jakie zjawiska dodatkowe występują w otoczeniu przy wybuchu etatowych
środków wojskowych.
Zmycia z kadłuba, wykonane przez Rosjan 12 kwietnia 2010 r., nie wykazały
śladów materiałów wybuchowych. Na czym polegało to badanie?
– Prawdopodobnie Rosjanie wykonywali ściąganie śladów z kadłuba poprzez
pocieranie specjalnymi nośnikami i analizowali zawartość chemiczną na tych
nośnikach. Na temat skuteczności takiej metody wiarygodną opinię może wydać
Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Jeśli nastąpiłby wybuch w samolocie,
wskazane byłoby zbadanie mikrośladów zarówno na wyposażeniu samolotu, czyli
fotelach i innych częściach stałych, jak i na ubraniach pasażerów. Wydaje mi
się, że istotne byłoby również zidentyfikowanie, gdzie który pasażer siedział w
trakcie katastrofy. Różnica umiejscowienia pasażerów w tupolewie i locie
rejsowym polega na tym, że w locie rejsowym każda osoba ma przypisane miejsce i
tam siedzi. Wprawdzie fotele w Tu-154M są numerowane, ale pasażerowie siadają
dowolnie.
Po zderzeniu samolotu z ziemią było mało płomieni. To standardowe?
– Oglądałem dużo wypadków, które robi NASA symulacyjnie w ramach badań. Są
wypadki, gdzie samolot uderza np. w beczki z paliwem i wszystko wybucha do 50
metrów, są też wypadki, gdzie samolot upada, ciągnie po ziemi, leci dym, ogień i
nie ma tego zapłonu albo następuje on po znacznie dłuższym czasie. Tutaj nie ma
reguły.
Swego czasu furorę w internecie zrobił film, znany pod umownym tytułem
"Samolot płonie". Co Pan, jako pirotechnik, sądzi o dźwiękach, które zostały na
nim zarejestrowane?
– Film istnieje i jest to fakt nie do podważenia. Jestem przekonany, że pochodzi
z miejsca katastrofy i został wykonany przez jednego ze świadków zdarzenia. Po
obejrzeniu tego filmu wydaje mi się, że strzały padły. Nie mam pojęcia, skąd
pochodziły, sądzę, że w tej kwestii jasne stanowisko powinna zająć prokuratura.
Natomiast mogę z całą pewnością stwierdzić, że nie mógł to być wybuch butli z
tlenem. Na pokładzie Tu-154M znajdują się butle ze sprężonym powietrzem do
ciśnienia około 200 atmosfer. Taka butla ma wytrzymałość do ok. 260 atmosfer,
więc jej wybuch fizyczny nastąpiłby przy ciśnieniu ponad 300 atmosfer.
Powietrze, które gwałtownie rozprężyłoby się przy tak dużym ciśnieniu, dałoby
efekt dźwiękowy i wzrokowy podobny do wybuchu np. małego ładunku wybuchowego.
Takie zjawisko byłoby widoczne przy ziemi. Część gruntu z elementami butli
przemieściłaby się do góry.
Rosyjscy żołnierze zeznawali przed prokuratorami, że przed zderzeniem z
ziemią w okolicach ogona samolotu widzieli błysk. Można określić źródło jego
pochodzenia?
– Źródeł pochodzenia obserwowanego przez świadków błysku może być wiele. W tym
akurat przypadku zjawisko błysku, które mogło wystąpić, jest zależne od
okoliczności, w jakich zaistniało i jakie ewentualnie dodatkowe zjawiska mu
towarzyszyły. Zakładając, że świadkowie obserwujący określone wydarzenie są w
stanie w sposób wiarygodny opisać to, co widzą i słyszą, i opis ten będzie u
wielu osób identyczny, to należy taką okoliczność zbadać, tj. co było przyczyną
zaistnienia błysku i jaki miał on ewentualny wpływ na dalszy przebieg wydarzeń.
Nie byłem na miejscu zdarzenia i nie widziałem na żadnym ogólnie dostępnym
materiale tej fazy lotu, w której akurat to zjawisko wystąpiło. Gdyby to ode
mnie zależało, zbadałbym m.in., czy to zjawisko mogło pochodzić np. od
oświetlenia samolotu lub od innego źródła światła, a świadkowie w związku ze
swoim położeniem i ograniczoną widocznością otoczenia mogli zaobserwować
złudzenie optyczne. Wydaje mi się, że w tej kwestii powinni zająć stanowisko
eksperci z zakresu lotnictwa i odpowiedzieć, czy źródłem takiego zjawiska mógłby
być pracujący silnik tupolewa.
To jedyne możliwe źródła?
– Nie. Jeśli wystąpił błysk, to źródeł pochodzenia zaobserwowanego przez
świadków błysku nie może być dwa, trzy – tylko wiele. Zrozumiałem, że w domyśle
pyta pan, czy może pochodzić z wybuchu. Tak, mógłby być następstwem wybuchu. Na
potwierdzenie lub wykluczenie takiej tezy należałoby przeprowadzić badania na
okoliczność mikrośladów. Zakładając hipotetycznie, że w Smoleńsku mogło dojść do
tzw. zdarzenia z udziałem osób trzecich, trzeba zdać sobie sprawę z faktu, że
ładunek nie musi mieć 10 kilogramów. Wystarczy umieścić w obudowie określonego
elementu samolotu ładunek, który jest pozornie podobny do elementu wyposażenia
samolotu i ma raptem 20 gram. Uszkodzenie istotnej dla bezpieczeństwa lotu
części instalacji samolotu może doprowadzić do katastrofy. Wybuch przestrzenny
byłby możliwy, gdyby np. rozpyliło się paliwo, stworzyło mieszankę paliwową i
zostałby zainicjowany zapłon. Ale to przy założeniu, gdyby…
Ale żeby móc to stwierdzić, trzeba mieć dostęp do bezpośrednich, pierwotnych
dowodów, a te zostały na terenie Federacji Rosyjskiej.
– Jak najbardziej, śledztwo i inne postępowania wyjaśniające powinny być oparte
wyłącznie na dowodach. Należy tu zaznaczyć, że zeznania świadków katastrofy to
też dowody. Ich istotność jako materiału dowodowego w śledztwie oczywiście jest
oceniana przez śledczych prowadzących postępowanie. Strona rosyjska powinna
określić, na podstawie jakich dowodów wykluczyła ewentualny zamach
terrorystyczny z użyciem materiałów wybuchowych. Na pewno wykluczenie wątku
zamachu z użyciem materiałów wybuchowych lub substancji, mieszanin zdolnych do
wybuchu powinno nastąpić w obecności polskich ekspertów, którzy mogą stanowić
wsparcie z dziedziny materiałów wybuchowych. Na marginesie, nie słyszałem, aby
jakakolwiek ze stron biorących czynny udział w postępowaniu stwierdziła, że
wyklucza użycie mieszaniny lub substancji zdolnej do wybuchu, która w świetle
przepisów nie stanowi de facto materiału wybuchowego. Choć są one uznawane za
konwencjonalne środki terrorystyczne i mogą być bardzo skuteczną bronią w celu
przeprowadzenia zamachu. Osobiście zadałbym pytanie Rosjanom, w jaki sposób
wykluczyli użycie np. nadtlenku acetonu (TATP), który nie jest materiałem
wybuchowym, tylko niebezpieczną substancją o właściwościach materiału
wybuchowego i można go skutecznie użyć do zamachu.
Nie boi się Pan posądzenia o multiplikację teorii spiskowych, taką łatę
przypięto już m.in. Antoniemu Macierewiczowi, gdy podnosił problem tzw.
sztucznej mgły.
– Tym, którzy dyskredytują posła Macierewicza i członków parlamentarnego zespołu
smoleńskiego i twierdzą, że nie można wytworzyć zasłony dymnej w postaci
sztucznej mgły, chcę wyjaśnić, iż taką zasłonę dymną można zrobić. Oczywiście,
ten wątek może być tematem do drwin, lecz są do tego specjalne urządzenia
działające na bazie silników odrzutowych, zamontowane na podwoziach pojazdów
terenowych typu Ural. Standardowo są w wyposażeniu wojsk chemicznych i służą
zarówno do przeprowadzenia odkażania sprzętu wojskowego, jak również jako
generatory zasłony dymnej. Rosjanie posiadają taki sprzęt pod nazwą TMC-65.
Podobny sprzęt był w wyposażeniu polskiej armii, wykorzystywano do tego, o ile
dobrze pamiętam, silnik odrzutowy z samolotu szkolno-bojowego Iskra. Skuteczność
tych urządzeń jest uzależniona m.in. od warunków atmosferycznych, przede
wszystkim od wilgotności powietrza w rejonie ich użycia. Wytwarzana przez te
urządzenia zasłona dymna w określonych warunkach może być postrzegana jako mgła.
Niektóre osoby przebywające w Smoleńsku tuż po katastrofie skarżyły się na
problemy z telefonami komórkowymi, zniknęła im część zapisanych informacji.
Można to wytłumaczyć w jakiś racjonalny sposób, np. działaniem urządzeń
elektromagnetycznych?
– To zjawisko przywodzi mi na myśl zaprezentowany przez Rosjan w 2001 roku
system ochrony przestrzeni powietrznej. System nazywa się "MMPS RANETS-E" i jest
to mikrofalowy mobilny system ochrony przeciwlotniczej. Biorąc pod uwagę, że
mikrofale to rodzaj promieniowania elektromagnetycznego, to jest to broń
elekromagnetyczna. Urządzenia do wytworzenia impulsów elektromagnetycznych
istnieją i mają zastosowanie również w technice "cywilnej". W roku 2009
kanadyjska firma opracowała system EMP (elektromagnetyczny impuls), który w
założeniu miał do dwustu metrów uszkadzać impulsem elektromagnetycznym m.in.
systemy pracujące na półprzewodnikach. Przeznaczeniem docelowym tego systemu
jest "bezpieczne" unieruchomienie pojazdów mechanicznych w czasie ruchu.
Oczywiście w polu jego działania wszystkie urządzenia elektroniczne mogą być
nieodwracalnie uszkodzone.
Widział Pan taki system?
– Tak. Widziałem na zdjęciach system do walki elektronicznej. Był rozbudowany na
podwoziach mobilnych, tj. pojazdach terenowych typu Ural. Widziałem również
urządzenie produkcji rosyjskiej w jednej z polskich firm, zresztą prowadzonej
przez byłego funkcjonariusza BOR kpt. rez. Jarosława Bartniczuka. Urządzenie to,
zapobiegające przeciwdziałaniu inwigilacyjnemu, współpracowało z laptopem i
działało w charakterze przenośnego BTS-u. Bez udziału BTS-ów operatora telefonii
komórkowej tworzyło własną lokalną sieć i przesyłało na telefon określonego
użytkownika informacje wysyłane przez operatora tego urządzenia. Rzeczywiście,
ciekawe jest to, że kilka osób po katastrofie stwierdziło, iż miały problem z
komórkami. Z tego, co wiem, zniknęła im część zapisanych w telefonach
informacji. Moim zdaniem, dla Rosjan wyciągnięcie zawartości z telefonów czy
laptopów nie stanowi technicznie większego problemu. Często zresztą w rozmowach
z osobami od bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych spotykałem się z
twierdzeniem, że najwięcej i to najlepszych hakerów jest w Rosji, a ich programy
są najbardziej skuteczne. Istotną sprawą w kwestii katastrofy smoleńskiej jest
pytanie, czy szef BOR zlecił wykonane rozpoznania na obecność środków
elektronicznych emitujących sygnały niepochodzące z samolotu. BOR ma możliwość
sprawdzenia, czy są podsłuchy, czy nie. Niech pokaże protokół z rozpoznania
elektronicznego i załączy go do akt postępowania prokuratorskiego. Gdybym
hipotetycznie miał przeprowadzić zamach, na pewno nie zrobiłbym tego z dnia na
dzień. Byłoby to wielomiesięczne przygotowanie. Do takiego zadania można byłoby
się przygotować choćby w momencie, gdy samolot był naprawiany.
Jaką wartość dowodową ma jeszcze wrak tupolewa niszczejący pod brezentem na
Siewiernym?
– W tej kwestii stanowisko powinien zająć szef komisji powołany przez pana
premiera, pan Jerzy Miller, i prokuratorzy prowadzący śledztwo. Według mnie, gdy
nam go zwrócą, będzie można wykonać badania przynajmniej tych miejsc, które
zostały uszkodzone poprzez rozerwanie. Nie mam na myśli tych, które zostały
przecięte przez służby ratownicze. Oczywiście wiele śladów zostało zatartych,
ale jak najbardziej wrak nadal może być materiałem dowodowym. Z upływem czasu
większość dowodów będzie miała oczywiście charakter bardziej hipotetyczny.
Czym można wytłumaczyć skalę defragmentyzacji maszyny?
– Kwestie defragmentacji określonej części kadłuba lub ewentualnego całkowitego
zniszczenia samolotu interesowały mnie głównie pod kątem użycia materiałów
wybuchowych w obiektach latających, co jest zrozumiałe ze względu na moje
obowiązki, jakie wykonywałem w czasie służby w BOR. Interesowało mnie zarówno
oddziaływanie fali uderzeniowej na samolot w momencie wybuchu wewnątrz samolotu,
jak i ewentualne możliwości ataku z zewnątrz z użyciem konwencjonalnych, tzn.
etatowych środków bojowych i improwizowanych urządzeń wybuchowych. Efektem tych
zainteresowań były pomysły opracowania zbiorników antywybuchowych na bagaż
pasażerów w samolocie, które miałyby za zadanie ograniczyć rozprzestrzenianie
się fali uderzeniowej i jej bezpośrednie oddziaływanie na kadłub oraz
ograniczenie przemieszczania się ewentualnych odłamków. Gdyby nastąpił wybuch
ładunku w samolocie, jego skutki uzależnione byłyby między innymi od jego
wielkości, rodzaju materiału, umiejscowienia. Wtórne skutki wybuchu są trudne do
przewidzenia. Mógłby wywołać uszkodzenie części samolotu, ale wpływ na dalszy
przebieg lotu lub katastrofy zależy od wielu innych czynników i jest raczej
niemożliwy do określenia. Widziałem m.in. na zdjęciach poglądowych części
niektórych elementów kadłuba Tu-154M. Struktura powierzchni w miejscach
rozdzielenia kadłuba jest różnorodna. Powinno być to przedmiotem badań komisji.
Rosjanie uzasadniali te działania tym, że niektóre elementy wraku były za
duże i by zmieścić je na ciężarówce, trzeba je było pociąć.
– Wydaje mi się, że nie jest to prawdziwa informacja. Według ogólnodostępnych
danych samolot ma masę startową około 100 ton, a sam waży 55 ton. Ile ważyły
zdefragmentowane kawałki samolotu? Po 10-15 ton? Śmigłowiec Mi-26 jest w stanie
przenieść cały samolot Tu-134. Jest zresztą specjalnie do tego przystosowany. W
internecie krąży filmik, na którym widać śmigłowiec z pasami nad wrakiem
tupolewa. Można zadać sobie pytanie, jakie było jego przeznaczenie i dlaczego
nie uczestniczył w akcji ratunkowej. Ponadto na wykonanych zdjęciach elementy
kadłuba, m.in. część dziobowa, zostały z dnia na dzień mocno uszczuplone. Wylot
środkowego silnika jest na pierwszych zdjęciach wyraźnie odkształcony, wgięty.
Gdy jest już na przyczepie niskopodwoziowej, ta część jest już odgięta jakby do
pierwotnego kształtu. Po co Rosjanie zadali sobie tyle trudu? Tak wygląda
zbieranie śladów po rosyjsku?
Wiele miesięcy po katastrofie przygodne osoby znajdowały na miejscu tragedii
zniszczone fragmenty konstrukcji samolotu…
– Takie sytuacje są niedopuszczalne. Dowodzi to, że Rosjanie nie wykonali
odpowiedniego zabezpieczenia terenu, a samo śledztwo było przeprowadzone bez
należytej staranności z ich strony. To stawia w bardzo złym świetle raport MAK,
jak również raport ministra Millera. Skandaliczne jest również zrobienie przez
komisję MAK z gen. Andrzeja Błasika pijaka. W moim odczuciu, jest to zwykła
zagrywka o charakterze politycznym. Tym bardziej że ta informacja została podana
do wiedzy publicznej wiele miesięcy po katastrofie. Polacy długo po katastrofie
znaleźli np. panel do sterowania podwoziem tupolewa. Chciałbym poznać opinię na
ten temat Rosjan i MAK. W jaki sposób wytłumaczą brak tego elementu w ich
materiale dowodowym i fakt jego przebywania w Polsce. Chciałbym dowiedzieć się
również, jak zinterpretują jego brak w kontekście przebiegu śledztwa. Należałoby
opisać, które przyciski są w tym panelu włączone, które nie, to urządzenie
należałoby rozebrać i potwierdzić, czy jego praca i jego stan odpowiada zapisom
czarnych skrzynek. Jak sądzę, na tym właśnie polega zbieranie dowodów. Wydaje mi
się, że w czasie prowadzenia śledztwa wynik badania może być ukryty w małej
śrubce, w drobnym elemencie.
Wracając jeszcze do wątku gen. Błasika, po naciskach wygenerowano rzekomą
kłótnię z mjr. Arkadiuszem Protasiukiem.
– Nigdy nie było dowodów, że gen. Błasik kłóci się z Protasiukiem, a z samej
gestykulacji osób nagranych nie można niczego domniemywać. Złośliwie mógłbym
stwierdzić, że materiał filmowy mógłby sugerować, że mjr Protasiuk akurat
skomentował współpracę ze stroną rosyjską i użył bogatej gestykulacji. To
również zależy od wzajemnych relacji obu panów, mam na myśli tę pozasłużbową.
Niektóre ciała ofiar, widoczne na zdjęciach, które przeciekły do internetu,
są częściowo nagie. O czym to świadczy?
– Dla mnie, jako pirotechnika, zerwanie ubrania z człowieka kojarzy się z
przemieszczaniem się gazów. Jak najbardziej możliwe jest, że w wyniku
przemieszczania się człowieka w czasie katastrofy w samolocie, ubrania mogą być
rozszarpywane lub częściowo zrywane. W 2002 roku, w czasie szkoleń poligonowych,
przeprowadzaliśmy doświadczenie, które polegało na użyciu 200 g trotylu w
obecności manekina. Po wybuchu manekin został częściowo rozebrany przez falę
uderzeniową.
Analizował Pan zdjęcia z miejsca katastrofy, są elementy, które szczególnie
przykuły Pana uwagę?
– Według oficjalnej wersji MAK samolot po zderzeniu z ziemią przekręcił się na
lewą stronę. Zastanawiające jest, dlaczego więc większość ciał ofiar znalazła
się po prawej stronie w stosunku do toru lotu? Wiele ciał leży twarzą w błocie,
a zdjęcia, które oglądałem, były wykonane zaraz po katastrofie. Wyraźnie widać
po nich, że nikt tym osobom nie udzielił pierwszej pomocy, tym samym nie
sprawdził, czy ktoś przeżył. A osoby ze zdjęć wykonanych między godziną 11.30 a
14.52 nie zmieniają swojej pozycji. Zastanowiło mnie szczególnie jedno zdjęcie,
które znalazło się w internecie.
Jakie?
– Jest na nim osoba z nogą, w której utkwił przedmiot przypominający rurkę. Jest
cała pokryta wysuszonym błotem, natomiast część nad prętem jest zaczerniona.
Wydaje mi się, że rurka przebiła tętnicę udową. W tej kwestii powinien się
wypowiedzieć ekspert, bo jeśli według założeń MAK ta osoba zginęła natychmiast,
to w jaki sposób krew znalazła się dużo wyżej niż miejsce urazu? To zdjęcie
nasuwa wiele pytań, na które do chwili obecnej nikt nie dał odpowiedzi. Mogę
dodać, że na filmie "Mgła" w pewnym momencie widać czterech oficerów BOR poza
ogrodzeniem miejsca katastrofy. Na kadrze filmu wszyscy funkcjonariusze BOR,
którzy byli w zabezpieczeniu, wyraźnie są za linią ograniczającą miejsce
katastrofy, a nie wewnątrz. Wydaje mi się, że ten film był robiony około godz.
14.00-15.00 czasu rosyjskiego. Na pewno wtedy funkcjonariuszy BOR nie było w
środku.
Funkcjonariusze BOR powinni być za linią od razu?
– Pierwszą rzeczą, którą bym zrobił, to za wszelką cenę próbowałbym dostać się
do pana prezydenta, by nadal wypełniać swoje ustawowe obowiązki. Moim zdaniem,
funkcjonariusze BOR, którzy tam byli, nie zrobili tego.
Jaką sekwencję działań powinni uruchomić funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu
w Smoleńsku?
– Ogólna zasada jest taka: BOR dostaje sygnał o określonym zadaniu. Polega ono
na tym, że osoba ochraniana startuje bądź ląduje na określonym lotnisku. Na
lotnisku są przyjęte określone procedury. Funkcjonariusze BOR jadą na dane
lotnisko, gdzie ich zadaniem jest przede wszystkim ochranianie konkretnych osób
od miejsca lądowania do miejsca czasowego lub stałego pobytu, czy też od miejsca
stałego pobytu do lotniska. Za te działania odpowiadają BOR i współpracująca z
nim policja. BOR zabezpiecza obiekt i w czasie trasy przejazdu bezpieczeństwo
ochranianych osób. Policja umożliwia przejazd, powinny być też sprawdzone trasy.
BOR zabezpiecza lotnisko od bramy wjazdowej, sprawdza miejsce podjazdu na
lotnisko, tak samo trasę przemieszczania się po lotnisku, parkingi, stojanki,
czyli miejsca, gdzie znajduje się samolot, miejsce bezpieczne – w tym momencie
terminal. Sprawdza się również teren przyległy do trasy przejazdu, drogi
kołowania samolotu i pas startowy. Pirotechnicy kontrolują teren, po którym
osoba ochraniana będzie się przemieszczała. Później sprawdza się samolot, którym
ona poleci, oraz samolot zapasowy.
Na czym polega skuteczność działań ochronnych?
– Przede wszystkim na umiejętnym zaplanowaniu, profilaktyce, która umożliwi
przewidywanie ewentualnych zagrożeń, a także na tym, że w momencie samego
zamachu czy też próby zamachu lub ewentualnych innych zagrożeń BOR przeprowadzi
skuteczne przeciwdziałania, by do nich nie dopuścić, i dokona ewakuacji. Gdyby
funkcjonariusz BOR był w Smoleńsku, powinien poinformować o problemach
funkcjonariusza odpowiedzialnego za zabezpieczenie. Ten następnie informuje
oficera operacyjnego BOR, że jest problem i nie można zabezpieczyć lotniska na
okoliczność lądowania samolotu. Funkcjonariusze BOR nie mogli jednak tego
zrobić, ponieważ byli zlokalizowani w Katyniu i nie byli w stanie przeprowadzić
żadnych efektywnych działań. Gdyby pirotechnik był na lotnisku, mógłby
stwierdzić, że nie ma grupy rekonesansowej czy też przygotowawczej ze strony
rosyjskiej i nie dokonano rozpoznania. Gdyby nasi funkcjonariusze BOR domagali
się wpuszczenia na lotnisko, a Rosjanie by im to uniemożliwili, dawałoby to im
przesłanki do określonych działań. O ile mi wiadomo, nikt nie zeznał takich
faktów. Ponadto szef BOR powinien zabezpieczyć dyski urządzeń RTG znajdujące się
na terminalu WPL, przez które przechodzi bagaż. Zawartość tych dysków stanowi
część materiału dowodowego. Są tam prześwietlenia bagaży i często rzeczy
osobistych osób wchodzących na pokład.
Czy po katastrofie szefostwo BOR powinno wszcząć postępowanie wyjaśniające?
– Jak najbardziej. Po to, żeby wykluczyć, że to, co się zdarzyło w Smoleńsku,
nie jest efektem niedopatrzeń lub niedociągnięć ze strony funkcjonariuszy BOR. O
ile mi wiadomo, nikt takiego postępowania nie wszczął. Ustawa o BOR zobowiązuje
szefa BOR do nadzorowania i sprawdzania działań ochronnych. Ponadto zobowiązuje
ona instytucje typu: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Kancelaria Prezydenta,
Ministerstwo Spraw Zagranicznych, i inne organy do współpracy z Biurem Ochrony
Rządu w ramach działań ochronnych.
Rola szefa kancelarii premiera w procedurach współpracy z BOR jest określona?
– Pan minister Arabski powinien dostarczyć do szefa BOR wszelkie dokumenty
mające wpływ na bezpieczeństwo ochranianych osób.
Jakie dokumenty funkcjonariusze BOR powinni przywieźć ze Smoleńska?
– Na miejscu katastrofy powinni stworzyć protokół pirotechniczny ze Smoleńska
oraz osobny protokół z Katynia. W protokołach tych powinno być napisane, w jakim
zakresie dokonano rozpoznań pirotechniczno-radiologicznych, kontroli
detektorowej osób i bagażu, jak również w jaki sposób zabezpieczono lotnisko. W
protokole z lotniska Siewiernyj powinna znaleźć się także notatka z wydarzenia
następującej treści, np.: "Lotnisko Siewiernyj. Nie wykonano sprawdzeń,
ponieważ…". W tym miejscu powinny być wymienione powody. I dalej: "Katastrofa
lotnicza. Samolot uszkodzony całkowicie, nie dopuszczono mnie do samolotu". I na
dole: dzień, godzina i podpis pirotechnika, ewentualnie jakieś jego uwagi. To
podstawowy dokument mówiący o tym, że dany funkcjonariusz BOR tam był i
pracował. Notatka swoją drogą, protokół swoją drogą. Jak to możliwe, był tam i
nie zrobił protokołu, dlaczego? Najciekawsze jest to, że osoby, które były w
jakikolwiek sposób powiązane z zabezpieczeniem wizyty w Katyniu, nagle awansują.
Czego jeszcze, Pana zdaniem, zabrakło w łańcuchu działań podjętych przez BOR?
– Funkcjonowanie i działania BOR regulują również, oprócz ustawy o BOR z 2001
roku, rozporządzenia ministrów, zarządzenia szefa BOR. Każdy oficer ma także
określony zakres obowiązków. Dla pirotechników taki zakres, którego m.in. ja
byłem autorem, powstał w 2004 roku. We wstępnej części jest napisane, że
ówczesny oddział pirotechniczny ma w obowiązkach działania
pirotechniczno-radiologiczne na terenie kraju i poza granicami państwa. De facto
doprowadzenie do działań rozpoznawczych przez stronę rosyjską w ramach
współpracy przy przedsięwzięciu ochronnym znajdowało się wśród obowiązków
funkcjonariusza, który tam był. Powinien doprowadzić do przeprowadzenia
rozpoznań, nieważne, czy mielibyśmy je robić razem z służbami Federacji
Rosyjskiej, czy one same by tego dokonały, ale pod naszym nadzorem. Celem takich
czynności jest wyeliminowanie prób ewentualnego zamachu na osobę ochranianą i
przede wszystkim bezpieczeństwo. Pirotechnika w BOR zajmuje się również sprawami
technicznymi.
Na czym one polegają?
– Jadę np. na lotnisko WP Okęcie. Z dyżurnym udaję się przed pas, prosi on wieżę
o włączenie na 100 proc. świateł na pasie startowym, a wszystkie światła nagle
się rozpalają. Sprawdzamy w ten sposób tak naprawdę, czy nie ma zmian, czy coś
nie wybucha w wyniku ich włączenia, nie uruchamia się, sprawdzamy, czy nie ma
czegoś fizycznie, a przy okazji wiemy, że te światła działają. Podjeżdżamy też
do układów ILS i kontrolujemy, czy nie było jakichś zmian, ingerencji osób
trzecich. Wprawdzie dyżurni portu w ramach swoich obowiązków nadzorują
bezpieczeństwo strefy powietrznej i naziemnej lotniska przy współpracy z wieżą
kontroli lotów, ale przy wylocie osób ważnych te działania są powielane w naszej
obecności, tzn. Biura Ochrony Rządu. Jest to podyktowane odpowiedzialnością BOR
za bezpieczeństwo startów i lądowań wszystkich statków powietrznych z osobami
ochranianymi na pokładzie. Wszystkie te działania bez względu na właściwość
służb mają na celu wykluczenie możliwości ingerencji osób trzecich lub innych
elementów zagrożenia wynikających niezależnie od sytuacji. Nie sugeruję zamachu,
mówię np. o dewastacji. Niech mi pan pokaże jakikolwiek protokół z rozpoznania,
z kontroli technicznej przed katastrofą. Gdyby wszystko było w porządku,
Rosjanie z niczym by się nie kryli. Sprawa byłaby jasna, udział byłby
dwustronny. Jeżeli do katastrofy doprowadzili kontrolerzy, powinni zostać
osądzeni zgodnie z prawem Federacji Rosyjskiej i skazani. Tak powinno to
wyglądać.
Raport MAK uznał jednak kwestię pracy kontrolerów za nieistotną. Skupiono się
na błędach pilotów i ich determinacji co do lądowania.
– W mojej ocenie, pilot jak najbardziej podejmuje decyzję o lądowaniu i nie
podlega to dyskusji, ale musi mieć zapewnione do tego warunki i możliwości.
Jeżeli radiolatarnie poustawiane będą w poprzek, czy to też będzie wina pilota?
Nie jestem skłonny do obwiniania pilota przed zakończeniem dochodzenia. Mam
wrażenie – po informacjach medialnych – że z tymi radiolatarniami był jednak
problem. Słyszałem, że pilot Jaka-40, który wylądował przed tupolewem, lądował,
dokonując korekty wzrokowej, bo wskaźniki "znosiły go na lewo". Chwilami mam
wrażenie, że ta sytuacja miała zniechęcić pilotów do posadzenia maszyny.
W trakcie wideokonferencji Moskwa – Warszawa rosyjscy specjaliści uznali
przecież, że gdyby nawet szympans siedział na wieży w Smoleńsku, to i tak nie
miałoby to żadnego wpływu na katastrofę…
– Trudno słuchać ze spokojem takich bredni. Problem polega na jednej rzeczy –
nie potrafimy zdefiniować strony rosyjskiej, lekceważymy ją. A to jest
inteligentny i bardzo dobrze wyposażony technicznie kraj i jeden z naszych
najbardziej niebezpiecznych sąsiadów.
Rosjanie uznali, że lot Tu-154M był lotem jednorazowym międzynarodowym.
– Samolot miał określenie "M" jak "military". Według mojej wiedzy, procedury
startowe z Okęcia i przelot korytarzami powietrznymi są cywilne. Wszystkie
samoloty poruszające się po porcie lotniczym Okęcie stosują procedury cywilne.
Lotnisko Siewiernyj jest wojskowe, więc procedury lądowania były wojskowe.
Zaraz po katastrofie nasze BOR powinno pierwsze przeprowadzić rozpoznanie?
– W żadnym wypadku. Po katastrofie działania rozpoznawcze mijają się z celem.
BOR w ramach swoich kompetencji, obowiązków i możliwości w danym momencie
powinno zlokalizować, gdzie znajduje się osoba ochraniana, przyczynić się do
ewentualnego udzielenia pierwszej pomocy poszkodowanym i ochrony ich wizerunku,
m.in. przez uniemożliwienie wykonywania zdjęć przez ludzi do tego
nieuprawnionych. Ewentualnie w miarę możliwości w danym momencie przyczynić się
do zabezpieczenia części samolotu.
Do uniemożliwienia niszczenia wraku też?
– Nie do końca. Sprawa taka, jak traktowanie przez stronę rosyjską materiału
dowodowego, czyli wraku samolotu, raczej znajduje się w gestii innych
instytucji, m.in. osób akredytowanych przez stronę polską i służb
dyplomatycznych będących zgodnie ze swoim przeznaczeniem na miejscu katastrofy.
Z całą pewnością polska strona nie powinna dopuścić do niszczenia wraku.
Dewastacja poprzez wybijanie łomem szyb to poważny incydent. Uważam, że samo
rozcinanie części wraku przez strażaków było już niszczeniem materiału
dowodowego i ewentualnych istotnych śladów. Sądzę, że jedyny formalny wniosek z
takich okoliczności będzie brzmiał, że zbyt wcześnie dokonano rozbiórki resztek
samolotu.
Gospodarzem była Federacja Rosyjska i nic nie można było zrobić.
– Oczywiście, na miejscu katastrofy, tzn. na terenie, na którym znajdowały się
szczątki samolotu, obowiązują prawa miejscowe i ewentualne umowy międzynarodowe
zawarte w konwencjach i innych porozumieniach. Eksterytorialność dotyczy raczej
samolotu wojskowego Tu-154M nr 101 i w tym wypadku jego pozostałości. Mam na
myśli konwencje wiedeńskie dotyczące korpusu dyplomatycznego, konsularnego i
misji specjalnych z lat 60. Definicja eksterytorialności jest również zawarta w
wojskowych instrukcjach. Moim zdaniem, tupolew stanowił własność Polski, był
samolotem wojskowym i jego wrak posiadał status eksterytorialności.
Które rzeczy, oprócz wraku i oryginalnych czarnych skrzynek, znajdujące się
jeszcze na terytorium Rosji stanowią istotny materiał dowodowy?
– Kamizelki kuloodporne funkcjonariuszy BOR. Mam nadzieję, że szef BOR nie
pozwolił ich zniszczyć. Nie mam pojęcia, co się z nimi dzieje. Nie słyszałem
żadnych istotnych informacji na ten temat.
Co można stwierdzić, mając taką kamizelkę?
– Ze względu na budowę kamizelki można przeanalizować ewentualne odkształcenia
jej struktur. A jeżeli jej użytkownik byłby w strefie działania fali
uderzeniowej, można stwierdzić zmiany termiczne i ewentualnie zlokalizować
mikroślady, jak również uszkodzenia mechaniczne. Jak najbardziej kamizelki mogą
stanowić istotny materiał dowodowy w sprawie. Oczywiście, by potwierdzić lub
odrzucić określone hipotezy.
Nie da się ich "wyczyścić"?
– Uszkodzeń mechanicznych i termicznych nie da się usunąć. Całkiem inaczej jest
w przypadku śladów chemicznych.
Wyliczył Pan wiele zaniedbań Biura Ochrony Rządu w kontekście katastrofy, ale
gen. Marian Janicki nie ma sobie nic do zarzucenia, wręcz przeciwnie, awansował.
– Kwestie uchybień lub zaniedbań ze strony BOR powinna stwierdzić komisja lub
prokuratura. Stwierdzenie niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy BOR
powinno być przedmiotem postępowania wyjaśniającego wewnątrz BOR. Odnoszę bardzo
przykre wrażenie, że obecny szef BOR ma wątpliwą wiedzę co do funkcjonowania
formacji, którą dowodzi. W kontekście ochrony prezydenta szef BOR, mając na
uwadze wydarzenia gruzińskie, zgodnie z art. 11 pkt 7 Ustawy o Biurze Ochrony
Rządu z 2001 roku, który brzmi następująco: "W celu zapewnienia ochrony, o
której mowa w art. 2 ust. 1, BOR w szczególności: …doskonali metody pracy",
był zobowiązany zgodnie z ustawą do udoskonalania sposobu ochrony i do
modyfikacji sił oraz środków w zależności od potrzeb. Według stanu mojej wiedzy,
takich działań nie było, jedyną zmianą w działaniach ochronnych prezydenta RP
była zmiana szefa jego ochrony, która de facto nie miała większego wpływu na
głębsze, systemowe rozwiązania. Janicki twierdzi, że jakość przygotowania wizyty
jest uzależniona od grubości teczki operacji ochronnej. Z przekazu medialnego
wynika, że dowodem na to ma być analiza teczek operacji z 7 kwietnia 2010 r. i
teczka operacji wykonana za czasów dowodzenia formacją przez płk.
Pawlikowskiego. Jeżeli gen. Janicki twierdzi, że "jakość" zabezpieczenia jest
zależna od grubości teczki operacji, to osobiście jestem gotów wysłać szefowi
BOR całą ryzę czystego papieru. Po załączeniu do teczki operacji ryzy bez jego
ingerencji stanowić będzie wartościowy materiał operacyjny – nikt nie będzie
mógł ujawnić tajemnicy służbowej, jak w przypadku pozyskania dostępu przez
nieuprawnioną osobę z "GW" do wcześniej wspomnianych teczek operacji ochronnych
BOR.
Mówił Pan niedawno, że do ochrony prezydenta podchodzono w BOR "lightowo", co
miał Pan na myśli?
– Panie redaktorze, z pewnością szef ochrony pełniący swoje obowiązki w dniu
katastrofy i funkcjonariusze w składzie grupy na pokładzie Tu-154M, w mojej
ocenie, byli mocno zaangażowani w wykonywanie swoich obowiązków służbowych, jak
zresztą znaczna część funkcjonariuszy w BOR. Co się tyczy pana gen. Janickiego,
sam fakt, był on w czasie katastrofy na zakupach, o czym sam powiedział, jest
dość niezręczny. Do czasu pełnienia obowiązków szefa BOR przez płk. Andrzeja
Pawlikowskiego, szefostwo BOR było obecne przy wylotach na lotnisku lub też –
tytułem nadzoru – leciało z osobą ochranianą w samolocie. Pamiętam, że były szef
BOR gen. Mirosław Gawor także był obecny prawie przy każdym wylocie, zarówno
przy prezydenckim, jak i premierowskim. Pan Janicki nie określił, czy ktokolwiek
z osób wypełniających obowiązki szefa lub zastępcy był obecny na lotnisku w jego
imieniu. W oficjalnych wypowiedziach medialnych na temat katastrofy nie skupił
się merytorycznie na ochronie wizerunku BOR, jak i nie zajął stanowiska w
kwestii działań BOR w Smoleńsku. Skoncentrował się natomiast mocno na wyrażaniu
swojego przygnębienia z powodu straty bliskich mu ludzi, gdyż BOR, według niego,
to jedna wielka rodzina.
Pan też podobnie ocenia tę formację?
– BOR nie pełni funkcji rodzinnych, zatrudnia wysokiej klasy specjalistów,
którzy profesjonalnie wykonują swoje ustawowe obowiązki i kreują odpowiedni
wizerunek formacji. Wypowiedzi i etykę pana Janickiego pozostawiam bez dalszego
komentarza. Całokształt jego pracy i brak kompetencji jako szefa BOR wywołuje u
mnie bardzo negatywne odczucia, tak samo jak jego awans na wyższy stopień
generalski. Muszę w tym miejscu również zwrócić uwagę na fakt, że ostatnie
zeznania funkcjonariuszy BOR jako świadków w prokuraturze okręgowej, biorących
udział w przedsięwzięciach ochronnych prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego 10
kwietnia 2010 r. i premiera Donalda Tuska 7 kwietnia 2010 r. mogą być obciążone
brakiem wszystkich wiarygodnych i istotnych zeznań. Dlatego, że gen. Janicki
nadal piastuje stanowisko szefa BOR i jest wciąż ich przełożonym. W takiej
sytuacji, aby uniknąć ewentualnych presji związanych z zależnością służbową tych
funkcjonariuszy od gen. Janickiego, szef MSWiA powinien zawiesić szefa BOR w
czynnościach służbowych. Zapobiegłoby to w dużej mierze ewentualnym bezpośrednim
lub pośrednim wpływom na zeznania funkcjonariuszy BOR.
Dziękuję za rozmowę.
