Test na postawy pro-life

Z Gaborem Takacsem, analitykiem z Nezopont Institute w Budapeszcie,
rozmawia Łukasz Sianożęcki

Jak Węgrzy oceniają prowadzoną właśnie przez rząd Viktora Orbána kampanię
promującą ochronę dzieci nienarodzonych oraz adopcję?

– Moim zdaniem jest to bardzo profesjonalna kampania. Zarówno plakaty, które
możemy obserwować na ulicach, jak i spoty telewizyjne – wszystko to jest bardzo
dobrze zaprojektowane i wykonane. Ich zawartość budzi oczywiście kontrowersje.
Wielu ludzi, w tym ja, jest bardzo zadowolonych z ich przesłania. Jednak inni,
lewicowcy i liberałowie, ale myślę, że także część elektoratu Fideszu, widzi w
tym pewną ingerencję w ich prywatne życie i decyzję kobiety. To ważne, abyśmy
pamiętali, że zgodnie z ostatnimi sondażami aż dwie trzecie Węgrów popiera prawo
aborcyjne obowiązujące w tym kraju, które, przypomnę, jest o wiele mniej
szczelne niż choćby w Polsce.

W jaki sposób Orbánowi udało się wykorzystać pieniądze z Unii Europejskiej na
kampanię pro-life?

– Węgierski rząd zastosował tu bardzo sprytny zabieg, deklarując, że kampania,
która w 80 proc. zostanie sfinansowana z programu PROGRESS, będzie miała
charakter antydyskryminacyjny. Jak wytłumaczono, powołanie strony internetowej,
przeprowadzenie konferencji itp. ma na celu "zwiększenie solidarności pomiędzy
kobietami a mężczyznami w kwestii pracy i życia rodzinnego". W skład tego weszła
więc też kampania antyaborcyjna, która – zgodnie ze słowami ministra Miklosa
Soltesza – doskonale uzupełnia się z wysiłkami antydyskryminacyjnymi oraz
wysiłkami zmierzającymi do zastopowania stale zmniejszającej się populacji
kraju.

Widzimy jednak, że Bruksela niezwłocznie domaga się zastopowania tej
kampanii. Grozi karami finansowymi i innymi "poważnymi krokami".

– Komisarz Viviane Reding twierdzi, że kampania łamie warunki programu PROGRESS
i żąda jej niezwłocznego zaprzestania lub zwrotu pieniędzy. O tym, że do tego
pierwszego scenariusza nie dojdzie, świadczą słowa premiera, który stwierdził,
że jest gotów rozmawiać o kwestiach technicznych, lecz jeżeli to nie uspokoi
Komisji Europejskiej, wówczas gotów jest ponieść wszelkie konsekwencje. W mojej
opinii nie chodzi tu jednak o pieniądze. Kwota, którą pozyskały Węgry, to w
sumie niewiele ponad 300 tys. euro, a na plakaty pro-life przeznaczona została
tylko część tych środków. Myślę więc, że tu chodzi bardziej o to, co symbolizuje
ta kampania, niż o pieniądze.

Rząd wyraził już swoje silne stanowisko w kwestii ochrony życia człowieka
poprzez zapisy w nowej konstytucji. Czy myśli Pan, że ta kampania jest kolejnym
krokiem na tej drodze?

– Całkowicie zgadzam się z taką opinią. Zgodnie z tym, co mówią autorzy tej
kampanii, jest ona na tyle łagodna, że powinna być akceptowalna nawet przez
tych, którzy mają inne zdanie na temat aborcji. Reklamy i plakaty to jednak
zdecydowanie łagodniejszy krok niż np. zmiana prawa. Pomimo twierdzeń, że obecny
rząd chce wprowadzenia takich zmian, uważam, że nie zdecyduje się on na taki
krok ze względu na jasne poglądy społeczeństwa w tej sprawie. Ta kampania może
być postrzegana jako swoisty test podejścia obywateli i – według mnie – całkiem
interesujące mogą być sondaże na ten temat po jej zakończeniu. Czy naprawdę
ludzie odbierają ją jako obraźliwą, jak twierdzi część mediów, czy jest to grubo
przesadzona opinia wywołana histerią środowisk feministycznych i lewackich? Mam
nadzieję, że takie badanie zostanie wkrótce przeprowadzone. Jednocześnie nie
wydaje mi się, że obecny kurs pro-life rządu zaowocuje jakąś drastyczną zmianą
prawa, ale myślę, że ta kampania jest idealnym narzędziem badania nastrojów
społecznych i gruntu pod takie zmiany. Debaty pokazują, jak trudno jest
przepchnąć tego typu kwestie do dyskursu politycznego, zwłaszcza kiedy tak jak u
nas społeczeństwo jest wyraźnie podzielone w tej sprawie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj