Mieliśmy dość kłamstw i wyzysku
– My już pracowaliśmy prawie za darmo, a naciskano na zakłady, by jeszcze
obniżyć ceny produkowanych dla Związku Sowieckiego m.in. wagonów. Gdy robotnicy
próbowali interweniować u władz, nikt nie chciał z nami rozmawiać – tak
Franciszek Brzóska wspomina przyczyny wybuchu wielkiego niezadowolenia
robotników, zwanego Poznańskim Czerwcem. Zryw mieszkańców stolicy Wielkopolski w
okresie potęgi Związku Sowieckiego zatrząsł posadami władzy jego namiestników i
marionetek mianowanych do utrzymania kontroli nad Polską.
Pan Franciszek w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu (wówczas Zakłady Metalowe im.
J. Stalina) przepracował prawie 40 lat. Był zatrudniony w oddziale W4
produkującym obrabiarki. Jak mówi, dużą część produkcji wysyłano wtedy do
Związku Sowieckiego. – Wszystkim źle się działo, bo wszelkie dobro wypracowane
przez ludzi szło do Związku Sowieckiego. Nam nie zostawało nic – opisuje
sytuację załogi pan Franciszek. Jak mówi, dla kierownictwa i władz liczyło się
tylko to, by produkować jak najwięcej, bez względu na koszty, bezpieczeństwo
pracy i sytuację materialną pracowników.
Komunistyczne marnotrawstwo pośród biedy
I nie chodziło tylko o pracowników Zakładów Cegielskiego. Uczestnicy tamtych
wydarzeń wspominają, że bieda doskwierała wszystkim, dlatego protest pracowników
"Ceglorza" został tak masowo poparty przez robotników z innych zakładów. –
Miałam czwórkę rodzeństwa. Ojciec musiał pracować przez całe lato, biorąc
dodatkowe zajęcie, by nas utrzymać, by kupić węgiel, jedzenie na zimę itd.
Mogłam sobie więc wyobrazić, co się działo w Zakładach Cegielskiego – wspomina
Aleksandra Siejek, pielęgniarka niosąca pomoc rannym podczas starć z wojskiem i
UB.
Franciszek Brzóska wskazuje także na bardzo trudne warunki pracy w zakładach
państwowych. Jak tłumaczy, źle zorganizowany proces produkcji powodował
szkodliwe oddziaływanie na zdrowie pracowników, m.in. podczas malowania wagonów
z użyciem toksycznych farb. – Nie było nawet mydła. Jako obuwie robocze dawano
nam drewniaki. Mimo to władze naciskały, by jak najbardziej zwiększać produkcję
– wspomina.
W ten sposób władze, które mieniły się obrońcami robotników i chłopów,
wyzyskiwały ich w sposób bezwzględny. – Zgodnie z tezą Stalina o nieuchronności
starcia komunistycznego Wschodu z burżuazyjnym Zachodem ogromne sumy
przeznaczano na przemysł zbrojeniowy, zaniedbując przy tym inwestycje w te
działy przemysłu, które produkowały towary na potrzeby konsumpcyjne żyjącej w
biedzie ludności – tłumaczy dr Konrad Białecki, adiunkt w Zakładzie Najnowszej
Historii Polski Instytutu Historii Uniwersytetu Adama Mickiewicza i główny
specjalista w Oddziałowym Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej
w Poznaniu. Mimo to ciągle domagano się zwiększania produkcji. Jak wskazuje
historyk, wydajność pracy starano się uzyskać poprzez przyjmowanie
nierealistycznie wysokich i ciągle podwyższanych norm pracy, którym nie
towarzyszyła odpowiednia gratyfikacja pieniężna, oraz poprzez nachalną
propagandę sukcesu.
– Przeciętna rodzina z ogromnym trudem wiązała koniec z końcem, tym bardziej że
w tamtym okresie zdecydowana większość kobiet nie pracowała zawodowo – zauważa
pracownik IPN. Dodaje, że sytuację pogorszyła przeprowadzona w 1950 r.
denominacja, która w praktyce pochłonęła znaczną wartość zasobów finansowych
ludności.
Wreszcie przywykłych do porządku i dobrej organizacji Wielkopolan raził też
bałagan i marnotrawstwo zarządzanej centralistycznie gospodarki, tym bardziej że
od nich wymagano coraz więcej. – Zderzenie z "komunistyczną rzeczywistością",
pełną gospodarczych absurdów, złej organizacji pracy, marnotrawstwa, szczególnie
drażniło uporządkowanych poznaniaków – wskazuje dr Białecki.
Mimo to długo zaciskali zęby i czekali na efekty rozmów z władzami. – Najpierw w
Ministerstwie Przemysłu Maszynowego przyjęto naszą delegację i obiecano załatwić
zgłaszane problemy. Ale gdy później do naszych zakładów przyjechał minister
Roman Fidelski i powiedział, że żadnych podwyżek nie będzie, miara się przebrała
– relacjonuje Franciszek Brzóska. Oszukani robotnicy postanowili wyjść na ulice
miasta, by powiedzieć wyzyskowi: dość.
"Idziemy na pajęczynę"
– Wyszliśmy spokojnie na ulicę. I taki był początkowo przebieg protestu. Idąc
ulicami miasta, śpiewaliśmy pieśni religijne i patriotyczne. To była dobrze
zorganizowana akcja – wspomina pan Brzóska. Jak mówi, przewodniczący strajku
Stanisław Matyja porozumiewał się wcześniej z pracownikami innych zakładów, więc
gdy tylko usłyszeli oni manifestujących na ulicach, dołączyli do nich. W ten
sposób w krótkim czasie na ulice Poznania wyszło tysiące ludzi, poznaniaków i
innych mieszkańców Wielkopolski zatrudnionych w tamtejszych zakładach pracy.
Równy, miarowy krok protestujących rozlegający się na ulicach robił niezwykłe
wrażenie. – Ten stukot okulaków [tak nazywano drewniaki, które jako buty robocze
przydzielano robotnikom poznańskich zakładów – wyj. red.] o bruk pustych w tym
czasie ulic był wprost straszny – opowiada Franciszek Brzóska.
Stojący w oknach domów mieszkańcy wiwatowali, a wielu dołączało do maszerujących
robotników. – Razem z innymi szłyśmy ulicą, śpiewając pieśni patriotyczne i
religijne. To było coś wspaniałego. Pojawiły się hasła: "Precz z Rosją" –
wspomina Aleksandra Banasiak.
Robotnicy udali się najpierw pod ratusz, ale władze nie chciały podejmować
żadnych wiążących decyzji, a nikt z przedstawicieli rządu nie chciał przyjechać
do Poznania, by odpowiedzieć na żądania robotników. Oburzeni arogancją władzy
pracownicy poznańskich zakładów zaczęli więc zrzucać znienawidzone czerwone
flagi Związku Sowieckiego z budynku Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej
Partii Robotniczej. Potem padło hasło: "Idziemy na pajęczynę". Tak poznaniacy
nazywali umieszczoną na budynku ZUS główną stację zakłócającą odbiór w mieście
Radia Wolna Europa i BBC.
– Wyważyliśmy drzwi do pomieszczenia, w którym mieściły się urządzenia
zakłócające. Powyrzucaliśmy je przez okno na ulicę. Druga grupa zrzuciła z dachu
anteny wykorzystywane do zakłócania sygnału radiowego. Poczuliśmy ulgę.
"Wreszcie przestaną buczeć" – mówiliśmy – wspomina akcję pan Franciszek.
Potem robotnicy "Ceglorza" ruszyli w kierunku budynku Urzędu Bezpieczeństwa,
gdzie była już inna grupa protestujących. Robotnicy najpierw obrzucali budynek
Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego kamieniami, a potem także
butelkami z benzyną. Ubecy wycelowali najpierw przeciw nim armatki wodne, ale
szybko zamienili je na karabiny, a wkrótce potem wezwano wojsko.
Czołgi przeciw robotnikom
Komuniści skierowali przeciw robotnikom 2 dywizje pancerne i 2 dywizje piechoty,
w sumie ponad 10 tys. żołnierzy dysponujących 360 czołgami. Zaczęły się walki z
użyciem broni palnej, kamieni i koktajli Mołotowa.
– Kule świstały nam nad głową. Na moich oczach zginęło dwóch idących przede mną
robotników – opowiada pan Franciszek. Sam przeżył, choć "na pamiątkę" jedna z
kul utkwiła w jego kurtce. Ale zauważył to dopiero, gdy wrócił do domu.
Nie wszyscy jednak przeżyli. Historycy do dziś nie są pewni, czy zginęło 57 osób
czy więcej. Około 650 osób zostało rannych. Wielu z nich opatrywały dwie
pielęgniarki ze Szpitala Miejskiego nr 2. Jedna z nich, Aleksandra Banasiak,
miała wówczas zaledwie 21 lat. To, co wtedy przeżyła, zapamiętała na całe życie.
Wśród wielu tragicznych wydarzeń tamtego okresu wspomina chwile, gdy pomagała
przenieść do szpitala młodego chłopaka rannego podczas starć z UB i wojskiem. –
Szłam przy nim, zakrywając mu sukienką brzuch, żeby nie wystraszyć ludzi
widokiem jelit, które niemal wyszły na wierzch – wspomina obecna prezes
Stowarzyszenia Poznański Czerwiec ´56.
Pani Aleksandra była też świadkiem, jak ubecy sami przyznali, że pierwsi zaczęli
strzelać do protestujących, co doprowadziło do eskalacji konfliktu.
– Wraz z dwoma lekarzami poszłyśmy do siedziby UB, bo wzywali nas do swoich
rannych. Mądrzejsi od nas, młodych pielęgniarek, lekarze zaczęli wypytywać
rannego ubeka, jak to się zaczęło. Wtedy ten odpowiedział, że gdy zobaczyli, iż
manifestujący toczą beczki z benzyną, zaczęli pierwsi strzelać, obawiając się,
że ludzie będą chcieli podpalić budynek – relacjonuje emerytowana pielęgniarka.
Takie właśnie zeznanie złożyła przed sądem, przyczyniając się do pokazania
przemilczanej przez władze prawdy o kulisach pacyfikacji poznańskiego zrywu.
Jej koleżanka z pracy – Aleksandra Siejek pomagała z kolei przenieść do szpitala
śmiertelnie rannego 13-letniego Romka Strzałkowskiego, najmłodszą ofiarę
pacyfikacji Poznańskiego Czerwca. – Wracałam wieczorem z obchodu. Gdy
przechodziłam przez ulicę Krasińskiego, zawołali mnie żołnierze. W jednym z
garaży UB wskazali rannego chłopca. Siedział na krześle. Gdy podeszłam do niego,
nie mogłam już wyczuć pulsu… – wspomina, dodając, że ta śmierć zrobiła na niej
ogromne wrażenie. Zaznacza, że niemal od razu wiedziała, jak chłopiec się
nazywa, bo miał przy sobie legitymację szkolną.
Ta niewyjaśniona w pełni do dziś śmierć ucznia poznańskiej szkoły podstawowej
stała się jednym z symboli walki poznaniaków z komunistycznym reżimem.
Poznań zatrząsł posadami PRL
Zryw został okupiony jednak ofiarami, cierpieniami i prześladowaniami. – W
Poznaniu represje wobec zbuntowanego miasta objęły ponad 700 osób zatrzymanych
pod zarzutem szczególnie aktywnego uczestnictwa w zamachu na "władzę ludową".
Wielu z nich doświadczyło brutalnego traktowania ze strony milicjantów – mówi dr
Białecki.
Bezpośrednio doświadczył ich Franciszek Brzóska, choć – jak zaznacza – w
porównaniu z innymi nie były to tak straszne represje. – Zostałem tylko trochę
skopany, gdy ubecy weszli do mojego domu, bo szukali kolegi, który brał udział w
strajku – wspomina.
Jednak ofiara poznaniaków nie poszła na marne. – Po Poznańskim Czerwcu w całej
Polsce robotnicy żądali poprawy swej sytuacji – podkreśla dr Białecki, dodając,
że coraz częściej domagano się już nie tylko "chleba", lecz także "wolności", i
to bez opieki "wielkiego radzieckiego brata". Najczęściej przywoływanym
argumentem, który miał skłonić władze do ustępstw, była groźba, że w przypadku
braku pozytywnych decyzji robotnicy "zrobią władzy drugi Poznań". W tym wymiarze
poznańska rewolta stawała się symbolem walki o zmiany, co warto podkreślić –
symbolem skutecznym, przemawiającym do wyobraźni (czy raczej strachu)
rządzących.
Dlatego władze częściej zgadzały się na podwyżki pensji. Zdaniem dr. Białeckiego
bunt poznaniaków w pewnym stopniu przyśpieszył też przemiany
społeczno-polityczne, które dokonały się w drugiej połowie 1956 roku. – Kraj
opuściła większość sowieckich doradców, wypuszczono na wolność zatrzymanego 3
lata wcześniej księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego i złagodzono kurs wobec
Kościoła katolickiego, zmniejszono inwigilację społeczeństwa, nieco złagodzono
cenzurę – wylicza. Zaznacza też, że jednym z przejawów destalinizacji było
przywrócenie dawnych nazw zakładom pracy noszącym imię Józefa Stalina. Dzięki
temu także poznańskie zakłady odzyskały historyczną nazwę – Zakładów im.
Hipolita Cegielskiego.
Historycy wskazują, że zryw mieszkańców stolicy Wielkopolski mógł być pewną
inspiracją do śmielszego wyrażania swojego niezadowolenia przez Węgrów. – Choć
nie można zapominać, że do manifestacji w Budapeszcie, które zapoczątkowały
rewolucję węgierską, doszło przede wszystkim pod wpływem wieści dochodzących z
Polski w okresie Polskiego Października – zaznacza.
Mariusz Bober
