Sojusznik Ameryka
"Polska jest jednym z najbliższych i najsilniejszych sojuszników Ameryki".
To najważniejsze zdanie spośród licznych wypowiedzi prezydenta Baracka Obamy w
czasie jego dwudniowej wizyty w Warszawie. I jeżeli ktoś w Polsce miał
wątpliwości, czy prezydent Stanów Zjednoczonych jest najpotężniejszym
człowiekiem świata, to po tym jak był chroniony przez dwa dni pobytu w Polsce
już tych wątpliwości mieć nie powinien.
Ale potęga Ameryki to nie tylko służby specjalne, lotniskowce, atomowe okręty
podwodne, rangersi i satelity wywiadowcze. Potęga militarna wynika ze znaczenia
dolara, z potęgi finansowej, a ta z potęgi gospodarczej. Ameryka jest czymś
więcej niż jedynym supermocarstwem XXI wieku. Ameryka jest cywilizacją, gdzie
najwyższe wartości, wiara w Boga, wolność, demokracja, sprawiedliwość, prawo są
nie tylko hasłami i symbolami, ale stanowią realne uosobienie potęgi USA.
Nieprzypadkowo w krytycznym momencie zimnej wojny największy prezydent USA XX
wieku Ronald Reagan mówił: "Chociaż militarna siła jest ważna, zawsze uważałem,
że o rozstrzygnięciu obecnego światowego konfliktu nie będą decydować ani bomby,
ani rakiety, ani armie i potęgi zbrojne. Zdecyduje próba moralności i wiary". To
wtedy właśnie na geopolitycznej mapie świata Polska miała dla Ameryki
strategiczne znaczenie, bo to Polacy byli najważniejsi w walce z komunistycznym
imperium zła, jakim była Rosja sowiecka.
Żyjemy dzisiaj w innej epoce. Nikt nie próbował nawet przez dwa dni wizyty
prezydenta USA w Warszawie przekonać Obamy, że Moskwa jest zagrożeniem dla
Europy. W ramach resetu stosunków z Kremlem, w zamian za współpracę w sprawie
Afganistanu i Iranu Ameryka zgodziła się na rosyjską dominację w strefie
posowieckiej, z wyłączeniem państw bałtyckich. Z jej punktu widzenia nie ma
potrzeby, by budować w Polsce bazy US Army, dlatego będą stacjonowali u nas na
stałe żołnierze obsługi lotniczej, ale już samoloty F-16 i transportowe C-130
zagoszczą jedynie od czasu do czasu. USA mogą się obyć bez tarczy antyrakietowej
na polskiej ziemi. Nasze marzenia z przeszłości, że możemy podpisać z USA
dwustronne porozumienie obronne, uczynić z Polski partnera strategicznego na
wzór Wielkiej Brytanii, Izraela czy Turcji, okazały się iluzjami. Już nie
jesteśmy dla Waszyngtonu krajem strategicznym, nie ma więc przyczyn, by drażnić
Rosję z powodu Polski. Ale nawet najmniejsza obecność USA w Polsce i tak drażni
Rosję, co wynika z moskiewskich komentarzy na temat wizyty Obamy. Chodzi nie
tylko o obecność militarną, chociaż widać, że dla władców Kremla wcale nie jest
to obecność symboliczna. Chodzi o gaz łupkowy! Polska posiada jedne z
największych w Europie złoża gazu łupkowego, nie wiadomo jeszcze, jakie pola i w
jakim stopniu są najbardziej obiecujące z ekonomicznego punktu widzenia. Rosja i
Francja już protestują przeciwko polsko-amerykańskiej współpracy w tej
dziedzinie. Tylko Amerykanie mają sprawdzone, ciągle rozwijane technologie
wydobycia takiego gazu. Tylko ich firmy mogłyby wejść do nas z rozmachem i razem
z Polakami zrewolucjonizować gazowy rynek w Europie, obalając dominację
Gazpromu. Nie wmówimy Amerykanom, iż Rosja jest ich strategicznym konkurentem,
sami jednak zobaczą, że będzie im wrogiem na rynku gazowym, a więc także na
scenie politycznej. Obrona Polski i polskiej racji stanu zleje się z obroną
amerykańskich interesów!
Istniejące przez 60 lat uprzywilejowane partnerstwo między USA a Europą, które
było fundamentem międzynarodowego systemu gospodarczego od zakończenia II wojny
światowej, zostało obecnie podane w wątpliwość. Okazało się, że dla Amerykanów
ważniejsze od całej UE stały się Chiny. Gorzej – Europa zeszła na drugi plan nie
tylko z punktu wiedzenia Stanów Zjednoczonych, ale Bruksela i Waszyngton zaczęły
różnić się co do recepty na przełamanie kryzysu. Ameryka była głównym promotorem
liberalizmu handlowego na świecie. Dzięki temu europejskie firmy mogły po wojnie
podbić międzynarodowe rynki. Polityka Obamy po raz pierwszy postawiła pod
znakiem zapytania ten najważniejszy, obok wspólnej obrony, fundament stosunków
atlantyckich.
W relacjach polsko-amerykańskich wspólne interesy polityczne i ekonomiczne nie
wykluczają historii, tradycji i pamięci. Dlatego te relacje zawsze będą
emocjonalne, m.in. ze względu na takie postaci, jak Waszyngton, Hoover, Wilson,
Reagan, a także Pułaski, Kościuszko, Paderewski, Kukliński. Akurat ich Barack
Obama nie wymienił ani razu w czasie swej wizyty w Warszawie. Ale wspomniał o
sobie samym: "W niektórych dziedzinach i w jakimś sensie jestem częścią Polski,
bo pochodzę z Chicago. Mieszkałem w Chicago, a tam w pewnym sensie każdy musi
stać się Polakiem – chyba że coś z nim jest nie tak". To zaskakujące
stwierdzenie pierwszego czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych akurat w
stolicy Polski przypomniało nie tylko Polakom, że Chicago jest ogromną
metropolią z półtoramilionową Polonią chicagowską i drugim polskim miastem po
Warszawie. Ponad 120 lat temu największy polski malarz Jan Matejko w genialnej
wizji artystyczno-historycznej namalował "Kościuszkę pod Racławicami". Naczelnik
w zwycięskim uniesieniu trzyma w ręku polską rogatywkę, ale ubrany jest w mundur
generała armii amerykańskiej, a tuż obok Kościuszki, a właściwie nad nim,
wzruszająca kapliczka z Matką Bożą Częstochowską Królową Polski. To są ważne
symbole nie tylko historyczne. Zupełnie czymś innym, ale przecież również
symbolicznym, jest fakt, że ogromna wytwórnia Coca-Coli znajduje się w
Radzyminie pod Warszawą, akurat w tym miejscu, gdzie w czasie Cudu nad Wisłą 15
sierpnia 1920 r. żołnierze polscy powstrzymali nawałę Armii Czerwonej, która
szła na "Zachód przez trupa Polski do serca Europy". Prezydent Obama pewnie tych
faktów nawet nie kojarzył, kiedy spotykał się z przedstawicielami amerykańskiego
biznesu w Polsce na śniadaniu w hotelu Marriott w warszawskich Alejach
Jerozolimskich. Tu właśnie była siedziba Obamy i przez dwa dni agenci USA Secret
Service nazywali ten charakterystyczny dla centrum stolicy Polski hotel "Fort
Marriott". Z całą pewnością nie przed Polakami tak pilnie strzeżony był przez
dwa dni w Warszawie amerykański prezydent.
Józef Szaniawski
