Nadajmy smak słowu „konserwatyzm”

Z Vladimírem Palko, przewodniczącym Konserwatywnych Demokratów Słowacji,
byłym ministrem spraw wewnętrznych Słowacji, rozmawia Agnieszka Żurek

Jest Pan autorem listu sprzeciwiającego się poparciu przez 20 ambasadorów
parady gejowskiej w Bratysławie. Jak ocenia Pan fakt, że wśród nich znalazł się
polski ambasador Andrzej Krawczyk?

– Ambasador Krawczyk popełnił błąd. Byłem zaskoczony jego decyzją. Myślę, że
jeśli słowaccy i polscy politycy konserwatywni nie będą współpracować w
dziedzinie obrony rodzin i chrześcijańskich wartości, wtedy nikt w całej Europie
nie będzie na tym polu współpracował.

Tą decyzją byli zaskoczeni również niektórzy polscy parlamentarzyści.
Wystosowali pismo do polskiego ministra spraw zagranicznych, domagające się
wyjaśnień w tej sprawie.

– Polska i Słowacja zbudowały już tradycję współpracy w dziedzinie obrony
wartości chrześcijańskich i warto byłoby ją kontynuować. Nasze parlamenty
podpisały kilka lat temu deklarację mówiącą o tym, że organy jakichkolwiek
obcych państw nie mogą ingerować w wewnętrzne sprawy Polski i Słowacji w
dziedzinie zagadnień dotyczących rodziny i obrony życia. Słowacki parlament
przyjął tę deklarację w styczniu 2002 r., a polski Sejm – w maju 2003 roku. Mamy
zatem pewną tradycję wspólnej walki o obronę wartości chrześcijańskich w życiu
publicznym. Myślę, że powinna ona być kontynuowana i nikomu nie powinniśmy
pozwolić jej zniszczyć.

Uważa Pan, że coraz ważniejsza na polu obrony wartości chrześcijańskich staje
się współpraca międzynarodowa?

– W ciągu ostatniej dekady w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych
rozprzestrzeniły się ideologie wrogie tradycyjnemu rozumieniu małżeństwa i
rodziny. Jest to w istocie wizja antychrześcijańska i celem tych środowisk jest
doprowadzenie do radykalnej zmiany wizji małżeństwa i rodziny w społeczeństwach
różnych krajów, właśnie w kierunku antychrześcijańskim. Interesującym i ważnym
faktem jest to, że ideologie te rozprzestrzeniają się na poziomie światowym, w
postaci organizacji międzynarodowych. Ten fakt jest ważniejszy nawet niż
zjawisko rozprzestrzeniania się ideologii antychrześcijańskich za pośrednictwem
rządów poszczególnych państw. Możemy obserwować, że w ciągu ostatnich dekad
ideologie te wywarły wpływ na Organizację Narodów Zjednoczonych, Unię
Europejską, Radę Europy czy Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Nie znaczy to,
że instytucje te same w sobie są złe, przeciwnie, mogą one zrobić wiele dobrego.
Problemem jest jednak ich infiltracja przez środowiska antychrześcijańskie. A
ponieważ środowiska zwalczające chrześcijaństwo współdziałają na poziomie
globalnym, dla nas zatem, czyli dla konserwatywnych polityków identyfikujących
się z tradycją chrześcijańską, nadszedł najwyższy czas na rozpoczęcie współpracy
międzynarodowej.

Z czego wynika fakt, że wiele europejskich rządów deklarujących uznanie dla
wartości chrześcijańskich jednocześnie rozszerza przywileje nadawane
mniejszościom seksualnym – nawet jeśli miałoby się to dziać np. kosztem dzieci?

– Wiele europejskich partii z nurtu chrześcijańskiej demokracji było naprawdę
konserwatywnych kilkadziesiąt lat temu. W latach 60. rozpoczął się jednak proces
ich bardzo powolnej dechrystianizacji. Myślę, że obecnie nie są już one partiami
chrześcijańskimi. Dostosowały się do warunków stworzonych przez współczesny
świat, a w praktyce w sposobie rozumienia małżeństwa i rodziny oraz w podejściu
do obrony życia niczym nie różnią się od partii lewicowych. Na przykład
Europejska Partia Ludowa, formalnie zrzeszająca polityków konserwatywnych,
chcących budować Europę na wartościach chrześcijańskich, nie angażuje się
obecnie w obronę małżeństwa i rodziny. Niestety, pozostaje również bierna na
polu działań przeciwko aborcji. Kiedy byłem członkiem Ruchu
Chrześcijańsko-Demokratycznego (KDH), zrozumiałem, że potrzebujemy czegoś
nowego. Istnieją partie, formalnie chrześcijańsko-demokratyczne, z którymi
niemożliwa jest współpraca na gruncie obrony wartości chrześcijańskich. Te
partie po prostu przestały się interesować obroną wartości. Na szczęście jest
jednak wielu polityków – w Polsce, na Słowacji czy na Malcie, gotowych walczyć w
obronie konserwatywnego etosu. Musimy rozpocząć nowy etap, jesteśmy dopiero na
początku tej drogi.

Czy presja organów Unii Europejskiej wywierana na nasze kraje jest
rzeczywiście tak silna, że zmusza nas do określonych ustępstw, czy też to my
sami nie mamy dość odwagi, żeby pozostać sobą?

– Unia Europejska jest dobrym przykładem infiltracji instytucji przez środowiska
antychrześcijańskie. Dlatego też nasza partia nie zdecydowała się na poparcie
traktatu lizbońskiego. Poparliśmy akces Słowacji do Unii Europejskiej, ponieważ
sama idea Unii jest dobra. Nie może ona jednak być narzędziem rozprzestrzeniania
się ideologii lewicowych. Unia Europejska przetrwa tylko wtedy, kiedy rozpozna,
że nie powinna ingerować w kwestie obyczajowe, zwłaszcza te dotyczące obrony
życia, małżeństwa i rodziny. Te zagadnienia powinny pozostać w gestii
poszczególnych społeczeństw. Jeśli Unia Europejska tego nie zrozumie, będzie
miała coraz więcej wrogów. Nie jest to jej do niczego potrzebne, jako że zmaga
się obecnie z wieloma innymi problemami.

Jakie są cele i mechanizmy działania międzynarodowego "homolobby"?
– Ma ono jeden zasadniczy cel – dąży do osiągnięcia takiego stanu rzeczy, w
którym nikt nie będzie mógł powiedzieć, że zachowanie homoseksualne jest złe
moralnie, a jeśli ktoś tak powie, będzie ukarany – w ten czy w inny sposób. Taki
jest główny cel międzynarodowych ruchów gejowskich. Jeśli ktoś stawia im opór,
automatycznie uznawany jest za "homofoba". Z tego punktu widzenia możemy uznać
ruch promujący homoseksualizm za totalitarny. Musimy się temu przeciwstawić.
Myślę, że wielkim sukcesem Polski było zachowanie przez nią pewnej autonomii w
obrębie traktatu lizbońskiego w aspekcie dotyczącym praw człowieka. Polska
uchroniła się w ten sposób przed ingerencją z zewnątrz w prawa dotyczące
polskiej rodziny. Na Słowacji nie byliśmy wystarczająco silni politycznie, żeby
udało się nam przeforsować podobne prawo. Podpisaliśmy jedynie deklarację
słowackiego parlamentu, o której wspomniałem wcześniej. W Europejskiej Konwencji
Praw Człowieka istnieje kilka istotnych sformułowań, np. że "każdy ma prawo do
małżeństwa". W innym miejscu czytamy: "Nikt nie może być dyskryminowany z powodu
swojej orientacji seksualnej". Jeśli połączy się te dwa sformułowania, można
uzyskać podstawę prawną, na bazie której np. Europejski Trybunał Praw Człowieka
w Strasburgu może uznać, iż każdy może zawrzeć związek homoseksualny, na prawach
takich samych jak małżeństwo. Z tego właśnie powodu nie udzieliliśmy poparcia
traktatowi lizbońskiemu.

Słowackie społeczeństwo poddaje się coraz wyraźniejszej promocji
homoseksualizmu?

– Słowacja jest małym krajem. Globalna propaganda ma na Słowaków istotny wpływ.
Nie znam wyników ostatnich badań opinii publicznej, sądzę jednak, że społeczne
przyzwolenie na obecność ideologii promującej homoseksualizm będzie rosło. Nie
oznacza to oczywiście, że stanie się tak od razu, ten proces może potrwać wiele
lat. Problemem jest to, że większość partii deklarujących się jako
chrześcijańskie traci swoją tożsamość i odchodzi od wartości chrześcijańskich.
Dotyczy to niestety także partii wcześniej zajmujących w kwestiach obyczajowości
wyraziste, oparte na wartościach chrześcijańskich stanowisko. W 2004 r., kiedy
razem z Polską weszliśmy do Unii Europejskiej, słowacki minister
sprawiedliwości, Daniel Lipszyc, w europejskiej radzie ministrów zablokował
projekt ustawy mówiącej o tym, że kraje Unii Europejskiej powinny uznać związki
homoseksualistów. Fakt udziału konserwatywnych polityków w rządzie był zatem
ogromnie ważny. W tym czasie w Polsce rządzili postkomuniści, toteż polscy
ministrowie nie byli wtedy naszymi sprzymierzeńcami.

Politycy kierujący się wartościami chrześcijańskimi często stają przed
dylematem wzięcia udziału w życiu politycznym za cenę istotnego kompromisu w
sprawach moralnych lub znalezienia się na marginesie życia politycznego…

– W 2006 r. nastąpił rozpad w naszej partii – KDH. Musieliśmy odpowiedzieć sobie
na pytanie, czy powinniśmy stworzyć rząd ze słowackimi postkomunistami. Ja i
kilku moich kolegów byliśmy temu przeciwni. W 2006 r. opuściliśmy rząd Mikulás˙a
Dzurindy. Odbyliśmy później w naszej partii dyskusję nad tym, czy postąpiliśmy
właściwie, czy też nie. W naszej opinii, nie był to jednak błąd, ale zwycięstwo.
Możliwe, że żadna inna partia konserwatywna w całej Europie nie była gotowa
dokonać takiego wyboru. Te partie jednak, które nie są w stanie podejmować tego
rodzaju radykalnych decyzji, w istocie tracą swojego chrześcijańskiego ducha.
Opuściliśmy KDH, jesteśmy teraz poza parlamentem, ale wciąż możemy mieć wpływ na
sytuacje w państwie, zabierać głos w ważnych kwestiach, np. ostatnio
wystosowaliśmy list 22 intelektualistów i polityków w proteście przeciwko
udzieleniu przez ambasadorów poparcia paradzie gejowskiej w Bratysławie.

Sądzi Pan zatem, że chrześcijańscy politycy nie powinni za wszelką cenę dążyć
do zajmowania "stanowisk umiarkowanych", ale raczej odważyć się być sobą?

– Chrześcijańscy politycy powinni być stali w postawach. Oczywiście czasem nie
jest to możliwe bez poniesienia pewnych osobistych ofiar. Bycie członkiem
parlamentu jest bardziej atrakcyjne niż pozostawanie poza nim. Czasem jednak
trzeba zaświadczyć, że jest ono wtórne wobec innych, ważniejszych spraw. Wierzę,
że istnieją wartości, dla których warto poświęcić nawet mandat poselski.

Gdzie upatruje Pan nadziei na odnowę chrześcijańskiego ducha wśród Słowaków?
Jak można powstrzymać gwałtownie postępującą laicyzację?

– Jestem optymistą. Muszę nim być. Myślę, że w KDH – partii, która jest obecnie
w parlamencie, duch chrześcijański został osłabiony, ale nie można przecież
powiedzieć, żeby partia ta zupełnie go straciła. Jej politycy kilkakrotnie
zachowali się oportunistycznie – to wszystko. W 2009 r., podczas wyborów
prezydenckich, poprali oni kandydatkę liberalną Ivetę Radic˙ovą. My natomiast
wystawiliśmy naszego własnego kandydata – Frantis˙ka Miklos˙kę. Udzielenie przez
KDH poparcia Radic˙ovej było oczywiście błędem. Możliwe, że w przyszłości na
scenie politycznej coś się zmieni, natomiast obecnie trudno to przewidzieć.
Polityka zawsze jest nieprzewidywalna. Pamiętam, że w latach 70., jako
dwudziestolatek, sądziłem, iż komunizm będzie jeszcze długo panował na Słowacji.
Tymczasem od jego upadku dzieliło nas wówczas tylko dziesięć lat. Może i tym
razem będzie podobnie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj