Nie ma wojny polsko-polskiej

Od katastrofy smoleńskiej dzieje się coś złego. Powstał wyniszczający
konflikt, którego nie można bagatelizować. Zagraża on eliminacją wszystkiego, co
jest ważne dla sprawnego funkcjonowania państwowości pojmowanej w tradycyjny
sposób – jako zbiorowości, w której są ci, którzy rządzą, a więc przede
wszystkim myślą i działają w interesie tej zbiorowości, oraz ci, którzy nie
muszą lub nie chcą się tym zajmować.

Gdyby był to konflikt między rządzącymi i rządzonymi, rzecz byłaby prostsza.
Jego treścią i sensem byłaby tylko zmiana ról, czyli wyłonienie nowej grupy
rządzącej, która już nie będzie skonfliktowana (lub będzie mniej skonfliktowana)
z rządzonymi. Chyba jednak tak nie jest, dlatego trzeba poznać i nazwać istotę
tego konfliktu, który dość pochopnie nazwano wojną polsko-polską.
Czy jednak na pewno rozumiemy, na czym on polega i co jest jego treścią? Sądzę,
że nie, bo z reguły powtarzamy diagnozy prezentowane przez strony konfliktu. A
raczej nie mają one ani umiejętności, ani zamiaru nazwać go w sposób możliwie
najbardziej rzetelny i bezsporny.
Sądzę jednak, że obowiązek zdefiniowania tego konfliktu ciąży na wszystkich,
którzy nie chcą być jego stroną i nie dają się szantażować którejkolwiek z nich.
Powiem więcej: zaniechanie to skutkować będzie pozostaniem sztucznych, a w
istocie fałszywych ocen, które będą dziś źródłem błędnych działań zaradczych,
oceny te powtórzą nie najmądrzejsi historycy mówiący o "obiektywnych"
przyczynach kolejnych naszych klęsk i niemocy. Tylko czy jesteśmy jeszcze na te
klęski skazani?

Zjawisko "wykluczenia"

Sądzę, że nie jest to konflikt między beneficjentami a ofiarami tego czegoś, co
obowiązująca poprawność nakazuje nazywać "transformacją ustrojową". "Odrzuceni"
lub "wykluczeni" od przysłowiowych konfitur już od dość dawna również odrzucają
obecną rzeczywistość, negują sens polityki i działań polityków, uważając ich w
najlepszym wariancie za nic nieznaczących cwaniaczków. Jednocześnie najdalszy
jestem od stwierdzeń, że owi "odrzuceni" jednocześnie za nic mają sprawy naszego
państwa, a zwłaszcza interes publiczny. Potrafią i chcą myśleć o Państwie,
Narodzie i Społeczeństwie. Oni często piszą te wyrazy dużą literą.
Istotna część tych, którzy są "wykluczeni" z powodu nieutożsamiania się z
osiągnięciami mijającego dwudziestolecia, tworzy tradycyjnie pojmowaną
inteligencję, dla której głównym wrogiem jest wszelka głupota, a przede
wszystkim głupia biurokracja, leniwa i obojętna klasa polityczna oraz wszyscy
celebryci, którzy nie wiadomo, z czego żyją. Ci ludzie nie czują żadnego związku
z rozpychającymi się w mediach "osobistościami", ich problemy uważają za
zupełnie im obce, a uczestnictwo w oficjalnym obiegu ("życiu publicznym") za
stratę czasu i zawracanie głowy. Czasami wesprą tych, którzy publicznie
krytykują lub nawet potępiają naszą rzeczywistość, ale niewiele z tego wynika,
zwłaszcza dla polityków, którzy chcą ich "zagospodarować".

Kto następny na liście

Do "odrzuconych" zalicza się także istotna część kadr inżynierskich i
technicznych, którym zniszczono "ich" przemysł, odebrano możliwość rozwoju
zawodowego, a zwłaszcza kazano im dostosować się do bezsensownych reguł biznesu
w wydaniu korporacyjnym. Wśród pracowników i studentów politechnik niełatwo dziś
znaleźć wyznawców oficjalnego optymizmu, choć nasuwa się niezbyt miłe pytanie,
jak się czują posunięci w latach członkowie byłej konspiry, zwalczającej kiedyś
komunę, z którą odeszła w przeszłość – jak się okazało – nieudana próba
tworzenia Polski jako kraju o silnym przemyśle. Przecież właśnie dlatego była
ona dla kogoś wrogiem, bo zamykała nasz rynek, budowała fabryki i chroniła je
przed zniszczeniem w wyniku "wolnej konkurencji". Ale to tak na marginesie.
"Odrzuconymi" są przedstawiciele polskiego biznesu – właściciele hurtowni,
małego przemysłu, a przede wszystkim firm usługowych. Poglądy tych ludzi znam
bardzo dobrze, bo są to przede wszystkim podatnicy zgnębieni przez władzę. Dla
nich państwem są przede wszystkim: zawistny urzędnik podatkowy, który im niczego
nie daruje, łapówkarska władza samorządu, gdzie nie idzie nic załatwić,
nieskrywana małostkowość i podłość otoczenia oraz będące w tle aroganckie
"województwo", a jeszcze dalej Warszawka, która nie przejmuje się tym, co jest
naprawdę ważne.
Stan ten niech zobrazuje przykład pewnego "oszołoma" samorządowego, który chciał
i naprawdę wiele zrobił dla swojego regionu: załatwił odpowiednie przepisy,
ściągnął pieniądze, nikomu nie szkodził i nie myślał o swoich działaniach jako
odskoczni do warszawskiej polityki. Środowisko nie umiało go rozgryźć, bo
przecież wiadomo, że "robi to wyłącznie dla własnych korzyści", tylko nikt nie
mógł połapać się, na czym one polegają. Gdy wielokrotne próby sprawdzania nie
dały rezultatu, zaszczuty działacz dał sobie spokój, zresztą nie miał innego
wyjścia ze względu na stan zdrowia po rozległym zawale.
To nie koniec listy. A rolnicy? Biedniejący emeryci? Tak naprawdę zdecydowana
większość obywateli naszego kraju w istocie należy do bogatej wewnętrznie grupy
"odrzuconych". W czym to się przejawia? Przede wszystkim mają już definitywnie
dość wrzeszczących polityków, irytujących pyskówek, zwanych debatami
publicznymi, specjalistów od agresywnych banałów medialnych często z tytułami
naukowymi w tle, płycizny celebrytów, a przede wszystkim wszechobecnej w życiu
publicznym nicości intelektualnej… oraz moralnej. Według nich istotą
"odrzucenia" jest to, że już nie wierzą, że coś tu się może zmienić. Czekali
długo, ale już nie chcą się doczekać. Przynajmniej w tej epoce politycznej.
Wręcz na siłę szukają jakichś wzorców, wyjątkowych ludzi oddanych dobru
publicznemu, uczciwych i zacnych, którym można by zaufać. Jednocześnie najlepiej
do tej roli nadają się zmarli, stąd trwałe uznanie dla przynajmniej niektórych
ofiar katastrofy sprzed roku. Tego nie chcą rozumieć aktywni politycy i dlatego
poniosą klęskę, która zresztą wcale nie musi być sukcesem ich oficjalnych
adwersarzy.
Nie ma wojny polsko-polskiej. Są tylko skłóceni, wyniszczający się ludzie,
których wszyscy pozostali utrzymują jako "naszą" klasę polityczną, w dodatku nie
bardzo wiedzący, czym powinni się zajmować. A kierowanie lub przygotowanie się
do kierowania czymś tak trudnym jak państwo nie bardzo ich obchodzi, bo to
ciężka i wyczerpująca praca. Chcę być sprawiedliwy: są wśród nich tacy, którzy
tracą czas i zdrowie dla ważnych spraw publicznych. Ale przecież oni się tu
zupełnie nie liczą.

Tracimy czas?

Sądzę również, że większości nie można uznać za ludzi "odrzuconych". Jest wręcz
odwrotnie: zajadły konflikt tych, którzy w ten sposób zajęli się sobą, jest ich
sprawą. Zło tkwi w tym, że my wszyscy tracimy czas, w którym oni powinni
zajmować się sprawami ważnymi, a my nie potrafiliśmy przywołać ich do porządku.
Ich sukcesem jest również skuteczne wytępienie naturalnej chęci uczestnictwa w
życiu publicznym, bo żyjemy w przekonaniu, że jest to zupełną stratą czasu.
Dlatego jest to tak groźne.
Można tylko naiwnie nawoływać do umiarkowania i powściągliwości, które mają
doprowadzić do zgody wyniszczających się dziś polityków. Ale przecież głos
"odrzuconych", jak zawsze, nie ma żadnego znaczenia, bo dlaczego miałby mieć?
Zgody między nimi nie będzie. Przecież teraz konflikt jest już treścią i sensem
bytu publicznego.
Nie ma również znaczenia, czy rządzący obecnie zachowają państwo dla siebie, czy
ich przeciwnicy je "odzyskają". Tu pozorne zwycięstwo kogokolwiek będzie
przechodziło w kolejne porażki, aż wyczerpią się ich siły. A będzie to również
naszą porażką. Wyznaczą to następne zmarnowane lata.
Szkoda gadać: to przecież nasze życie oraz nasze państwo!
 

Prof. dr hab. Witold Modzelewski
 

Autor jest prawnikiem, ekspertem w dziedzinie finansów i polityki podatkowej,
profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prezesem Instytutu Studiów Podatkowych.

drukuj