Czy Naród się odrodzi?
Debata na SGH w Warszawie (3.06), zorganizowana przez Fundację św.
Kazimierza Królewicza, miała w tytule pytanie: "Czy polski Naród się odrodzi?".
"Naród" nie zawiódł i pojawił się licznie. Szkoda tylko, że nie został
dopuszczony do głosu, ale skoro wraz ze mną wystąpili redaktorzy Stanisław
Michalkiewicz i Rafał Ziemkiewicz, musiało zabraknąć czasu na wszystkich
"Polaków rozmowy". Szukałem wzrokiem młodych na sali. Byli, ale mogłoby być ich
znacznie więcej.
Podobnie na ostatnim walnym zgromadzeniu delegatów SDP, gdzie najmłodszy
uczestnik zbliżał się do czterdziestki. Młodych nie ma też w związkach
zawodowych, stowarzyszeniach, organizacjach twórczych, a nawet organizacjach
typowo hobbystycznych. Skoro nie widzą sensu aktywności w ramach tych
instytucji, które istnieją, to dlaczego nie zakładają nowych?
Chlubnym wyjątkiem jest stowarzyszenie Solidarni 2010 powstałe po tragedii
smoleńskiej i jego codzienna akcja polityczno-edukacyjna na Krakowskim
Przedmieściu oraz ruchy kibiców piłkarskich (nie kiboli) łączących zamiłowanie
do piłki z komentowaniem bieżących wydarzeń i polemiką z rządzącymi elitami.
Zupełnie inaczej było 30 lat temu, kiedy powstawała "Solidarność", a nawet w
1989 roku, gdy zmieniała się polska rzeczywistość.
Ostatnio udało się przyciągnąć młodych ekipie Donalda Tuska jesienią 2007 roku
na fali wyborów do parlamentu. Naobiecywał młodym nie wiadomo czego i dali się
nabrać na jego gadki o konieczności zmian. Trzeba przyznać, że ta blaga mu się
udała. Podzielił wtedy Polaków na młodych, energicznych, od których zależeć będą
zmiany, i tych, którzy niewiele już mogą zrobić, a nawet przeszkadzają
(przysłowiowe mohery). Młodzi w dużym stopniu uwierzyli w wyborcze zapewnienia
premiera i zdecydowali o sukcesie Platformy. Dziś czują się oszukani. Zamiast
wracać z zagranicy, urządzają się tam na stałe. Ci, co zostali w kraju, a chodzą
na mecze, podjęli dialog z premierem na stadionach, ale nie przewidzieli, że w
obronie Donalda Tuska staną instytucje państwa: policja, prokuratura i ABW.
Młodzi przekonali się, że obecna władza i premier Tusk nie mają poczucia humoru.
Żarty się skończyły. Za "matoła" można słono zapłacić.
Nie rezygnuje z przyciągnięcia do siebie młodych Prawo i Sprawiedliwość. W
sobotę rozpocznie się Kongres Młodych z udziałem prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
Nie sądzę, że też będzie obiecywał. Powinien zachęcać do społecznej aktywności,
przez którą realizuje się współczesny patriotyzm, i mówić o nas prawdę.
Słowa ks. abp. Józefa Michalika ("Nasz Dziennik" 4.05.2011) o konieczności
odwoływania się do patriotyzmu, dzięki któremu Polska może odrodzić się duchowo,
moralnie i etycznie, brzmią bezdyskusyjnie. Pytanie tylko, jak to zrobić, skoro
duża część obecnych elit nie odczuwa takiej potrzeby, a nawet ostentacyjnie
szydzi z patriotyzmu. Bo patriotyzm za bardzo kojarzy im się z narodem, a słowo
"naród" z nacjonalizmem, a nacjonalizm nawet z faszyzmem. Używają innych
określeń – "społeczeństwo", a najczęściej "społeczeństwo obywatelskie". Taka
zresztą jest polityka Unii Europejskiej budującej nowe "europejskie
społeczeństwo". Nie na bazie państw narodowych, gdyż tracą one coraz większą
część swojej suwerenności na rzecz jednolitej i monotonnej Unii.
Moderator debaty na SGH, poseł PiS Artur Górski postawił pytanie o Naród, czy
się odrodzi. Pytanie znane Polakom od dwóch prawie stuleci, choćby dzięki
Mickiewiczowskim "Dziadom", zwłaszcza ich części trzeciej. Naród to wciąż
"lawa", tyle że "z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa". Rzeczywiście,
"wewnętrznego ognia" nie udało się "wyziębić", jak przewidział wieszcz, choć
wtedy, niemal 100 lat przed odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, Naród Polski
nie miał swojego państwa, jego prawie już zrusyfikowane elity mówiły po
francusku, a starych i młodych patriotów była zaledwie garstka. Byli za to
liczni zdrajcy, słudzy cara i donosiciele chcący zaskarbić sobie wdzięczność
Rosjan. Lud milczał, a nieliczni patrioci nawet w więzieniu śpiewali buńczuczne
piosenki "Nie dbam, jak spadnie kara".
Dla Romana Dmowskiego naród i państwo stanowiły dwa nierozdzielne pojęcia.
Pragnął dla polskiego Narodu państwa, bo tylko we własnym państwie naród
najlepiej realizuje swoje cele. Dla Narodu, który utracił część swojej duszy (44
lata PRL i 22 lata III RP), a nie odzyskał w pełni duchowej więzi z I i II
Rzecząpospolitą, odzyskane po 1989 roku państwo wciąż nie przedstawia większej
wartości. Jest słabe i źle zorganizowane, przez co nieszanowane przez swoich
obywateli, którzy równocześnie cierpią na tę samą chorobę, o której pisał Roman
Dmowski – "bierność". Bierność towarzyszy państwu, które wyprzedaje swoją
narodową własność, przez co staje się jeszcze słabsze. Już teraz porównywane
jest do typowej konstrukcji państwa postkolonialnego.
Naród najlepiej realizuje się twórczo we własnym integralnym terytorialnie i
sprawnym państwie, jako wspólnota etniczna kultywująca własną historię, kulturę,
język, religię i obyczaje. Żaden z tych elementów składających się na definicję
narodu nie może być pomniejszany ani pomijany, ani wypaczany, ani tym bardziej
zwalczany. Tego ma bronić na co dzień nasz patriotyzm.
Byłoby też dobrze, gdyby nasz patriotyzm nie był manifestowany w przyszłości
wyłącznie na ceremoniach i widowiskach sportowych. Na przykład dziś wieczorem
piłkarska drużyna narodowa stanie przeciwko reprezentacji Francji. Hymn
potwierdzi istnienie naszej wspólnoty, a nawet te żałośnie wyglądające wysokie
cylindry i baranie rogi na głowach kibiców, bo w narodowych barwach.
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia SA.
